poniedziałek, 19 września 2016

Pico Veleta - najwyższa droga asfaltowa w Europie!

Pico Veleta wznosi się na 3398m n.p.m. Zlokalizowana jest w masywie Sierra Nevada w Hiszpani, w rejonie Andaluzji. Z powodu wysokości niestety nie jest ona dostępna okrągły rok. Najlepsze miesiące by na nią wjechać to sierpień, wrzesień. Temperatury są wysokie, dzień długi a na górze na pewno nie trafimy na śnieg. W terminie 4 wrzesień - 13 wrzesień wraz z Kamilem (tym od Czarne-> Bałtyckie) pojechaliśmy by tę szosę zdobyć. Poniżej kilka zajawkowych zdjeć oraz dwa filmy odnośnie sprzętu. Zapraszam!

 Moje rękawiczki rowerowe. Szczęśliwe. Mają 8 lat. Miały, wyrzuciłem.

 Jeden z noclegów na plaży. Spaliśmy pod rozgwieżdżonym niebem.

 Zjazd z Pico Veleta. Pod górę jechaliśmy 5 i pół godziny. W dół, lekko ponad 40min.

Piękna droga szutrowa nad samym morzem okazała się zamknięta. Trochę kamieni oderwało się od skały i spadło na drogę. Rowery udało nam się przenieść. 

 Przed samym szczytem Velety.

I na szczycie!

Zapraszam również na dwa filmy:



środa, 31 sierpnia 2016

Ultralekki sprzęt kuchenny w teren. FILM

Dziś trochę krócej. O ultralekkim secie kuchennym w teren. Garnki tytanowe, palnik tytanowy, Platypus. SnowPeak. Zapraszam.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Video-recenzja MSR Hubba Hubba

Całe 36min rozważań o tym namiocie, zapraszam bo to chyba aktualnie najdokładniejszy jego opis w Polsce.;)


piątek, 22 lipca 2016

Relacja z targów OutDoor Friedrichshafen 2016!


W dniach 13-16 lipca oczy outdooru z całego świata skierowane były na Friedrichshafen i targi Outdoor 2016. Tam można było spotkać przedstawicieli największych marek turystycznych, najpopularniejszych blogerów, prasę, media i ambasadorów. 940 wystawców z 341 krajów, prawie 25 tysięcy zwiedzających, ponad tysiąc dziennikarzy. Te liczby mówią wszystko. Robić w outdoorze i nie pojechać do Niemiec, grzech śmiertelny.


Świat sprzętu turystycznego zmierza zdecydowanie w stronę fast&light. Widać to choćby po nagrodzonych produktach. Widać to też po artykułach, którymi chwalą się producenci. Królują naczynia, palniki oraz sztućce wykonane z tytanu. Lekka odzież, szczególnie puchowa oraz przeciwdeszczowa. Lekkie plecaki ze stelażem w postaci płyty z kompozytów zamiast aluminowych płaskowników. Coraz rzadziej pojawiają się naprawdę duże litrażowo torby. Okazuje się, że 70-80l wory przestają być potrzebne, by pomieścić cały sprzęt. Zdecydowanie największą część stanowiły plecaki o pojemności 30-40l. Bardzo trudno dostrzec Cordurę grubszą niż 500D. Ciężkie tkaniny odchodzą powoli do lamusa. Namioty ważące powyżej dwóch kilogramów są dzisiaj ciężkimi klocami.


Najlżejszy namiot dwupowłokowy, jakiego dopatrzyłem się na targach to nowość firmy Nordisk. Model Lofoten 1ULW. Ten namiot waży 490g (całość, ze szpilkami, odciągami pokrowcem) i pakuje się do wymiarów 11x22cm. Imponujące.


Jednopowłokowiec ważący 300g? To nie problem jak się okazuje. Firma Big Sky zaprezentowała jednosobowy namiot rozkładany na jednym kijku trekkingowym. Wykonany z cubenu namiot Wisp robił furorę.


Ciekawym aczkolwiek budzącym moje duże wątpliwości patentem firmy Vaude jest stelaż zewnętrzny przeplatany przez biegnącą od tropiku linkę. Ciężko mi sobie wyobrazić wygodne przekładanie stelaża w czasie większego wiatru, kiedy linka się plącze i lata z wiatrem na wszystkie strony.


Sea to Summit ze swoim od razu rzucającym się w oczy stoiskiem idzie dalej ze swoimi silikonowymi, charmonijkowymi naczyniami. Aluminiowe dno serii naczyń „X“ pozwala teraz bez problemów gotować w silikonowych, kompaktowych naczyniach. W zestawie są: kubek, garnek, patelnia i czajnik.


Genialne w swojej prostocie i wygodzie używania mocowanie kasku przy plecakach Osprey od razu zwróciło moją uwagę. Perforowany kawałek plastiku na gumce. Plastikową płytkę przeplata się przez jeden z otworów w kasku i trzyma się on bagażu bardzo pewnie. Jego odczepienie również jest banalnie proste.


Ortlieb podąża za zjawiskiem odchodzania bagażu. Jak się okazuje, pełnoprawne, bagażnikowe sakwy niekoniecznie są dzisiaj potrzebne. Bikepacking to trend, który od jakiegoś czasu coraz silnie zakorzenia się w Europie. Firma wychodzi naprzeciw maniakom sakw bezbagażnikowych z kompletem w 100% wodoszczelnym. Łącznie z zapinanną na zamek błyskawiczny sakwą na ramę. Miałem okazję usiąść na wypełnionej powitrzem sakwie. Nowy zamek nie puścił ani dm3 powietrza na zewnątrz. Sakwa podsiodłowa w okolicach rury podsiodłowej jest solidnie usztywniona płaskownikami alumiowymi.


Z ciekawością zaszedłem również do stoiska mat Klymit. Model Inertia X Frame o wadze całkowitej 258g do tej pory wydawała mi się żartem, ale chwilę na niej poleżałem i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że jest to jedna z jak najbardziej rozsądnych opcji by zastąpić sporą objętościową alumatę. Waga 259g, pełna długość 183cm.


Firma Evernew stała się dla mnie synonymem najwyższej jakości naczyń tytanowych. Używam od bardzo niedawna ich model garnuszka z serii UltraLight o pojemności 600ml. Jak do tej pory, sprawdza się idealnie i waży tylko 95g. Z przyjemnością zamieniłem kilka słów z reprezentacją firmy. Kolejny trend, jaki można zauważyć to coraz większa popularność kuchenek spirytusowych. Firma Evernew oferuje całe kompletne zestawy bazujące na palniku spirytusowym włącznie z osłonami od wiatru. Moją na tyle bogatą ofertę, że każdy zdecydowanie znajdzie coś dla siebie. Od zestawów na dwie osoby, po małe garnuszki dla solistów.


Firma Primus w nowy sezon wychodzi natomiast z odświeżoną wersją kuchenki Micron. Mamy Microntrail, częściowo wykonany z tytanu, rozkręcany na dwie części co ma ułatwić przewożenie kuchenki. Zmodyfikowano również, brzydkie czarne pokrętło. Teraz będziemy mieli milszy dla oka, czerwony trójkąt. Niestety firma nic nie zrobiła sobie z mojej uwagi odnośnie piezo. Wciąż montują to samo badziewie, które po pół roku używania zwyczajnie się przepala.


Wydaje się, że Gore Tex Active wdarł się przebojem w odzież do biegania. Nagrodzona kurtka Mammuta Rainspeed Ultralite HS Jacket, z tą membraną, wykonana została z jednego kawałka laminatu. Dzięki temu wyeliminowano sporą część połączeń. Nie piszę tu o szwach ponieważ ta kurtka została wykonana całkowicie w technologii bezszwowej. Co jeszcze ciekawsze, membarana została umieszczona na ZEWNĄTRZ tkaniny. Dzięki tem nie potrzeba warstwy DWR.



Kolejnym nagrodzonym, po kurtce opisanej przeze mnie powyżej był plecak firmy Raidlight. Kiedy w Polsce, jakieś 7 lat temu był wielki boom na AR (adventure races), ta marka była bardzo popularna. Można powiedzieć, że ten producent wyznaczał drogę, którą później podążały inne marki. I teraz wracają z plecakiem (a w zasadzie kamizelką biegową!) o pojemności 20l. Tak! Okazuje się, że kamizelka nie musi mieć 6l, a może być pojemna na tyle, że można zabrać się na 5 dni. Robi wrażenie zastosowana tkanina oraz systém mikroregulacji. Ciekawe jak jest z wygodą, kiedy faktycznie zapakuje się tam wszystkie niezbędne rzeczy (6kg?). Ponoć testowany na MDS w 2016 przez drugą i czwartą kobietę w klasyfikacji. Kompresowany jest za pomocą czterech taśm...nie wiem jak Wy, ale ja przyzwyczaiłem się do kompresji cienką linką.


Jeśli w plecakach już siedzimy to moją uwagę zwrócił też plecak firmy Lowe Alpine. Model Ascent Superlight 30. Przy takiej pojemności, bardzo minimalistycznym projekcie jednoczenie dość wygodnymi na pierwsze dotknięcie plecami, plecak waży lekko powyżej 500g. Całkiem nieźle. Posiada kilka zapinanych na zamki kieszonek, taśmę do wczepienia karabinków i systém mocowania czekanów. Bardzo zgrabna, czysta konstrukcja. Gdyby nie główne wejście zapinane na zamek i braku systemu kopresji...dobry plecak by był.


Bardzo mile spędziłem czas na stoisku Cafflano. Oto i gadżet dla kawoszy. Gdyby nie to, że zakochany jestem od dłuższego czasu w kawiarce to bym brał. Przy cenie w PL 400zł dostajemy kompletny zestaw do przygotowania świeżomielnej kawy z drippera. A całość chowa się do jednego kubka termicznego, który stanowi element zestawu. Poziom zaawansowania konstrukcji robi...wrażenie! Wziąłem udział w krótkiej prezentacji gdzie zawarty był również pokaz czyszczenia zestawu. Okazuje się, że odpowiednia przykrywka kubka umożliwia bardzo proste wymycie sitka itd. Zaczęło się od Kickstartera i proszę...150 000 sprzedanych zestawów w pierwszym roku. Tralala, można. Można zamówić z grawerem na prezent.


Bardzo ciekawy trend obserwuję ostatnio w światku biegowym. Rezygnuje się z twardych bidonów na rzecz miękkich butelek. Ja nie wiem. Jeszcze nie testowałem, ale wydaje mi się to mało wygodne. Ale i Salomon i Raidlight i Camelbak i Source i Deuter...Prawdą jest, że eliminuje się denerwujący dźwięk chlupotania wody w połowie pełnym sztywnym bidonie, co mnie doprowadza do szału. Na zdjęciu oferta Camelbaka. Panie dystrybutorze, podeślij no do testów, to powiem coś więcej.;)


I na końcu, Haglofs i Kupilka. PIerwsza to marka, której nie lubię bo jest cholernie droga i nie robi nic specjalistycznego. Jest zwykła. Nawet nie można powiedzieć, że jej produkty są kontrowersyjne. Bierzesz Haglofsa do ręki i mówisz: ło, zajebiście zrobione, do niczego nie mogę się przyczepić, najwyższej jakości materiały. Ale ani to super lekkie, ani nie pakuje się do małego woreczka, ani nie ma systemów skomplikowanej wentylacji. Gdyby nie zajebistość materiałów i wykonania – zwykła kurtka. Ale ty mrazem strzał w dziesiątkę. Plecak z X-packa. Ładny, prosty, świetne wyściałanie pleców, eleganckie, sztywne pasy naramienne. 25l pojemności. Taki to bym nosił i po mieście.:)


Kupilka natomiast została namionowana do nagrody dla najlepszego prouktu outdoorowego wśród firm skandynawskich. Uwielbiam mój kubek od Kupilki z rzemieniem ze skóry renifera. Oj uwielbiam. Zastąpił mój ultralekki kubek od Folda-cup. Ten od Kupilki ma po prostu klimat! A do nagrody firma startuje ze...Sporkiem.

Targi outdoor sprawiły mi ogromną radość. Czułem się jak w sklepie z zabawkami kilkanaście lat temu. Oczy się świeciły i nie wiedziałem gdzie iść najpierw. Taki ogromny plac zabaw dla dużych chłopców. Szukam sobie teraz namiotu jedynki, mam rozeznanie. Szukam ultralekkiej kurtki przeciwdeszczowej, też mam rozeznanie. Było super!

wtorek, 12 lipca 2016

TriCity Trail dystans ULTRA.

Był 30 czerwca. Znów spać nie mogłem więc i siedziałem po nocy. Nic nie robiłem. Ot, leżałem myśląc że wypadało by już iść spać, ponieważ następnego dnia do pracy należy wstać o 06:15. I jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spać. 30 czerwca o 00:00 kończyły się tańsze zapisy na imprezę ULTRA o nazwie TriCity Trail. 80km+ po Trójmiejskich lasach. Kto bywa w TPK to wie, że górka za górką tu u nas. I tak…na 80km przewyższenia maksymalne 1730m. Dużo niedużo. Na Łemkowynie na dystansie 70km jest nieco więcej. Limit czasowy taki sam czyli 13h. Tyle, że 10km mniej. A to w takim terenie dla mnie 1h 20min. Nieważne. Generalnie nie ma co porównywać…tam jest jakieś 8 większych podejść. Na TriCity było 36 mniejszych.:) Jak to ktoś w internetach napisał: "mało ten bieg miał z górskimi wspólnego, ale niech nikt nie pomyśli, że jest łatwy i przyjemny." Wtedy była 23:30. Miałem 30min na wpłatę kaski. Ale nie wiedziałem, czy naprawdę chcę sobie zadać taki ból. Dwa (lub cztery, zależnie czy stara czy nowa klasyfikacja) punkty do UMTB. To dla mnie kompletnie nieważne, ale świadczy o randze imprezy. Była 23:48 kiedy zleciłem przelew. Nogi już płakały, ale kazałem im się zamknąć (pozdro dla kumatych:).

Był 9 lipca. Dwa dni po moich urodzinach. Dobrze, żeśmy z kolegami naoliwili stawy odpowiednimi specyfikami, to kolana mi się łatwiej zginały. Plecak spakowany, jechałem SKM do Wejherowa gdzie w samochodówce była baza biegu. Swoją drogą, stosunek wysokości wpisowego do świadczeń…no wiem, że się o tym nie pisze, ale jednak patrzy się i na to…był naprawdę genialny! Przyzwyczajony do Harpagana, gdzie wpisowe ostatnio podrożało, a ze świadczeń jest mapa i prócz tego gówno, to tutaj? Medal dla finishera, buff, nocleg, transport autokarem na Matarnię, elektronika, bufety wyposażone tak, że łoooo, pasta party!!! Na miejscu byłem około 17:00 i zacząłem na sali pakować plecak na bieganie. Następnego dnia odjazd autokaru był o 03:45 więc należało być gotowym. Zabrałem sporo:
-NRC (obowiazkowe),
-camelbak (obowiązkowe),
-telefon, portfel (obowiązkowe),
-kurtkę przeciwdeszczową (obowiązkowe),
-plecak,
-9 żeli energetycznych (zjadłem 5),
-12 batonów muesli (zjadłem 3),
-6 shotów magnezowych (poszły wszystkie!!),
-2 shoty kofeinowe (wypiłem jeden, niepotrzebnie),
-2 energetyki (poszły jak woda:),
-GPS-a (w zasadzie nareszcie zasłużyłem na zegarek biegowy, bo taki eTrex był niekoniecznie wygodny)
-MP3 (pomagał na końcu, z początku mocno rozpraszał),
-silne środki przeciwbólowe (trzy tabletki na taki dystans),
-kijki trekkingowe (błogosławieństwo!),
-okulary przeciwsłoneczne (niepotrzebne).

Pobiegłem w Salomonach Speedcross, skarpetkach wełnianych, koszulce technicznej, gatkach do biegania (moje szczęśliwe), do tego rękawki.



Przed startem wypiłem energetyka, zjadłem jedną bułkę słodką z makiem i banana. Doskonale wiedziałem, że to za mało i zaraz będę głodny, ale chciałem coś sprawdzić. Mianowicie zacząłem naprawdę bardzo spokojnie, prawie szybkim marszobiegiem. I jadłem śniadanie w czasie biegu. Jeszcze jedna bułka, banan, dwa batony, żel, shot z magnezem. Zapiłem drugim energetykiem. Ogarnąłem się przez 5km i około 10km czułem wzrastającą moc. Nawet spoko. Do pierwszego punktu odżywczego było 19km i plasowałem się gdzieś pod koniec stawki, choć nie ostatni. Na punkcie złapałem tylko kubek z izotonikiem i kawałek pomarańczy, kilka żelek w garść i dalej. Było tak se, ponieważ stawka jeszcze się nie rozciągnęła i było nas około 10 osób ciągnących razem. Trzeba było wyprzedzać, gonić, dać się wyprzedzać, uważać by kogoś nie uderzyć kijkiem. Marnie. Około 30km złapał mnie pierwszy kryzys. Machnąłem tabletkę, zapiłem żelem i jazda. Do 35 km czyli drugiego punktu odżywczego wyprzedziłem 6 osób, ale wciąż czołgałem się mnie więcej pod koniec. Na punkcie na 35km wypiłem kilka kubków coli, dotankowałem camelbaka i ruszyłem dalej. Kryzys minął i właśnie na tym etapie do 55km bardzo miło mi się biegło. Osoby, które do tej pory poruszały się w jednej grupie ze mną dłużej zostały na punkcie, przede mną była nieco mocniej rozciągnięta stawka i to na tym etapie wyprzedziłem dobre 30 osób, które chyba jednak za szybko poleciały z początku. Sukcesywnie poruszałem się do przodu, już wtedy bolało. Oj bolało, ale powiedziałem sobie, biegnę płaskie i z górki, pod górkę podchodzę z kijkami. Biegłem praktycznie sam, nikt nie poruszał się moim tempem, ludzie szli a więc szybkie obiegnięcie i już trucht na luzie. To był odcinek!
Na punkcie 55km były kanapki. Jak przez ostatnie 50km jadło się tylko słodkie, to szynka z serem smakowała wybornie. Były też krzesełka by sobie przysiąść - nie skorzystałem bo bałem się, że jak siądę to już nie wstanę. Coli sobie nie pożałowałem i tym razem i ruszyłem na ostatnie 25km. Z czego 18km było non stop pod górkę, non kurwa stop. Organizator sobie ładnie poleciał. Ja byłem już
pogodzony, wciągnąłem kolejną tabletkę ponieważ bolało wszystko, kostki, uda, kolana, kręgosłup, przedramiona, dłonie, szyja. Zabawnie.:) Na 75km ostatni punkt odżywczy i ostatnie 8km do mety. 7 z nich przeszedłem. Nie dałem rady. Z początku spróbowaliśmy się z nowopoznanym Grześkiem motywować, ale ostatecznie obaj szliśmy próbując mówić by oderwać głowę od dwóch kalafiorów w butach biegowych, które tak bolały! Przez ten etap 5 twardzieli mnie wzięło, oni jeszcze wtedy biegli! 500m przed metą zgodnie stwierdziliśmy, że wstyd w "ch" tak wczłapać na metę i ostatkami sił uśmiechnęliśmy się i wbiegliśmy zgodnie na metę.

To była lekcja pokory. To było przełamanie mojego kompleksu. To było zajebiste! Bolało jak sam skur*****, ale jaka satysfakcja. Jaka radość na mecie. Ciężko to opowiedzieć komuś, kto nie miał styczności z takim biegiem. 11h biegu i marszu w moim przypadku. 11h non stop w ruchu. Mimo, że to zrobiłem wiąż jest to dla mnie ciężkie do wyobrażenia. Jak człowiek może wyłączyć głowę na długi czas. Były takie długie odcinki, z których nic kompletnie nie pamiętam. Wiem, że biegłem ale
nie myślałem o niczym. Jak stałem pod prysznicem w bazie, widziałem że lada moment największy paznokieć u prawej nogi zejdzie, czułem że w lewej stopie za to jednego z palców nie czuje, widziałem obtarcia ud…ale z drugiej strony do głowy zaczęły napływać myśli, że jutro do pracy, że opłaty, że maile…to miałem ochotę założyć buty i ruszyć w drugą stronę.

(Zdjęć nie robiłem, bo nie było kiedy, ani nie miałem sił by sięgać po telefon z wodoszczelnego worka. Ale był na trasie Pan Dymus i jak się ogarnie i wrzuci jakieś zdjęcie ze mną…nie omieszkam się ukraść.)

czwartek, 9 czerwca 2016

Kawałek po węgierskich górach.

Wstałem rano. Noc mimo, że ponoć chłodną, przespałem jak niemowlę. Śpię pod namiotem jak niemowlę. Tu w zasadzie nie ma się czym chwalić, że taki ze mnie outdoorowiec. Po prostu 18 lat w terenie zrobiło swoje. Dobrze mi się śpi. Tyle.

Był wielki dzień. Ultra Trail Hungary. 33km po górach. Z zamku w Wyszehradzie do Szentendre. Trzy podbiegi, trzy zbiegi. Terenem. Takie tam…na jakieś 600m w górę. Razy trzy. Aha…a trzy dni do tyłu padało. 

Dzień wcześniej odebrałem pakiet. Plecak był już zapakowany, ubrania były gotowe. Przemyłem twarz, ubrałem spodnie, przypiąłem numerek startowy i rozgrzewka. Rozgrzewką był dobieg na miejsce odjazdu autobusu do Wyszehradu. Aha…bo pole namiotowe było w Szentendre. Wieźli nas autobusem do Wyszehradu, a wracaliśmy na nogach. Spacerem. 

Najważniejsze to zacząć mówią. Stres "jak to będzie" faktycznie mija zaraz po pierwszych krokach. I na pierwsze danie otrzymaliśmy podejście. Ci z przodu gnali pod górę biegiem i bardzo szybko naszej końcówce znikli z oczu. A myśmy spacerowali pod górę, najpierw schodami, później asfaltem. Później znów w teren. Biegliśmy w parze i dość miło stawiało się krok za krokiem. Raczej nie
gadaliśmy. W ciszy zachwycałem się mijanymi widokami szczególnie w początkowym odcinku. Przełom Dunaju prezentował się nad wyraz pięknie. Nawet jak pot lał się do oczu. Bo niby gorąco nie było, ale nawet jak nie łapię promieni słońca to się pocę. Na nocce na Harpaganie też byłem spocony. Chyba od Księżyca. Wracamy na Ultra Trail. Sorry. Deszcz pozostawił po sobie ślady. Ślady błota. Było naprawdę ślisko i wilgotno. Ja nie mijałem tego błota tylko leciałem prosto. Tak trochę lubię być ubłocony. Czy mogę w wieku 24 lat powiedzieć, że jako staruch chętnie łapię garściami to co dziecinne? Też skakaliście w kałuży jako maluchy? No…

Na punkcie kontrolnym na 9-tym czy 10-tym kilometrze było w zasadzie wszystko. Rodzynki, orzechy, ciastka…izotoniki i woda. Złapałem rodzynkę i ciastko i pobiegliśmy dalej. Ten punkt był tak na wyrost. Bo trzeba było do niego dobiec około 1.5km i późnej na trasę wrócić te 1.5km. Na wyrost, jakby organizator nie miał pomysłu jak wydłużyć trasę? Albo jakby chciał mieć wygodny dojazd samochodem na punkt? Później zgubiliśmy trasę, ale na szczęście chłopaki z góry zaczęli krzyczeć więc szybko wróciliśmy na właściwy "trail". Ten Ultra Trail. Hungary. 

Jeden zbieg był taki, że aaa. Naprawdę. Po deszczach wciąż w dół płynęła stróżka wody. Kamienie, korzenie. Gałęzie, zakręty. I ślisko. I we trójkę lecieliśmy na złamanie karku. Ja miałem pokręcone kostki. 3 razy prawą i cztery razy lewą i one już czasem potrafią krzyknąć. Ale czasem ich nie słucham, czasem tak. Koniec zbiegu oznaczał natomiast podejście. Też takie, że aaa. Naprawdę. Szliśmy podciągając się za wystające korzenie i gałęzie. Nie czułem się zmęczony. Taki zmienny wysiłek jest dość pozytywny. Nie klepiesz przez 40km po asfalcie jak na maratonie tylko najpierw lecisz z góry, później idziesz pod. I zmiana. I zmiana. I noga za nogą. Oddech i kolejny.

I później się rozdzieliliśmy. Ja byłem tym słabszym ogniwem w parze więc zostałem. Tak mam. Mało wybiegań, mała odporność na ból, mała wytrzymałość. Więc zostałem i ostatnie…6km? Może więcej. Biegłem sam. I to było coś! Droga zaczęła nieco kluczyć i bieg samemu zmuszał mnie do szukania znaków w postaci taśmy na drzewach samemu. I to było coś. Ja nie wiem czemu lubię takie wyszukiwanie drogi na własna rękę…pewnie dlatego, że się gubię. A jak się gubię, a później
odnajduję i wszystko wraca do normy i co więcej…są tego efekty w postaci kolejnych doświadczeń i nauk, to bardzo się z tego cieszę. No ale wracamy na szlak. Sorry. Tym razem się nie zgubiłem. Ledwo ledwo i wczołgałem się na metę. I wszystko zrozumiałem. Trzy godziny czterdzieści osiem minut? Chyyyba. Kto by patrzył. Nieźle. Nogi mnie trochę bolały. I zostały mi dwa żele eneretyczne. Jeden nazywał się praca, a drugi rower. I wciąż je mam. I swoje trzy godziny i czterdzieści osiem minut…chyyyba…też mam. Taki to był Ultra Trail Hungary.

(A zdjęcia zajumałem od BiegamGdzieChcę i oficjalnego profilu biegu. Wybaczą albo nie.)

niedziela, 5 czerwca 2016

Telefon satelitarny - co i jak?

Telefony satelitarne przestają być już kojarzone jedynie z wojskiem i statkami na środku oceanu. Coraz częściej korzystają z nich podróżnicy czy himalaiści w czasie ekspedycji, biznesmeni czy po prostu osoby chcące w każdych warunkach pozostać w łączności. Stanowią one pewną, bardzo wygodną i przede wszystkim wcale nie taką drogą opcją powiadomienia służb ratowniczych o wypadku lub by po prostu zadzwonić ze środka pustyni do chłopaków siedzących w biurze.;) Dziś dowiecie się, jak można im popsuć humor poprzez wykorzystanie telefonii satelitarnej.

Jak to w ogóle działa?

W cały łańcuszek przekazania Waszego sms-a z telefonu satelitarnego
zaangażowana jest bardzo skomplikowana technologia jednak schemat działania jest dość prosty.

jesteś Ty z telefonem satelitarnym, wysyłasz sms-a -> wędruje on sygnałem do jednego ze sztucznych satelitów Ziemi ->satelita przekazuje sygnał do stacji nadawczo-odbiorczej znajdującej się na Ziemi -> stacja przekazuje sygnał do naziemnych sieci GSM -> Twój kolega odbiera sms-a na komórce

Oczywiście analogicznie jest z e-mailem czy z wiadomością. Po prostu zawsze mamy stację nadawczo - odbiorczą dostawcy usługi pośredniczącą w naszym połączeniu. Dzięki temu, że nasze urządzenie łączy się z satelitami, możemy dzwonić nawet w miejscach, gdzie nie ma zasięgu GSM czyli na środku pustyni czy oceanu.

Historia telefonii satelitarnej sięga końcówki lat siedemdziesiątych. Natomiast dopiero w roku 1989 r. pojawiły się urządzenia przenośne du użytku na lądzie. Używano wtedy satelit z orbity geostacjonarnej. Na rynku przodował Iridium oraz Inmarsat. Kiedy zaczęto wykorzystywać satelity obiegające ziemię na znacznie niższej wysokości, zmniejszyła się minimalna wymagana moc urządzeń i telefony przyjęły postać plus/minus telefonów komórkowych.

Operatorzy, zasięg i ceny połączeń.

Aktualnie mamy czterech operatorów na rynku. Jest:

IRIDIUM

Operator gwarantuje zasięg ogólnoświatowy. Ja korzystałem właśnie z Iridium.
Format opłaty to prepaid:

karta 75 min: 150 dol.
karta 200 min: 150 dol.
karta 500 min: 658 dol.
karta 300 min: 2716 dol.
Jedna minuta wymienna jest na 3 SMS-y.

GLOBALSTAR
Jak widać nie porozmawiamy sobie na północnych krańcach Alaski, w większości krajów Afryki oraz na południu Dalekiego Wschodu. Zasięgu nie ma również na morzach i oceanach.
Mamy opcję abonamentu ze stawkami:
Erope Basic: 07-3,75 EUR
Europe Primo: 0,99 - 4,04 EUR
I jego koszt to 20 EUR/miesiąc (aktywacja 50 EUR). Oraz abonament Unlimited za 35 EUR/miesiąc (również 50 EUR aktywacja) za stawkami:
Unlimited Plan: bez opłat w Europie Zachodniej (Polska), 08 - 1,55 EUR do pozostałych krajów


INMARSAT
Inmarsat nie obejmuje okolic podbiegunowych.

Ceny przedstawiają się następująco:
BGAN: 0,91 dol.
Mini M: 1,55 dol.

BGAN oraz Mini M to rodzaje urządzeń. Abonament to 40-55 dol, aktywacja 50 dol.





THURAYA
Tutaj nie mamy Ameryk, oceanów, południa Afryki, Kamczatki, Grenlandii oraz biegunów.

Forma płatności to pre-paid.
-w ramach sieci satelitarnej Thuraya 0,53 dol.
-do dowolnego polskiego operatora: 0,83 dol.
-pozostałe kraje: 0,76 - 1,35 dol.
- pozostałe sieci satelitarne: 1,96 - 3,97 dol.




Skąd wziąć telefon?

Można kupić. Po prostu. Wchodzicie na allegro, ebaya inne serwisy aukcyjne czy sklepy i kupujecie. Nowy lub używany. Wtedy płacicie i macie telefon na własność. Jeśli będziecie z niego dużo korzystać to jo, opłaca się. Natomiast jeśli będzie Wam potrzebny tylko na jeden wyjazd to lepiej wypożyczyć. W sieci jest sporo wypożyczalni tego typu sprzętu. Ja zdecydowałem się kupić ponieważ trafiła mi się niezła okazja na Iridium 9505A. Cena telefonu satelitarnego to około 1500-2500zł. Do tego dokupujecie kartę SIM odpowiedniego producenta (pamiętajcie, że wybór telefonu od razu dyktuje Wam wybór sieci. Nie kupicie telefonu od Iridiuma i nie będziecie na nim używać karty innego dostawcy.

Jeśli chodzi o wypożyczalnie to koszt waha się w okolicach 300-450zł za tydzień. Zwykle w tym mamy już około 15 min do wykorzystania. Za ponadwymiarowe połączenia zapłacimy dodatkowo.

MOJE DOŚWIADCZENIA Z IRIDIUM
Miałem styczność z siecią Iridium, którą wybrałem z powodu prostych zasad (pre-paid), dobrego kontaktu z Galacticom (Australia), globalnego zasięgu oraz solidnego telefonu 9505A. I teraz tak, oto procedura:
-kupujecie kartę SIM. Ona może sobie spokojnie leżeć i dzień roboczy wcześniej (weźcie pod uwagę różnicę czasu) wysyłacie maila, że tego a tego dnia chcecie rozpocząć użytkowanie. Karta z określoną ilością minut jest ważna określony czas i np. 75 min to miesiąc ważności nawet jak nie
wykorzystacie wszystkich minut),
-telefon ma pamięć kilku numerów ale nie da się np. wysłać sms-a na numer z książki telefonicznej więc ja polecam mieć ważne numery po prostu zapisane na kartce i zalaminowane,
-pod numerem 2888 możecie sprawdzić aktualny stan Waszego konta, również zawsze przed rozpoczęciem rozmowy miła Pani mówi Wam ile minut zostało,
-by zadzwonić na określony numer wpisujemy go oczywiście z kodem międzynarodowym (dla Polski 0048xxxxx)
-na Iridium można wysyłać darmowe SMS-y ze strony https://messaging.iridium.com (jakby jakiś Wasz znajomy miał do Was pisać uprzedźcie go by nie pisał polskich znaków),
-nie wszystkie SMS-y zawsze przychodzą. Niestety. A jak np. pod wieczór włączycie telefon i przyjdzie do Was nagle kilka na raz, to się telefon potrafi zawiesić,
-na całym świecie, za darmo (nawet jak nie macie środków na koncie) możecie dzwonić na numer alarmowy (w stanach 911, Europie 112).

Myślę, że wyczerpałem temat. Jeśli macie jakieś pytania, walcie śmiało!