sobota, 27 listopada 2010

Mój pierwszy Gdyński Bieg Niepodległości.


Dowiedziałem się o nim z internetu. W Gdyni dzieje się sporo ale na szczęście ktoś bardzo mądry pomyślał o stworzeniu kalendarium imprez. Dzięki temu mam plany na najbliższy rok.;)
Rzut oka na regulamin i plan imprezy. 10km, fajny dystans tylko w ile to ja biegam? Nie pamiętałem swojego wyniku z ostatniej imprezy. Tak się zmęczyłem, że zapomniałem o zatrzymaniu stopera, zauważyłem to dopiero w domu i miałem na wyświetlaczu około 3h.:D Na drugim, moim 10km biegu zrezygnowałem z powodu poparzenia stóp przez fatalne buty. Ale nic to...w regulaminie limit był 1h i 15min. "Do zrobienia"-pomyślałem.
Wstałem rano, wsunąłem jajko sadzone na boczku, spakowałem i ruszyłem do "Riwiery" na zapisy. Miałem spotkać się tam też z Dominiką. Doszedłem na miejsce a tam...kolejka. Nie, źle napisałem, powinno być: "a tam KOLEJKA. Nie zapisałem się przez internet i to był błąd. Kolejka do zapisów była naprawdę wielka. Sami organizatorzy nie spodziewali się takiej frekwencji. Dla wielu osób (w tym dla mnie) nie starczyło numerków startowych i dostaliśmy po prostu kartki z numerem wypisanym markerem. Cały bieg, z powodu zapisów, opóźnił się o pół godz. Zaraz po tym jak otrzymałem swój numer i chipa, kiedy się przebierałem, przyszedł organizator i ogłosił koniec zapisów. "Mam farta"- pomyślałem. Chipa trzeba było pleść w sznurówki buta. Tylko jak to zrobić kiedy ma się salomony z osławioną kevlarową linką i stoperem? Nie miałem nawet kawałka linki. Swoja drogą...pod względem logistycznym w ogóle byłem kiepsko przygotowany. Nie miałem opłaty startowej w gotówce, scyzoryka, lekkiego posiłku przed samym startem, picia i wspomnianej linki do przywiązania chipa. Ale miałem Dominikę, która uratowała mnie w każdej z tych wpadek. Dostałem od niej wodę, banana, chipa przywiązałem jej gumką od włosów. Do tej pory nie wiem jak jej za to wszystko dziękować. Na koniec jeszcze wzięła mój plecak z rzeczami do przebrania.
Na starcie stanęło prawe 1500 osób. Nie rozgrzałem się odpowiednio z powodu braku czasu. Chwilkę skakania, rozciągania nóg. Ustawiłem stoper i słyszę wystrzał oznaczający start. Czołówka chyba ruszyła ostro, nie wiem- bo nie widziałem.;)Minęło chyba z 40s zanim ja powolutku ruszyłem biegiem. Po pierwszych 300m peleton troszkę się przerzedził i można było "wyciągnąć"nogi. Ten rytmicznie powtarzający się dźwięk podeszw uderzających o podłoże...ajjj, no mam do niego słabość.;D Tak samo jak to dźwięku łańcucha gładko poruszającego zębatki. Trasa biegu biegła po bulwarze gdyńskim, później podbieg do polanki redłowskiej i z powrotem do Skweru Kościuszki. Szło ładnie, ktoś mnie wyprzedzał, kogoś obiegałem ja. Poganialiśmy co wolniejszych. Był uśmiech na twarzy, napięcie łydki i doping ludzi ustawionych wzdłuż trasy. Generalnie wiedziałem, że jestem gdzieś w połowie stawki, pełno ludzi biegło przede mną, ale i za mną. Można było to zobaczyć szczególnie na zakrętach. Kiedy ja podbiegałem pod polankę czołówka zbiegała, byli mocni. Oj, tak mocni, że tylko usłyszałem świst i już ich nie było. Na polance był pomiar, przebiegając obok żółtej skrzynki mogliśmy usłyszeć znajome pip. No i zbieg, powrót i nawrót na drugą i ostatnią pętlę. Przyspieszyłem...stało się coś dziwnego, zaczął mnie boleć bark. Co jeszcze dziwniejsze lewy bark, spodziewałem się, że może się coś stać ale z prawym. Robiąc kiedyś salto w tył złamałem prawy obojczyk. Bolało przez cały bulwar. Puściłem trochę lewą rękę, nie pracowałem nią już tak mocno. Kiedy dobiegłem do podbiegu na polankę stała się kolejna dziwna rzecz. Wszystko przeszło, ból łydek, ciężki oddech i ból barku, a ja poczułem moc. Widziałem tylko to co przede mną, obraz po bokach mi się rozmazywał. Ruszyłem pod tą górę naprawdę mocno, bo co raz kogoś obiegałem, w dół poleciałem tak jak radzą w książkach "odchyl się do tyłu i rób duże kroki, naucz się wykorzystywać zbieg". Na metę wpadłem z wielkim uśmiechem, zaraz ktoś mi wręczył pamiątkowy medal. Poczekałem chwilkę na Dominikę, która zaraz doszła z moimi ubraniami, przebrałem się. Chwilkę pospacerowaliśmy po plaży i poszliśmy na ciepłą herbatę serwowaną w ramach wyścigu.
10km przebiegłem w 49min24s 38 setne co nie jest niczym wyjątkowym, ale dla mnie ważniejsze jest to, że po raz pierwszy 10km nie było okupione grymasem bólu a wieeelkim uśmiechem. Zająłem 659 miejsce.:D Jest dobrze, naprawdę. I Dominice bardzo dziękuję za pomoc!:)

Zapraszam do obejrzenia startu biegu, dopiero widać ile osób było, a i mnie widać ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz