piątek, 30 grudnia 2011

Podsumowanie 2011 roku.


Jako, że to ostatnie dni 2011 roku, nadszedł chyba czas na małe podsumowanie. Tym bardziej, że w 2012 ma być koniec świata, więc może już nie być okazji by napisać coś podobnego.;)

Cóż takiego mi się udało:

Zaczynając od początku to bardzo zadowolony jestem, że zmusiłem się do odbycia kilku zimowych, dłuższych jazd na rowerze. Poznałem specyfikę jazdy w takich warunkach, dzięki temu wiem jak lepiej, sprzętowo przygotować się do zimowych wycieczek w przyszłym roku. Jedną wycieczkę jechałem wspólnie z Jarkiem poznanym na forum.

Miałem okazję pojeździć po Czechach, Austrii i Słowacji w czasie majówki, na lekko. Dzięki temu poznałem lepiej kolejną osobę z forum, Toosha.

Zaliczyłem pierwszy rok moich studiów na kierunku Towaroznawstwo, trafiła się jedna poprawka- filozofia.

Wakacje upłynęły pod znakiem wyjazdu rowerowego, wraz z Dominiką, na Bornholm. Wyprawę udokumentowaliśmy świetnymi zdjęciami.

W wakacje miałem też okazję solidnie popracować, zyskałem sporo funduszy.

Miałem okazję zwiedzić Litwę, na lekko.

Zakupiłem trzeci rower do mojej stajni, tym razem szosówkę.

Zdobyłem stopień Młodszego Ratownika WOPR.

Dużo biegałem, używając pulsometru, co zaowocowało poprawieniem czasu na 10km. Moja życiówka wynosi teraz 00:45:40.

Wziąłem się ambitnie za szycie, wynikiem tego jest powstanie zakładki „krawiectwo turystyczne”: opracowałem m. in.: nowego saddlebaga i tankbaga, tarpa i nerkę biegową.

Zająłem trzecie miejsce w biegach przełajowych Akademii Morskiej.

Zacząłem regularnie chodzić na siłownię i ściankę wspinaczkową.

Minusy 2011 roku:

Niestety dwa razy byłem ofiarą wypadku. Pierwszy był nieszkodliwy, drugi natomiast bardziej poważny. Sprawa winy ciągnie się do tej pory...Przez to zmuszony byłem przeprowadzić poważną modernizację roweru.

Zaliczyłem poważną klapę z pierwszymi wersjami saddlebaga i tankbaga.

Na rowerze odbyłem tylko trzy trasy powyżej 200km, tragedia!

Sierpień i wrzesień były miesiącami poważnych problemów, nie wspominam ich miło.


Podsumowując podsumowanie, wypada mi ocenić 2011 rok. W skali do 0-10? Proponuję ocenę 6. Najważniejsze pytanie jednak...czy dał mi on wskazówki i rady jak lepiej wykorzystać rok 2012...o ile nie będzie końca świata.;)

piątek, 9 grudnia 2011

Czyżby trening zaczął dawać efekty?


Każdego roku, 8 grudnia, Akademia Morska obchodzi własne święto. Z tej okazji, prócz oczywiście godzin rektorskich, odbywają się liczne zawody sportowe, specjalna msza i impreza w klubie studenckim Bukszpryt.

Wśród zawodów sportowych i ja wyłuskałem coś dla siebie. Biegi przełajowe o puchar rektora AM. Bieg po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, na krótkim dystansie, w tym roku nie cieszył się dużym zainteresowaniem. Być może winna temu była słaba pogoda? Deszcz i niskie temperatury? Na starcie stanęła jednak czołówka zawodników z zeszłego roku, kiedy to musiałem zadowolić się jedynie siódmym miejscem...

Tym razem jednak, zaraz po starcie wyklarowała się pierwsza trójka do której załapałem się i ja. W czasie biegu, jeden z naszej trójki odpadł, zastąpił go natomiast zawodnik, który mocno przyspieszając wygrał tegoroczny bieg. Miejsca drugie i trzecie natomiast nie zmieniły się nawet na chwilę.

Mnie udało się ukończyć bieg na podium z trzecim miejscem. Mogło być lepiej, ale może za rok?:)

poniedziałek, 28 listopada 2011

BIKEPACKING: Nowy model saddlebaga, wrażenia z użytkowania.

Nowy saddlebag powstał po serii testów, które zmuszony byłem przeprowadzić po totalnej klapie starej sakwy. Niestety, poprzednia podsiodłówka brzydko wisiała pod siodłem, do tego podczas pedałowania mocno bujała się na boki. Te minusy wynikały z braku usztywnienia. W nowym saddlebagu zastosowałem usztywnienie z płyty z poliwęglanu i wszystkie te minusy zniknęły! Sakwa nagle jest sztywna i siedzi pod siodłem jak przyklejona! Do tego zastosowałem lepszej jakości materiały i wyszło coś naprawdę dobrego. Kilka pierwszych jazd utwierdziło mnie w przekonaniu, że usztywnienie, mimo, że drastycznie zwiększa masę, jest koniecznie. I dobrze mi z tym.

piątek, 11 listopada 2011

Gołą nogą przez Gdynię.


Kolejny, Gdyński Bieg Niepodległości przeszedł do historii.

Wystartowałem z numerem 51, przybiegłem na 585 miejscu z czasem 00:45:40. O 40sek przekroczyłem, wcześniej ustalony przez siebie limit. Z drugiej strony poprawiłem swój czas na 10km o 4min w stosunku do startu w zeszłym roku.

Biegło się bardzo przyjemnie nie licząc obowiązkowego kryzysu w okolicach 7km. Zaskoczyła mnie nowa trasa biegnąca ul. Świętojańską oraz bufet z wodą. Skorzystałem z niego na drugiej pętli. Niestety oczekiwanie na wydanie wcześniej zdeponowanych ubrań trwające 40min po finishu bardzo obniżyło moją ocenę o imprezie. Wszyscy mocno wymarzli...

czwartek, 10 listopada 2011

Sanrenmu 710.



Od pewnego czasu odczuwałem potrzebę posiadania noża EDC. Potrzeba ta wynikła z tego, że sporo czasu spędzam poza mieszkaniem. Albo już siedzę cały dzień w akademiku, albo po prostu wychodzę rano i wracam wieczorem. Zdarzają mi się również, nie często co prawda, ale jednak długie podróże pociągiem do domu rodzinnego. Właśnie w tym drugim i trzecim przypadku widziałem uzasadnienie w noszeniu ze sobą małego folderka. Jego rola miła być prosta- przygotowanie posiłku. W czasie wykładów nie widzę wielkiego sensu, żeby iść gdzieś na ciepły posiłek. Ten zjem wieczorem, po powrocie do akademika. Miedzy wykładami natomiast jadam kanapki. Po prostu grupą idziemy do pobliskiego supermarketu, kupujemy półprodukty, następnie rozsiadamy się gdzieś na uczelni i robimy kanapki. Do tego oczywiście przydaje się nożyk.

Zdecydowałem się na tani folder chińskiego producenta Sanrenmu, dokładnie- model 710.
Przekonała mnie do tego jego prosta i niezawodna konstrukcja. Po prostu ostrze drop point, dwie okładki ze stali nierdzewnej skręcone na imbusy, blokada mono-lock i klips do przypięcia za brzeg kieszeni. Z tego opisu zieje surowość konstrukcji, ale też jej wytrzymałość. I tak właśnie jest. Cała konstrukcja jest dzięki temu otwarta i niewrażliwa na zanieczyszczenia. Klips bardzo silny, uniemożliwia zgubienie noża. Ponad to wszystko, po prostu zawsze podobały mi się takie noże.

Używanie...no cóż. Nóż ogranicza tylko jego krótka bo 71mm głownia. Ale to już mój świadomy wybór, po prostu chciałem nóż mały, by nie rzucał się pomiędzy ludźmi bardzo w oczy. Poza tym ergonomia stoi na bardzo wysokim poziomie. Z noża tylko do kanapek na mieście stał się nieodłącznym kompanem w kuchni. Śniadanie obiad i kolacja. Inne noże po prostu poszły do pudła. Mycie i konserwacja banalne. Nóż zagościł u mnie w tylnej kieszeni na stałe.



Nie sztuką jest polecić coś, co kosztuje połowę wypłaty, komuś, kto pyta. Wiadomo, że ta rzecz będzie wykonana starannie i dokładnie, z dobrych materiałów. Sztuką natomiast jest, która potwierdza doświadczenie, polecić komuś coś, za co zapłaci mniej a spełni to jego oczekiwania. 710 właśnie taka jest. Przy cenie 35zł otrzymujemy w pełni użytkowe narzędzie na co dzień.

Dokładniej o tarpie.




Po zamieszczeniu krótkiego posta o moim nowym, samodzielnie uszytym tarpie, przyszedł czas na kilka dokładniejszych zdjęć oraz słów po jednej, spędzonej w terenie, nocy.

Przede wszystkim, namiotowi dostał się, wykonany z tego samego materiału, pokrowiec, aluminiowe i składane maszty oraz aluminiowe śledzie wraz z własnym pokrowcem.

Płachta z linkami i gumkami w pokrowcu waży 684g.
Aluminiowe maszty to kolejne 128g.
Śledzie w pokrowcu dodają jeszcze 71g.
Waga kompletu wynosi więc 883g.



Przestrzeni w namiocie jest wystarczająco dla jednej osoby z bagażem. Bagaż układamy "w głowie" po bokach. Wysokość z przodu natomiast jest odpowiednia by siąść i np. się przebrać. Po wietrznej nocy spędzonej pod moim tarpem zdecydowałem się na wszycie krótkich gumek do śledzi. Dzięki temu nic nie podwiewało. Na wietrze, nadmiar materiału u wyjścia, mocno trzepocze co może wkurzać. Mi akurat nic to nie przeszkadzało. Cały tarp natomiast jest bardzo stabilny.



Rozkładanie jest bardzo proste choć zajmuje minimalnie więcej czasu niż w przypadku namiotów samonośnych. Rozłożenie namiotu "na gotowanie" jest wygodne i pozwala na używanie małej maszynki gazowej. Sprawdziły się moje zamierzenia w tej kwestii.



Podsumowując, czekam na deszcz. Mam nadzieje, że jeszcze doczekam się go przed śniegiem. :) Póki co jestem zadowolony ze swojego dzieła, choć szwy nie są jeszcze podklejone...

poniedziałek, 7 listopada 2011

Morświn? Mors?



Gdyńskie WOPR co niedzielę organizuje wspólne bieganie połączone z zajęciami z samoobrony oraz co najważniejsze: kąpielą w morzu!



Woda była...rześka.;) W zimę też nie przerywamy i niczym rasowe morsy również będziemy zażywać zdrowotnych kąpieli.



Od siebie zapraszam! Co niedziela przy marinie w porcie jachtowym w Gdyni o 12:15.

Zapraszam też na stronę WOPRU.

niedziela, 30 października 2011

Zbiórka zastępu zastępowych 1 ŁDH. Opowieść pod znakiem słowa DAWNO...



Z okazji święta 1 listopada wróciłem do Łukowa. Okazało się, że świetnie trafiłem akurat na zbiórkę zastępu zastępowych mojej dawnej drużyny. Zbiórka w formie dwudniowego biwaku niedaleko Łukowa- w Gręzówce. Jako dawny drużynowy zostałem na tą zbiórkę zaproszony. DAWNO nie byłem na takim biwaku...

Problem był tylko tego rodzaju, że cały mój sprzęt turystyczny został w Gdyni. Musiałem kompletować coś z mojego starego, wysłużonego sprzętu, który zalegał w piwnicy czy w domu. Tym samym zabrałem stary śpiwór, plecak, cywilne ubrania, bardzo niewygodne buty i samodzielnie wykonany nóż. Miło mi było wrócić do tej przeszłości. W większości z tych rzeczy drzemie w jakimś stopniu trochę mojego doświadczenia i mnóstwo wspomnień. Waga plecaka zdecydowanie wykroczyła poza ramy ultralight-u, jak ja DAWNO nie chodziłem z tak ciężkim i dużym plecakiem...

Zaczęło się od nocnego marszu przez las. Szybko odczułem dawne bóle pięt wynikające ze starych, niewygodnych butów, które kiedyś katowałem nie mając innych. Ale marsz był niesamowity: ciemno, my bez latarek (swojego hls zostawiłem w Gdyni), rozmawiało się luźno, niebo bezchmurne, gwiazdy jakby na wyciągnięcie ręki. Szukaliśmy dużego wozu, małego, później gwiazdy polarnej, zastanawialiśmy się jak mogą się nazywać inne skupiska gwiazd, których wcześniej nie widzieliśmy. DAWNO nie patrzyłem tak w niebo...

W szkole w Gręzówce umówione mieliśmy spotkanie ze starostą powiatu łukowskiego Januszem Koziołem. Późnej znów w las! Mimo że północ, poszliśmy po ciemku do pomnika księdza Brzóski (patrona 1ŁDH) i zapaliliśmy tam dwa znicze. Po powrocie położyliśmy się spać. DAWNO już nie spałem na takim biwaku w szkole...



Pobudka następnego dnia, śniadanie i blok "wykładów". Zasady dobrej zbiórki, obrzędowy piec itp. Później wyjście w teren, gdzie ugotowaliśmy na tradycyjnej kuchni polowej bigos z dodatkiem owoców jałowca znalezionymi nieopodal biwaku. Wszystkim smakowało. DAWNO już nie jadłem strawy ugotowanej na tradycyjnym ogniu, kuchni polowej...



Powrót do szkoły i debata oxfordzka. "Czy harcerze zrobili dobrze dewastując pomnik żołnierzy radzieckich oblewając go czerwoną farbą?" DAWNO już nie słyszałem wypowiedzi mojego drużynowego...

Powrót do Łukowa około 17:00, już samochodem. DAWNO już nie jechałem samochodem z moim drużynowym...

Dzięki za zaproszenie.

niedziela, 23 października 2011

Nowy tarp- wreszcie gotowy!


Trochę to trwało. Od czasu posta w którym zapowiedziałem szycie nowego tarpa minął ponad miesiąc! Opóźnienie związane było głównie z tym, że w czasie pracy zabrakło mi materiału i musiałem domówić dodatkowe metry. To co wyszło, możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. Mój nowy tarp jest całkowicie zamykany, samo zamknięcie- tak jak zapowiadałem- nie opiera się na zamku. Zamknięcie na zakładkę przede wszystkim jest lżejsze, po drugie natomiast umożliwia minimalnie inne rozbicie. Wtedy namiot nie jest zamknięty całkowicie, jednak jedna z absyd jest większa. Bardzo wygodne np. podczas gotowania w mżawce. Stąd na zdjęciach namiotu zamkniętego możemy zauważyć lekki nadmiar materiału- jest to zabieg celowy.
Rozmiar po spakowaniu jest dla mnie bardzo satysfakcjonujący. Do samej płachty dojdzie jeszcze dziewięć aluminiowych śledzi oraz dwie rurki aluminiowe jako maszty.

Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć:



poniedziałek, 17 października 2011

BIKEPACKING: Nowy tankbag gotowy.


Wcześniejszy model tankbaga średnio mi się sprawdzał. Był mało stabilny, bujał się na boki i obciążony przechylał się na którąś za stron co denerwowało. Zahaczałem wtedy o niego kolanami przy pedałowaniu na stojąco. Poza tym, w tak wąskim i wysokim trudno było znaleźć coś na samym dnie.

Po wyjeździe na Litwę gdzie moje zdenerwowanie na tę część sprzętu sięgnęło apogeum zdecydowałem się opracować i uszyć sobie coś lepszego. Nowy model tankbaga jest przede wszystkim niższy, ale szerszy. Ponieważ tankbag jest teraz niższy zrezygnowałem z zewnętrznych kieszonek siatkowych ponieważ tak płytkie byłyby bezużyteczne.



Nowa sakwa jest dużo stabilniejsza niż stary tankbag. Mocowanie do ramy jest identyczne, czyli dwa rzepy do dolnej górnej rury i jeden dookoła sterów. Jazdy w terenie potwierdziły sztywność tankbaga. Jest zadowalająca jeśli nie bardzo dobra. Kolanami lekko się zahacza podczas jazdy na stojąco w wymagającym terenie, ale mi to nie przeszkadza.

czwartek, 6 października 2011

Mocno, mocniej, tytanowo...


Od dziś wszystko co wychodzi spod mojej maszyny jest poszyte jednymi z najmocniejszych nici, stosowanymi m. in. w produkcji oporządzenia wojskowego. Nici TYTAN 40. Nie są tanie, ale mocne jak diabli. Jestem bardzo z nich bardzo zadowolony.

Test porównawczy lekkich syntetyków: Quechua S15 vs Fjord Nansen Fredvang.

Śpiwór, w filozofii ultralight, jest określany mianem BIG. Innymi słowy jest to jedna z sześciu lub, jak kto woli, siedmiu głównych rzeczy na wadze których należy się skupić, aby wagę bagażu obniżyć na tyle, by można ją było określić jako „ultra”. Jeśli już zdecydujemy się na wymianę lub zakup śpiwora, mamy dwie drogi. Puch lub syntetyk. Puchowe śpiwory są zdecydowanie lepsze od swych syntetycznych kuzynów praktycznie pod każdym względem. Są lżejsze, mniejsze po spakowaniu, długowieczne i przede wszystkim dużo cieplejsze. Są jednak zdecydowanie droższe niż śpiwory syntetyczne oraz bardziej wrażliwe na zawilgocenie.
Ja wciąż nie czuję potrzeby posiadania śpiwora puchowego, ponieważ pod namiotem nocuję głównie w lecie, a w zimniejsze pory roku pod dachem. Zdecydowałem się więc na zakup i porównanie, dwóch lekkich śpiworów syntetycznych dostępnych na naszym, polskim rynku. Do bezpośredniej walki staną:
· zielony S15 firmy Quechua, oraz
· granatowy Fredvang od Fjorda Nansena.
Oba śpiwory w rozmiarze L.



POKROWCE



Pierwsze na co zwrócimy uwagę podczas zakupu to oczywiście pokrowce. Widzimy tu zdecydowaną przewagę S-ki. Pokrowiec „kaczuchy” wyposażony jest bowiem w sprawdzony system kompresyjny oparty na czterech taśmach. Dzięki niemu możemy swobodnie spakować śpiwór do worka, a następnie wygodnie ścisnąć, by otrzymać mały pakunek. Prócz tego występuje tu też uchwyt, za który możemy worek złapać, kiedy wyciągamy śpiwór. Występuje tu też bardziej „wypasiony”, trójkątny stoper.
Fredvang-owski worek jest prosty do bólu. Marny system kompresji sprowadza się tylko do dwóch linek ze stoperami. Same stopery, mimo że nie tak „dizajnerskie” jak w piętnastce, działają o wiele lepiej niż te u rywala. Sam pokrowiec jest też lżejszy niż ten od S15.



Podsumowując: remis. Quechua S15 ma worek z rewelacyjnym systemem kompresji, jednak pokrowiec od Fredvanga jest lżejszy i posiada mocniejszy stoper.

WAGA

Czas rzucić obu konkurentów na wagę. Mimo cięższego, jak już wcześniej zauważyliśmy, worka to S15 jest lżejsza. Waży bowiem 647g. Fjord Nansen natomiast 662g. Różnica wynosi 15g, nie jest specjalnie znacząca, jednak gram do grama...Podsumowanie: zdecydowany plus dla S15 za niższą wagę.

ŚPIWORY



Wyjmujemy więc śpiwory z pokrowców. Rozkładamy na podłodze i co widzimy? Quechua zaskakuje większym „loftem”, o ile w przypadku śpiworów syntetycznych można o nim mówić. Fredwang, dzięki Eco Loft Hollowfiber podniósł się tylko 8cm, Quechua natomiast, dzięki zastosowaniu systemu Stratermic, o 10-11cm.




Kolejną zauważalną różnicą jest również materiał wewnętrzny. We Fredvangu przypomina on bawełnę, jest szorstki i cięższy. W S15 natomiast mamy delikatny, przyjemny w dotyku i lekki materiał syntetyczny. To przez tą sztuczną „bawełnę” w środku Fjord jest cięższy. W przypadku zamoczenia zapewne będzie też wolniej sechł.




Przejdźmy jeszcze do kilku szczegółów. Najpierw zamki. Tak jeden jak i drugi póki co działają bez zarzutu oraz w obu zastosowano mechanizm dwustronny z jednym skrzydełkiem. Francuzi zadbali tylko o ciekawsze przedłużenie skrzydełka w S15 oraz przede wszystkim zamek w tym śpiworze jest sygnowany przez YKK.



W obu śpiworach zastosowano listwy ocieplające zamek oraz zabezpieczenie zamka błyskawicznego rzepem. W obu śpiworach nieużywany rzep można zabezpieczyć przez zagięcie i „doklejenie” go do dodatkowego, naszytego kawałka.



Regulacji kaptura w obu śpiworach dokonujemy za pomocą stoperów. Te zastosowane w naszych śpiworach tym razem mało się różnią i oba działają bardzo dobrze.



Jako zdecydowany zwolennik materiałów cienkich i syntetycznych daję kolejnego plusa S15 za tkaninę wewnętrzną. Plus ten należy się również „kaczuszce” za większy „loft”.

TEMPERATURY



Fjord Nansen określa swój śpiwór od min.T 1 stopni Celcjusza do max.T 26 stopnia Celcjusza. Temperatura komfortowa to 15 stopni. Quechua trochę inaczej podaje temp. określające parametry swojego śpiwora. Na worku producent podaje bowiem jedynie temp. komfortową, która wynosi 15 st. Celcjusza, oraz temperaturę „limit”, odpowiednio 11 st. Celcjusza. Temp. te mają być zgodne z europejskim standardem EN 13537-4.3.3. Najważniejsza jest zawsze temp. komfortowa (w obu naszych śpiworach jest taka sama) więc porównanie faktycznej ciepłoty będzie łatwe i powiem tak: spałem w obu śpiworach w podobnych warunkach i ogólnie cieplej było mi w S15. Temperatura na zewnątrz była lekko niższa niż 15 stopni, ok. 12-13 st. Celcjusza. W obu śpiworach spałem w cienkiej syntetycznej, długiej bieliźnie. Zaznaczam też, że mi przeważnie jest ciepło. Zmarźluchy powinny same sprawdzić ciepłotę obu śpiworów. Ponieważ jednak śpię na cieniutkiej alumacie czasem czuć chłód od ziemi. Czułem go mocniej śpiąc w śpiworze Quechua. Powody tego zjawiska mogły być dwa: całe ocieplenie pod nami kompresuje się i nie grzeje, jednak ponieważ Fredvang posiada grubszy materiał wewnętrzny mógł on lepiej izolować od zimna niż cieniutkie wnętrze S15. Drugie wyjaśnienie mogłoby brzmieć: ponieważ w S15 było mi ciepło to „kierunkowy” chłód tylko od ziemi poczułem wyraźniej, natomiast śpiąc we Fjordzie było mi ogólnie chłodno więc, zimna od ziemi nie czułem wyraźnie.

Zbierając teraz wszystko: gdybym miał polecić komuś, któryś z tych śpiworów zdecydowanie wskazałbym na S15. Jest to śpiwór lżejszy, cieplejszy i wykonany z lepszych materiałów. Zastosowane dodatki również biją na głowę konkurencję. Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę ceny obu porównywanych śpiworów: Fjord Nansen za 119.90zł, natomiast S15 za 159.90zł, to zauważymy, że niestety za lepszy produkt będziemy musieli dopłacić 40zł. Moim zdaniem jednak warto. „Kaczuszka” wygrała w tym pojedynku, jednak śmiem stwierdzić, że na polskim rynku nie ma żadnego innego, równie dobrego, lekkiego i ciepłego śpiwora w tej cenie. Zdecydowanie polecam Quechua S15 Ultralight, choć Fredvang również nie jest złym śpiworem. Na warunki temperaturowe określone przez producenta również będzie dobrym wyborem.

środa, 5 października 2011

Jesienna Litwa.


Zapraszam do obejrzenia fotogalerii z mojego ostatniego wyjazdu. Tym razem odwiedziłem Litwę, a głównie jej stolicę- Wilno.

JESIENNA LITWA

czwartek, 22 września 2011

Czarno czarni.


Materiału na tarpa jeszcze nie dostałem, więc maszyna stoi taka nieużywana. Serce mi się kraje jak ją taką bezczynna widzę. Wziąłem się więc dziś i uszyłem sobie pokrowiec na netbooka, aparat i śledzie do przyszłego tarpa.

Pokrowiec na netbooka wykonany jest z 5mm siatki dystansowej, zapinany na zamek błyskawiczny. Pokrowiec na aparat to jakby młodszy i mniejszy brat powyższego. Konstrukcja jest identyczna tylko wymiary dopasowane do mojego XP10. Pokrowce są lekkie, troszkę wyściełane oraz nie powiększają mocno gabarytów swoich zawartości, a za zadanie będą miały ochronę sprzętu przed wstrząsami i przede wszystkim porysowaniem w plecaku.

Pokrowiec na śledzie wykonałem natomiast z grubej cordury. Zapobiegnie on zniszczeniu innego sprzętu przez ostre krawędzie śledzi, wszystko przecież siedzi w ciasnym saddlebagu. 8 śledzi siedzi w nim na tyle ciasno, że nie było potrzebne żadne zamknięcie.

A wszystko to w czarnym, pięknym kolorze!

wtorek, 20 września 2011

Szyjemy tarpa!


Jeśli kto uważny, to wie że swojego starego, wymęczonego tarpa wyrzuciłem podczas majówki 2011 na Słowacji. Zbierałem się do szycia nowego i zbierałem, aż się zebrałem.

Materiał: zielony, impregnowany rip-stop. Jest trochę za gruby i ciężki niż bym chciał, ale mam nadzieję, że odwdzięczy się mi wytrzymałością i żywotnością. Do tego trochę wąskiej taśmy, pętle z shockcordu, maszty z tego co będzie pod ręką oraz samorobne aluminiowe śledzie.

Model w skali 1:17 sporządziłem więc znam też przybliżone wymiary. Wysokość "w głowie" to 106cm, a szerokość 115cm. "W nogach" natomiast odpowiednio 53cm i 62cm. Długość to 250cm. Zrezygnowałem z zamków i innych tego typu dodatków. Wejście będzie zamykało się "na zakładkę". Konstrukcja wynika głównie z chęci ograniczenia śledzi niezbędnych do rozstawienia, potrzeba ich 8 sztuk; oraz możliwości wykorzystania roweru lub znalezionych gałęzi jako stelażu. Dzięki temu nie będę musiał zabierać dedykowanych rurek.

Materiał już powinien do mnie jechać, więc lada dzień biorę się za szycie.

sobota, 3 września 2011

Coś nie tak?



To na mnie to Holter EKG czyli urządzenie rejestrujące pracę serca (EKG), w sposób ciągły, przez 24 godziny na dobę w celu późniejszej, szczegółowej, często komputerowej analizy.

Znalazło się to na mnie z konieczności zbadania serca, które podczas biegu wydaje się szwankować. Nie jestem pewny czy szwankuje serce czy pulsometr, mając jednak okazję postanowiłem sprawdzić to ważniejsze. Przy okazji dowiem się jakie naprawdę jest moje HRmax i wykonam jedno z badań, które pozwoli stwierdzić czy nadaję się na IronMana...

Wyniki poznam za jakiś czas, mam nadzieję, że będą pozytywne...

niedziela, 21 sierpnia 2011

Kolejne latarnie zdobyte!


Kontynuując zbieractwo latarni morskich postanowiłem, korzystając z wolnej niedzieli, odwiedzić latarnie morskie w Jarosławcu oraz w Ustce. Na trasę ruszyłem około 09:00 dosiadając mojego Peugeota.
Pogoda idealna: ciepło i bez wiatru. Asfalt średni. Jadę. Najpierw na Sławno, gdzie skręcam w prawo na Bobrowice. Drogę mam praktycznie dla siebie, ze względu na jej marny stan jadę środkiem, ale ponieważ i tak samochodów nie ma nikomu to nie przeszkadza. Dookoła mnie piękne krajobrazy, pola i łąki. Taką właśnie jazdę lubię. Ptaki śpiewają, słychać świerszcze. Napęd mojego roweru nie zagłusza tych odgłosów. Samochody też nie. To nienormalne jechać w takich warunkach ze słuchawkami na uszach. A niektórzy tak potrafią...Do Bobrowic nie wjeżdżam, skręcam w lewo prosto na Jarosławiec. Droga zmienia się niestety na tragiczną, w dziurach ustawiono wręcz słupki dla bezpieczeństwa, a samochody mijają się na zakładkę. Ja bardzo uważnie mijam wszystkie dziury, ponieważ nie mam ze sobą ani zapasowej opony, ani nawet dętki czy łatek. Niestety 7km przed Naćmierzą wpadam tylnym kołem w dużą dziurę. Przednie zdążyłem podrzucić i wyszło bez szwanku, jednak z tyłu złapałem typowego snake-a. Na szczęście miałem ze sobą łyżki do opon, szybo więc dostałem się do opony i zlokalizowałem dziury. Naiwnie myślałem, że wystarczy owinąć dętkę w tym miejscu taśmą izolacyjną, którą akurat miałem ze sobą, jednak rozwiązanie to na nic się oczywiście nie zdało. 7km do Naćmierzy pokonałem więc pieszo. We wsi na szczęście otwarty był sklep, gdzie kupiłem Kropelkę. Zakleiłem nią dziury i dodatkowo przykleiłem Kropelką taśmą. To na szczęście zadziałało i mogłem jechać dalej. Do Jarosławca zostało tylko 5km, więc błyskawicznie melduję się pod kolejną latarnią, którą widać już z daleka. Do samej latarni jest lekko pod górę, pokonuję ten podjazd sprawnie i kupuję bilet. Co ciekawe, w Darłowie mogłem, jako student, kupić bilet ulgowy, tutaj natomiast nie mogę. Od razu proszę o pieczątkę. Niestety w środku nie ma gdzie postawić roweru. Ryzykuję więc i zostawiam nie zapięty rower na zewnątrz. Wchodzę na górę i robię panoramę. Widok jest ładny więc zostaję na górze dobry kawałek. Z Jarosławca wyjeżdżam kiepściutką boczną drogą, która ostatecznie W Jeziorzanach zmienia się w bruk po którym praktycznie nie da się jechać. Do tego przecież moja tylna dętka jest połatana bardzo prowizorycznie i w każdym momencie pod takim obciążeniem może ponownie się rozszczelnić. Na szczęście odcinek jest krótki i zaraz wyjeżdżam na lepszą drogę. Mijam tam starszą parę sakwiarzy. Witam się, jednak szybko odjeżdżam ponieważ jadą bardzo wolno. Po lewo widzę z daleko niebieską taflę jeziora Wicko. Jadąc czerwonym szlakiem oznaczonym również jako międzynarodowy R-10 dojeżdżam prosto do Ustki. Ponieważ miasto jest zdecydowanie większe niż Jarosławiec, mocno tu kluczę zanim znajduję latarnię. Obsługa w niej jest bardzo miła, pozwalają mi zostawić rower w środku i chwilę zagadują pytając skąd jadę W Ustce zostaję dłużej, ponieważ jadę jeszcze na falochron, później na plażę (niestety w morzy się nie wykąpałem ze względu na straszny tłok na plaży, oraz to, że musiałbym zostawić rower bez opieki) i na końcu jeszcze zjadłem pod sklepem dwie bułki, które popiłem kefirem. To był mój jedyny posiłek na tej trasie, nie licząc sześciu krówek, które jadłem po drodze. Powrót to z początku jazda tą samą drogą, którą tu dojechałem. Wracając, ponownie mijam więc spotkaną wcześniej parę z sakwami. W Zaleskim jednak odbijam w lewo na Sławno. Trochę mi się już nudzi, do tego jeździ tu dużo samochodów, więc zakładam na uszy słuchawki i przy muzyce docieram do miasta. Przebijam się przez znane sobie Sławno. Wyjeżdżam na drogę nr6, która tradycyjnie wita mnie dobrą nawierzchnią i szerokim poboczem. W takich warunkach szybko dojeżdżam do pokoju.
Wstępnie miałem plany by pojechać jeszcze dalej, do Czołpina i zaliczyć tam trzecią tego dnia latarnię. Ponieważ jednak straciłem trochę czasu na naprawę dętki, do tego wciąż się bałem o jej ponowne uszkodzenie (w oponie jest dziura na wylot) odpuściłem sobie. Z powrotem byłem około 17:00. Wycieczka bardzo mi się udała i zawsze można sobie było zająć czymś myśli...

Więcej zdjęć TUTAJ

Dst: 108km
T: 04:27
Vmax: 50km/h
Vśr: 25km/h

Do Darłowa!


Kolejny wypad na moim szosowym Peugeocie zaplanowałem do Darłowa. Trasa ledwie 35km, jednak głównym celem była latarnia morska oraz to by nie siedzieć wieczorem w pokoju u siebie. Latarnia morska, ponieważ zacząłem zbierać pieczątki potwierdzające moją obecność w tychże. Pieczątki zbieram do specjalnego paszportu, który można kupić w większość latarni. Pięć pieczątek pozwala uzyskać odznakę brązową, trzynaście- czyli wszystkie polskie oznacza srebrną odznakę, natomiast wszystkie latarnie polskie oraz trzy zagraniczne dają odznakę złotą. Jakie ja będę mieć z tego korzyści? Srebrna i złota odznaka „Bliza” daje darmowe wejście na wszystkie latarnie morskie w Polsce. Złota odznaka prócz tego pozwala na darmowy wstęp na wystawy organizowane przez Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku. Odznaki mam gdzieś, ale sam paszport to świetna pamiątka oraz motywacja do jazdy.
Droga minęła szybko jednak asfalt na 37 jest tragiczny. Czasem jechałem środkiem, czasem nawet lewą stroną. Tutaj nie mogłem mocno pocisnąć ze względu właśnie na wszędobylskie dziury. Kiedy dojechałem do Darłowa obejrzałem Zamek Książąt Pomorskich, niestety tylko z zewnątrz, jednak już wiem, że będę miał jeszcze okazję go zwiedzić. Później pojechałem nad morze czyli do Darłówka. Samo Darłowo, miasto, leży jakieś 3km od wybrzeża, Darłówko natomiast (wschodnie i zachodnie nota bene) to dopiero wypoczynkowa dzielnica Darłowa. Co ciekawe, jadąc samochodem już w Darłowie musimy się zdecydować czy chcemy jechać na Darłówko Wschodnie czy Zachodnie ponieważ leżą one po dwóch stronach Wieprzy, a jedyny most drogowy jest tylko w samym mieście. Później są tylko mosty piesze. Jak ich nie było to kursowały tam promy. Ja pojechałem na Darłówko Wschodnie ponieważ tam stoi latarnia. Kupiłem bilet, do tego paszport „Bliza”. Wszedłem na górę i poczekałem na zachód Słońca. Zrobiłem zdjęcia i zszedłem ponieważ samą latarnię zamykają po zachodzie. Później jeszcze chwilę posiedziałem na falochronie i ruszyłem w drogą powrotną. Założyłem czołówkę i przez Darłówko Zachodnie wróciłem do swojego pokoju. Jechałem jeszcze wolniej, bojąc się o snake-i na dziurach w ciemności mimo mojej 120lm lampy. Zawsze uwielbiałem zachody Słońca nad morzem, jednak ten oglądany z latarni był wyjątkowy...
W czasie tej krótkiej wycieczki nic nie zjadłem i nie piłem. Nie chciało mi się...

Więcej zdjęć TUTAJ

Dst: 36km
T: 1:37
Vmax: 36km/h
Vśr: 22km/h

Na górę chełmską!


Korzystając z dobrej pogody oraz przychylności szefa, który pozwolił mi skończyć wcześniej pracę, w środę 17 sierpnia wybrałem się na pierwszą dłuższą trasę moją nowo zakupioną szosówką. Trasa była oczywista, do góry. A pierwsza góra jaka przyszła mi do głowy w tej okolicy to sanktuarium Góra Chełmska.
Wyruszyłem kilka minut po 17:00. Przez pierwsze 10km stawałem często, bo aż 4 razy. Wszystko po to by ustalić optymalną pozycję siodełka i kierownicy...bardziej siodełka. Ostatecznie chyba znalazłem najlepsze położenie, co więcej, pozycja jest nawet podobna do tej pochylonej, którą miałem na swoim góralu. Krajowa „szóstka” którą jechałem ma bardzo dobrą powierzchnię oraz szerokie pobocze. Jechało się więc wyśmienicie co pozwoliło mi maksymalnie wykorzystać możliwości nowego roweru. Na przekór wszystkim, którzy piszą, że szosówka wcale dużo nie daje, napiszę, że mi jechało się znacznie wygodniej i szybciej. Szosa jest znacznie zwrotniejsza, łatwiej składa się w zakręty i szybciej przyspiesza. Dziury, jeśli są, czuje się, owszem, ale za to na każdym głupim zjeździe wyciągałem ponad 40km/h. Podjazdy na stojąco mi nie wychodzą ze względu na węższą kierownicę oraz inny chwyt na niej. Po prostu przód ucieka mi na boki, ale to kwestia przyzwyczajenia oraz balansu ciałem. Wróćmy jednak do samej drogi, ponieważ zmiana asfaltu, która nastąpiła w Sianowie, brutalnie przypomniała mi o cieniutkich oponach i braku amortyzatora. Na szczęście zaraz za Sianowem znajduje się skręt w lewo na miejscowość Kłos. Jest to droga, która zaczyna się mniej więcej na 2m n.p.m. Podjazd tą drogą nie jest specjalnie wymagający, można się zmęczyć ale z nóg nie zwala. Wyprzedziłem tam rowerzystę, który chciał mi siąść na kole. Szybko jednak odpuścił bo kiedy stanąłem na pedały został w tyle. Dojechałem do bramy witającej pielgrzymów gdzie zrobiłem zdjęcie panoramiczne i rozpocząłem podjazd na szczyt. Prowadzą tam dwie drogi, ja wybrałem tą w prawo. Jak się później okazało, jest ona dłuższa lecz mniej stroma. Występują tam też poprzeczne progi, które utrudniły mi podjazd. Na szczycie, gdzie mój Legend pokazał 143m n.p.m., sfotografowałem wieżę widokową, która niestety z powodu remontu była zamknięta, oraz kościółek. Przeczytałem też jeden z plakatów informujący, że górę odwiedził nawet Jan Paweł II. Kiedy już miałem usiąść, dojechał wcześniej wyprzedzony kolarz. Okazało się, że jest z Koszalina i jest właśnie w czasie robienia swojej standardowej pętli. Zjazd najpierw typowo na hamulcach ponieważ dużo osób szło do góry, później- już na ulicy leciałem około 45km/h. W drodze powrotnej, stanąłem jeszcze przy sklepie, zjadłem dwa pączki i dokończyłem 0.5l Powerada. To było wszystko co wciągnąłem podczas tej wycieczki. Do mojego aktualnego miejsca zamieszkania wróciłem jeszcze przed zmrokiem, na szczęście, ponieważ nie zabrałem ze sobą lampek.
Nie mam zamiaru drastycznie przeskoczyć z terenu na szosę, jednak mój nowy rower będzie póki co świetnie zastępował uszkodzonego El Nino, robił za treningową maszynę, do tego z pewnością będę go tyrał w zimie jako miejski ponieważ kosztował zaledwie 500zł...

Więcej zdjęć TUTAJ

Dst: 60km
T: 2h 18min
Vmax: 57km/h
Vśr: 26.4km/h

wtorek, 5 lipca 2011

Sakwo-plecak, a może...plecako-sakwa?

Nie ważne jak ten worek nazwiemy, ważna jest idea. Chodzi bowiem o zakupy, które robimy w czasie jazdy. Jeśli o mnie chodzi to takie większe zakupy robię pod wieczór. Później dojeżdżam na miejsce noclegu i z zakupionych towarów przyrządzam sobie obiadokolację. Zakupów najczęściej starcza jeszcze na śniadanie następnego dnia, tak, że od rana jadę już odciążony. Na taką okoliczność potrzebowałem sakwę, która owe zakupy pomieści i będzie wygodna podczas jazdy na nocleg.
Podchwyciłem pomysł Toosha, który zaadoptował do tego celu lekki plecak. W czasie normalnej jazdy, plecak jest zamocowany jako sakwa pod kierownicę, kiedy pusty może być złożony do mikroskopijnych wręcz rozmiarów i schowany do saddlebaga, natomiast po obfitych zakupach wieczornych jedzie na plecach.

Mój plecak waży 117g razem z dwoma trokami którymi mocuję go do kierownicy, stanowią one również szelki plecaka. Sam worek wykonany z cienkiego ripstopu wykorzystywanego do szycia spadochronów przeszyty jest zieloną taśmą, dla wzmocnienia konstrukcji i możliwości naszycia przelotek na troki. Nie jest on wygodny, ale ma służyć tylko na dojazd na nocleg, zwykle nie więcej niż 10km.

Tak wygląda jako plecak, maxymalnie wypchany, szelki stanowią dwa czarne troki:


A tak, nie całkiem wypchana sakwa pod kierownicę mocowana za pomocą dwóch czarnych troków.

niedziela, 15 maja 2011

Trasy rowerowe Wejherowa.

Przyjemne trasy w okolicach Wejherowa. Akurat na spokojne przejażdżki niedzielne.

W lesie czasem można się natknąć na piaskownice, ale nie jest to duży problem.

Trasa nr 1.


Trasa nr 2.

środa, 11 maja 2011

Rama rowerowa plecakiem? W granicach rozsądku...

Wytłumaczmy sobie tytuł. Rama rowerowa to rama rowerowa, każdy ją widzi oczami wyobraźni (zdecydowana większość od razu zapewne wyobraża sobie swoje ultra wycieniowane ramy z aluminium :D). Rama jest stelażem roweru, takim sercem.

Plecak też każdy sobie potrafi wyobrazić. Dla jednych jest to tylko torba w której nosi książki do szkoły- nic więcej. Dla innych to symbol podróży. Hej podróżnicy! Przejrzyjcie swoje zdjęcia z wyjazdów, jaka rzecz jest uchwycona na nich najczęściej? ;) Plecak służy do wygodnego przenoszenia naszych klamotów z miejsca na miejsce.

Plecaka raczej nie można zrobić stelażem roweru, natomiast ramę można wykorzystać do wygodnego przenoszenia naszych klamotów w czasie wyjazdów. Od razu zaznaczam, bez przesady...
Kilka moich pomysłów:

1) Dętka przyklejona szeroką taśmą ducktape pod górnymi rurkami tylnego widelca. Dętka jest dodatkowo zabezpieczona grubą folią.


Dzięki zmyślnemu przyklejeniu tego zawiniątka uzyskujemy swego rodzaju „pudełeczko”.


Do środka wkładam dwie tubki z olejem do łańcucha i pomiędzy je- przejściówkę Presta-Shrader(nie ma na zdjęciu). Całość z góry zaklejam ponownie ducktape. Dlaczego akurat te elementy? Nie są na bieżąco potrzebne, w odróżnieniu od np. imbusów.


2)Zipy przyklejone do dolnej rury tylnego widelca. Przyklejone taśmą izolacyjną. W tym miejscu nie są bardzo widoczne i w ogóle nie przeszkadzają.

piątek, 6 maja 2011

Majówka 2011- fotorelacja.


TUTAJ można znaleźć moje zdjęcia z majówki uzupełnione kilkoma zdjęciami kolegów (tak, żeby i mnie trochę było widać;)) Zapraszam do obejrzenia!

czwartek, 5 maja 2011

Majówka 2011- sprzęt.


Tegoroczna majówka mocno zaskoczyła pogodą co zdecydowanie będzie miało odzwierciedlenie w opisie sprzętu jaki zabrałem ze sobą na ten wyjazd. Przeżyliśmy w zasadzie chyba każdą pogodę: chłód i gorąco, słońce i pochmurne momenty, do tego deszcz, a nawet śnieg. Ale zacznijmy od początku...

Pełna lista sprzętowa z wagami znajduje się TUTAJ

Na rowerze miałem: GPS-a na kierownicy (niestety wgrałem do niego jedynie mapy demo co uniemożliwiało sprawną nawigację, jestem natomiast zadowolony z małego poboru energii jaką ma mój Legend HCX- na cztery dni wystarczyły mi spokojnie dwa komplety baterii), lekką pompkę, dwie butelki(butelki są zdecydowanie lżejsze niż bidony) po 0.75l każda w dwóch koszykach oraz dwie torby i plecak.


Dwie butelki zastępujące ciężkie bidony.

Dwie torby to samodzielnie uszyte saddlebag oraz tankbag. Torby sprawdziły się znakomicie. Do saddlebaga dorobiłem usztywnienie z płaskownika aluminiowego zapobiegające bujaniu się torby na boki. Dzięki temu całość była naprawdę sztywna. Saddlebaga w czasie jazdy nie musiałem wcale otwierać. Do torby zamocowana była czerwona lampka, która się nie przydała-nie jeździliśmy po nocy.


Na zdjęciu widoczny jest saddlebag z usztywnieniem- na górze zamocowana ciepła bluza.

Tankbag również nie bujał się na boki, miał jednak skłonność do przechylania się na bok, który był bardziej obciążony. W niczym to nie przeszkadzało- jedynie wyglądało mało estetycznie. Sądzę, że kolejny tankabag jaki uszyję będzie nieco szerszy, ale niższy. Dzięki tankbagowi miałem wygodny dostęp do aparatu w czasie jazdy oraz batonów które umieszczałem w bocznych, siatkowych kieszonkach.


Na zdjęciu widać Legenda HCX, przymocowany za pomocą shock corda do kieronicy plecak oraz tankbaga.

W plecaku na kierownicy miałem jedzenie. Plecak mocowałem do kierownicy shock-cordem co nie było zbyt wygodne. Postanowiłem po wyjeździe zastąpić go zwykłym, lżejszym workiem z taśmami jako szelki i odpowiednim systemem mocowania. Przez konieczność motania za każdym razem gumki, często rezygnowałem z chowania do środka zakupów.


Plecak, który później był mocowany do kierownicy. Zastąpiony zostanie prostszym i lżejszym modelem.

Narzędzia jakie zabrałem ze sobą nie przydały się. Jedyne co to wykorzystałem kawałek taśmy izolacyjnej, żeby zakleić opakowanie makaronu żeby się nie wysypywał. Na kolejny wypad dętkę zapewne dokleję do ramy.

Z drobiazgów zabrałem dokumenty oraz pieniądze w trzech walutach. Miałem złotówki, korony czeskie i euro. Wszystko popakowane w torebki wodoszczelne. Na następny wyjazd zainwestuję w grubsze „dilerki” bo te co miałem łatwo się przedzierały. Zabrałem też nowozakupiony aparat fotograficzny XP10. Wodoszczelny do 3m zanurzenia, dzięki temu bez obaw chowałem go bez jakiegokolwiek zabezpieczenia do tankbaga czy robiłem zdjęcia w deszczu. Ze zdjęć nim zrobionych jestem bardzo zadowolony. Jedyna wada to to, że jest na dedykowany akumulatorek. Naładowany na full przed wyjazdem wytrzymał spokojnie 4 dni. Jednak zaraz po zimnej nocy pojawiał się komunikat o wyczerpanej baterii. Jak się ogrzało było już ok., co świadczy, że akumulatorek jest bardzo wrażliwy na temperatury. Do awaryjnego zanotowania czegoś zabrałem kartkę A4 oraz mały ołówek. Notowałem dane o dziennych przebiegach- wystarczyłaby kartka A6. Jako telefon zabrałem swojego Solida, bateria wystarczyła spokojnie na 4 dni. W nocy przyświecałem nim sobie korzystając jednocześnie z taśmy na głowę. Igły i nici które zabrałem nie przydały się- następnym razem zabiorę mniej. Scyzoryk użyłem tylko do rozcinania opakowań z makaronem. Zastanawiam się nad mniejszym modelem Victorinoxa, jednak nie chcę tracić funkcji śrubokrętów oraz otwieraczy. MiniBic który odarłem z nadruku służył do rozpalania kuchenki, a dzięki temu, że zdarłem z niego folię widać teraz ile jeszcze gazu zostało. Do tego doszły jeszcze moje „oczne” akcesoria czyli okulary i soczewki.

Samodzielnie wykonana, wodoszczelna apteczka również się nie przydała- i całe szczęście.

Na wyjazd zabrałem ze sobą cienką alumatę zamiast cięższej karimaty i nie żałuję wyboru. Pierwszej nocy spało mi się bardzo wygodnie, ale to dzięki temu, że podłożyłem sobie pod spód trochę siana z pobliskiego paśnika, drugiej nocy kiedy spaliśmy na drewnianych belkach nie było już tak komfortowo jednak noc przespałem i rano nic mnie nie bolało. Trzecia noc znów była na trawie więc spało się wygodnie. Alumatę z początku mocowałem na zewnątrz saddlebaga za pomocą gumowego pająka, później byłem w stanie schować ją do środka.
Spałem w typowo letnim śpiworze, Fjord Nansen Fredvang z komfortem w okolicach 15*C. Na noc ubierałem sztuczną koszulkę z długim rękawem, bawełniane kalesony oraz skarpetki i buffa. Koszulkę kalesony wymienię z pewnością na termoaktywny zestaw bielizny dobrej firmy. Obawiałem się chłodu więc zabrałem dodatkowo folię NRC, jednak nie było tak źle. Pierwszej nocy zmuszony byłem się okryć folią około 05:00 ponieważ obudziłem się z zimna. Drugiej nocy folia w ogóle się nie przydała, natomiast trzeciej było mi mocno zimno i nie pomagała specjalnie. Po ostatnim noclegu folię wyrzuciłem. Nie wiem jakie faktyczne temp. mogły być tych nocy. Nie planuję póki co zmiany śpiwora jednak obowiązkowo dokupię do niego drybaga zamiast oryginalnego-marnego i ciężkiego pokrowca. Do tego zestawu doszedł mój wysłużony tarp. Trzeba przyznać, że sprawdził się. Padało dość mocno tylko ostatniej nocy i pozostałem suchy. Ponieważ jednak miał już kilka wypalonych dziurek, a i materiał po dotknięciu go od wewnątrz przepuszczał wodę, postanowiłem więc wyrzucić go po ostatniej nocy. Został łącznie ze masztami pod którymś śmietniku na Słowacji, zostawiłem sobie jedynie samodzielnie wykonane śledzie z których jestem niezmiennie bardzo zadowolony. Czas na uszycie nowego, lżejszego tarpa.


Tarp oraz alumata- pierwszy nocleg.

Kuchnia składała się z aluminiowego garnka o pojemności 0.8l(pojemność taka spokojnie wystarczała na ugotowanie sporej porcji makaronu), samodzielnie wykonanej pokrywki z cienkiego aluminium(wyrzucona po ostatniej nocy) oraz rączki z aluminiowego drutu. Cały zestaw sprawdził się wyśmienicie. Wodę gotowałem na podróbie palnika Pocket Rocket, który również służy mi już jakiś czas i dobrze się sprawdza. Dokręcałem do niego kartusz 100ml, który spokojnie wystarczył na 3 śniadania i 3 obiadokolacje. Jadłem samodzielnie wykonanym sporkiem, który mimo, że cięższy niż konkurencyjne- sprawdza się dobrze. Na następny wyjazd muszę zrobić sobie kolejną pokrywkę z puszki.

Jeśli chodzi o kosmetyczkę to na następny tego typu wyjazd lekko ją zmienię. Nocowaliśmy na dziko, raczej z dala od rzek czy jezior. Nawet jeśli byłyby w pobliżu to i tak woda byłaby w nich zbyt zimna na komfortowe mycie. Dochodziło do tego zmęczenie po całym dniu jazdy i finalnie przez 4 dni nie umyłem się ani razu konkretnie. Dwa razy wszedłem do łazienki na stacji benzynowej i lekko się przepłukałem oraz dwa razy przemyłem twarz w fontannie w Wiedniu i Bratysławie. Oczywiście zęby myłem codziennie więc szczotka i pasta jak najbardziej zostają. Patyczki do uszu również. Natomiast mydło i papier toaletowy następnym razem zastąpię nawilżonymi chusteczkami. Pozwolą przemyć się komfortowo nawet w śpiworze, kiedy na zewnątrz zimno.

W czasie jazdy miałem na sobie koszulkę rowerową z krótkim rękawem oraz rowerowe, krótkie spodenki z wkładką. W tylnych kieszonkach koszulki wiozłem na zapas lekką wiatrówkę(wysłużony Craft z pewnością pójdzie do zmiany na coś nowego, bo puszcza wodę aż miło), buffa oraz rękawki. Do tego okulary rowerowe (z wymiennymi szkłami: miałem przyciemniane i przezroczyste-te szczególnie przydały się w mocno padającym deszczu), skarpetki, rękawiczki z wkładkami żelowymi i buty SPD.


W kieszonkach wiozłem lekką wiatrówkę, buffa i rękawki.

Ubranie na zapas stanowiła bluza biegowa, która jest bardzo wygodna i zakładałem ją w pociągu oraz na biwaku jednak zastanawiam się nad zmianą jej na lżejszy polar Quechua; długie spodnie rowerowe- te z pewnością wylecą z listy na rzecz nogawek, które są lżejsze i wygodniejsze w zakładaniu oraz bokserki które zakładałem do spania i na biwaku kiedy zdejmowałem spodenki z wkładką. Zabrakło luźnych spodenek do pociągu- nie lubię nosić spodenek rowerowych poza samą jazdą. Następnym razem z pewnością wszystkie zapasowe ubrania upakuję do drybaga.

Ostatniego dnia zachmurzyło się jednak nic nie wskazywało na to, że ostatnie 40km będziemy jechali w silnym deszczu i przy niskiej temperaturze. Ten jednak padał, co więcej...później zmienił się w śnieg, a słupek rtęci ostro poleciał w dół. Zabrakło zdecydowanie pełnego kompletu przeciwdeszczowego tj. kurtki, spodni, ochraniaczy na buty i rękawiczek z długimi palcami. Jeśli chodzi o zimno to mając suche ubrania byłoby OK, po jeździe były jednak mokre. Co z tym zrobić? Ostatecznie daliśmy radę, ale było mało komfortowo...czy to również kompromis na jaki decydujemy się wybierając drogę ultralightu?

Mój rower sprawdził się świetnie. Nic w nim nie szwankowało. Z początku dość mocno bolały mnie dłonie i szyja co potwierdza bardzo pochyloną pozycję jaką zajmuję na rowerze.