poniedziałek, 28 lutego 2011

82km w zimie, Gdynia-Wejherowo-Gniewino-Wejherowo

Na trasę zdecydowałem się zaraz po przebudzeniu, kiedy zorientowałem się, że pogoda sprzyja. Co więcej wiało dość mocno z południowego-wschodu. Były to idealne warunki na trasę którą już jakiś czas planowałem. Głównym celem był podjazd z dolnego na górny zbiornik elektrowni Żarnowiec.
Ruszam przed 10:00 na Chwarzno. Na wstępie czeka mnie więc podjazd. Jest to przyjemny, mniej więcej 7km niezbyt stromy podjazd- idealny na rozgrzewkę. Szosy są suche, nie licząc kilku odcinków w lesie. Trochę żałuję, że nie zmieniłem ciężkich terenowych opon na lżejsze slicki. Podjazd pokonuję dość sprawnie i dalej jadę do Koleczkowa. Tam, po 20km staję na rozgrzanie stóp. Przystanek robię przy sklepie przy skrzyżowaniu na którym tydzień temu źle skręciliśmy z Jarkiem. Tym razem skręcam prawidłowo w prawo i dalej pedałuję prosto do Nowego Dworu Wejherowskiego. Tam robię kolejny chwilowy postój, kilka zdjęć i zaczynam zjazd do Wejherowa. Wyciągam na nim 52.7km/h- Vmax. tej trasy.



W Wejherowie spotykam się z Dominiką. Dostaję ciasto na drogę i jadę dalej. Droga idzie dość sprawnie, wiatr pomaga, słońce świeci i nawet ptaki śpiewają. Kolejny przystanek w Piaśnicy przy pomniku. Jest to miejsce gdzie mieszczą się groby wielu, zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1940, wykształconych Polaków. Niedaleko przebiegała granica polsko-pruska. Z drogi widać tylko pomnik, kilka ławek i tablice informacyjne. Aby obejrzeć groby trzeba zagłębić się dalej w las.



Kolejna wioska na mojej trasie to Tyłowo, docieram tam całkiem sprawnie. Melduję się tam nawet szybciej niż podejrzewałem, marznę w dłonie więc staję na chwilkę żeby rozgrzać dłonie. Widzę już z daleka elektrownię z Żarnowcu. Robię zdjęcie i w towarzystwie świecącego słońca jadę dalej. Po 15min dojeżdżam do jeziora Żarnowieckiego, zamarznięte jezioro prezentuje się bardzo malowniczo i wszystko byłoby pięknie gdyby tylko tak nie wiało.



Zauważam na swoim ciele "strefy zimna", po prostu np. w lewą część uda jest mi o wiele mocniej zimno niż z przodu. Okazuje się, że camelback przecieka i pomoczył mi bok spodni oraz rzeczy w plecaku. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Telefon mam wodoszczelny, apteczkę również, dokumenty i aparat w podsiodłówce. Dokręcam rurkę i już jest ok. Troszkę się tylko lepie. Ubrania oraz plecak szybko wysychają. Jeszcze tylko chwilowy postój nad zamarzniętą taflą i zaczynam zaczynam podjazd. Pokonuję go bez zsiadania z roweru na najlżejszym przełożeniu 32/34, jadąc ledwo 8km/h. Na górze jestem naprawdę bardzo zadowolony. Staję przy Kaszubskim Oku, kompleksie rekreacyjno-wypoczynkowym. Mogę go obejrzeć jedynie przez ogrodzenie ponieważ całość jest zamknięta. Samochodem przyjeżdżają również dziadkowie z wnuczką, kiedy okazuje się, że obiekt jest niedostępny szybko odjeżdżają.



Powrót do Wejherowa to już walka z wiatrem, który do tej pory mi pomagał. Dopiero teraz zauważam jaki jest silny. Walczę z nim 15km jadąc ledwo 15km/h. Do Wejherowa dojeżdżam wyczerpany, nie stawałem nawet w trakcie na ogrzanie stóp, bo bałem się, że mogę już nie ruszyć. Efekt jest taki, że nie mogę ruszyć palcami u stóp, kiedy kupuję bilet na dworcu w Wejherowie. Wsiadam w SKM i po pół godzinie wracam do domu. Przed akademikiem zostaję ciekawie podsumowany przez trzech podpitych studentów: "Ej, cwelu po@#$%ło cię z tym rowerem?". Mam nadzieję mimo wszystko, że nie byli to studenci Akademii Morskiej. Jeżeli tak to tylko może mi być za nich wstyd...uczelni również.

środa, 23 lutego 2011

55km w zimie. Gdynia-Wejherowo


W niedzielę 20 lutego, wraz z poznanym na forum Jarkiem z Gdyni, wybraliśmy się na zimową przejażdżkę rowerem. Umawialiśmy się przez internet jakiś czas. Szczerze, to ostatecznie wybraliśmy chyba najgorszy dzień jaki tylko można było...jeśli chodzi o pogodę oczywiście.:) Sypało i wiało cały czas.
Telefonicznie umówiliśmy się na spotkanie przy dworcu Gdynia Główna na 12:00. Wyjeżdżając z akademika zauważyłem dzika. Często przychodzą z lasu pod balkony, a studenci zrzucają im chleb i inne frykasy. Dzika zostawiam i ruszam na dworzec.

Na sobie miałem: koszulkę termiczną z długim rękawem, cienki polar, bluzę biegową i dość grubą wiatrówkę. Na nogi założyłem kalesony bawełniane, długie spodnie rowerowe oraz krótkie spodenki rowerowe z wkładką, podwójne skarpety i buty trekkingowe z membraną. Do tego czapka polarowa, przezroczyste okulary rowerowe i podwójne rękawiczki. W moim nowym saddlebagu wiozłem dodatkowo kamizelkę puchową i lustrzankę. Na plecach samodzielnie uszyty plecak z mapą, jedzeniem na trasę, camelbackiem z sokiem pomarańczowym oraz pompkę i podstawowe narzędzia do roweru z dętką. Zestaw sprawdził się, kilka razy co prawda zamarzł mi sok w rurce i był problem z piciem. Pod koniec założyłem na siebie jeszcze tą kamizelkę.

Na miejscu już czeka Jarek. Od razu go poznałem choć to nasza pierwsza trasa, o tej porze roku nie ma zbyt wielu rowerzystów.:) Po kilku słowach odnośnie sprzętu i trasy ruszamy. Najpierw w las gdzie duża warstwa świeżego śniegu skutecznie utrudnia jazdę. Jarek jakoś sobie radzi, mnie idzie o wiele gorzej. Często nie mogę nawet ruszyć i po prostu prowadzę, jak już jakiś cudem uda mi jechać to za wszelką cenę nie chcę się zatrzymywać. Co ciekawe, po głęboki śniegu jedzie się nawet łatwiej niż po koleinach po samochodzie czy biegówkach. Jadąc i prowadząc na zmianę dojeżdżamy na Chwarzno mijając po drodze kilku ludzi na biegówkach. Samego mnie nachodzi myśl, że trzeba było tu na biegach się wybrać, a nie w pedałach ale na głębsze rozważania nie ma czasu ani siły. Muszę dogonić Jarka!



Skręcamy następnie w ulicę Chwarznieńską i robimy chwilowy przystanek na przystanku autobusowym. Jarek się przebiera, ja zjadam kawałek batona i popijam sokiem. Jedziemy dalej do Koleczkowa. W samej miejscowości stajemy przy sklepie na kolejne zaczerpnięcie oddechu i chyba zbyt się rozleniwiamy ponieważ mylimy drogę i zamiast w prawo, skręcamy w lewo...niejako więc wracamy. Orientujemy się dopiero wjeżdżając do Bojana, że coś jest nie tak. Odbijamy więc na Szemud. Z początku jechało mi się nawet świetnie po szosie, ale ten kawałek mocno daje mi się we znaki. Nie mogę nadążyć za Jarkiem na podjazdach, a przecież to je lubię najbardziej. Niedobrze jest z formą, oj niedobrze. Szczerze mówiąc to się "zmieniamy" albo to ja odstaję, albo zostaje z tyłu Jarek. Jakby moc przechodziła z jednego na drugiego...
W Kielnie odbywają się mistrzostwa Polski w jakiś rajdach samochodowych. Specjalnie na tą okazję wylano wodę na asfalt, który zamarzając utworzył lód. Jarek miał okazję przekonać się jaki on był śliski, a asfalt twardy. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało.
Przez to, że pomyliliśmy drogę nadłożyliśmy kilka kilometrów oraz ominął nas zjazd z Nowego Dworu Wejherowskiego, ale może to i lepiej. Jeszcze dodatkowe gleby by wpadły na ośnieżonej szosie...



Do Wejherowa dojeżdżamy już po zmroku. Ponieważ Jarek nie miał oświetlenia,a ja tylko tylne powoli i ostrożnie jedziemy, ja z tyłu by obu "oznaczyć" czerwoną lampką.
Docieramy do dworca Wejherowo i SKM-ką wracamy do domów. Żegnamy się na przystanku Gdynia Stocznia, gdzie wysiadam i szybkim krokiem docieram do akademika.
To była naprawdę przyjemna trasa, z której zdjęcia można obejrzeć TUTAJ.

JARKOWI BARDZO DZIĘKUJĘ ZA CIERPLIWOŚĆ, MIŁE SŁOWA I WSPÓLNĄ JAZDĘ. MAM NADZIEJĘ, ŻE JESZCZE NIE RAZ GDZIEŚ RAZEM POJEDZIEMY.


Wyświetl większą mapę

niedziela, 13 lutego 2011

Zagłoba, Henryk Sienkiewicz i trochę roweru wokół Łukowa.

(120km, dwa dni z biwakiem lub noclegiem w schronisku PTSM; lub jednodniowa szybka przejażdżka)

Dzień pierwszy
0 km/ Trasę rozpoczynamy w Łukowie.

Łuków-miasto we wschodniej Polsce, w województwie lubelskim w powiecie łukowskim; siedziba starostwa. W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do województwa siedleckiego . Według danych z 31 grudnia 2007r. miasto miało 30.502 mieszkańców. Węzeł drogowy i kolejowy. Przemysł obuwniczy, mięsny i spożywczy. Lokalny ośrodek rolnictwa.

Później kierujemy się ulicą Żelechowską na wieś Ryżki. Uwaga na duży ruch oraz kiepskiej jakości asfalt- koła można sobie załatwić na dobre na pierwszej lepszej dziurze. W Ryżkach asfalt zdecydowanie się poprawia, ponadto możemy zrobić pierwsze zakupy w sklepie oraz zadzwonić z budki telefonicznej- jakby ktoś jeszcze nie woził ze sobą komórki.;)
7.31 km/ We wsi Czerśl dojeżdżamy do pierwszej atrakcji na naszej trasie. Zatrzymujemy się przed dobrze oznaczoną kuźnią znajdującą się po lewej stronie drogi (zachowajmy ostrożność przy zjeżdżaniu na lewo; przed kuźnią spory zadaszony i wybetonowany plac, więc jest gdzie ustawić rowery).

Kuźnia należąca do rodziny Izdebskich istnieje od roku 1910. Pracuje w niej czwarte pokolenie. Pierwszym właścicielem był Aleksander Izdebski, drugim jego syn- Stanisław potem Henryk Izdebski- syn Stanisława.


Henryk Izdebski przy pracy.

Obecny właściciel- Sylwester Izdebski to syn Henryka Izdebskiego, a prawnuk założyciela kuźni Sylwester od najmłodszych lat chciał być kowalem. Codziennie po powrocie z nieodległej szkoły biegł do kuźni i przyglądał się, jak tata pracuje, jak wykuwa podkowy i inne rzeczy z żelaza. Później sam chwytał za młot i wykuwał sobie z żelaza...np. zwierzęta. Dzisiaj on sam bardzo rzadko podkuwa konie, ale z żelaza wykonuje, można powiedzieć cudeńka. Bierze udział w różnego rodzaju konkursach, a jego wyroby pokazywane są na wystawach m. in. w Muzeum Regionalnym w Łukowie, na warsztatach kowalskich w Wojciechowie oraz wszelkich okolicznych pokazach rzemiosła. Sylwester zajmuje się kowalstwem artystycznym. Oprócz tego interesuje się biznesem. Ukończył studia w zakresie marketingu i zarządzania, co u kowali nie jest zbyt spotykaną cechą.


Z takiego kawałka panowie Izdebscy potrafią wyczarować taką oto siekierkę.

Warto kupić chociaż nóż, ze znakiem kuźni w Czerśli do oryginalnej zastawy stołowej. W kuźni, w cieple można poza wszystkim także schronić się przed deszczem.
10,5 km/ Przemieszczając się dalej z Czerśli w kierunku Tuchowicza, nie dojeżdżamy do tej wsi i skręcamy w lewo do wsi Jeleniec. Zakręt trudno przegapić, jest wyraźny drogowskaz.
11,8 km/ Przejeżdżamy przez małą rzeczkę- w oddali po prawej stronie majaczy mały młyn wodny. Świetne miejsce na śniadanie oraz piękne tereny do zdjęć krajobrazowych.


Takie ładne widoki warto utrwalić.


Polska egzotyczna.

Następnie na skrzyżowaniu, obok kapliczki skręcamy w lewo.


Obok tego krzyża skręcamy w lewo.

14,3 km/ Dojeżdżamy do Jeleńca do skrzyżowania, nasz trasa prowadzi dalej w prawo lecz polecam nadłożenie niecałych 2km w lewo. Będziemy mogli obejrzeć kościół, zabytkową bramę-dzwonnicę i pobernardyński klasztor- letnią rezydencję zakonników z Łukowa.

W obejściu kościelnym znajduje się też stary budynek plebanii. Obecnie mocno zapomniana służy przede wszystkim jako magazyn i podręczna graciarnia. Ksiądz mieszka w nowoczesnym domu tuż przy ulicy. Zabudowania klasztorne obecnie są we władaniu gminy Stanin, która zamierza tam utworzyć centrum kultury. Na razie budynki zamknięte są dla zwiedzających.

Za zabudowaniami klasztornymi, jeszcze dalej w kierunku Szczygłów po prawej stronie będą zabudowania podworskie, także mocno zaniedbane, a po lewej stronie dawny folwark. Wracamy na trasę do miejsca ze skrzyżowaniem, dokąd dojechaliśmy z Czerśli. Stamtąd jadąc cały czas prosto kierujemy się na wieś Wesołówka. Ta wieś znana jest z większych dyskotek i łobuzerstwa. Były czasy, gdy dyskotekę podpalano, a nawet podkładano tam bomby. W sumie nie ma czego oglądać. Jedziemy do Jarczówka. Tylko uważajcie przy przejeżdżaniu skrzyżowania z drogą powiatową do Krzywdy. Samochody pędzą. Miejcie oczy dookoła głowy!
21,5 km/ Droga asfaltowa po krótkim odcinku i po zakręcie w lewo zamienia się w betonówkę. Na dołach i wzniesieniach tej drogi można sprawdzić rowerowe widelce z amortyzatorami. Dojeżdżamy do Dominówki i Nowego Stanina, mijamy po lewej stronie drogi sklep spożywczo- przemysłowy, gdzie można zrobić zakupy wiktuałów na obiad. Zaraz za sklepem skręcamy w lewo w drogę na Nową Wróblinę. W Nowej Wróblinie kończy się droga bita. Dalsza trasa odbija w prawo w drogę polną. Rowery kolarskie nie pojadę dalej (albo przy wielkim wysiłku pedałujących). Trekkingi dają jednak radę spokojnie tamtędy przejechać. W lesie, który mijamy, możemy spokojnie zjeść obiad. W wodę można zaopatrzyć się w jednym z gospodarstw na skraju lasu. Posileni jedziemy lasem dalej, aż do wyjazdu na drogę asfaltową w Krzywdzie. Tam skręcamy w prawo na Radoryż Kościelny.
40.5 km/ Po prawej stronie mijamy kościół w Radoryżu Kościelnym. Warto go obejrzeć.

Neogotycki kościół parafialny z lat 1910-1915 p. w. Matki Boskiej Częstochowskiej, wybudowany w miejscu drewnianego kościoła p. w. Św. Jakuba z roku 1588 (fundator- Jan Czyszkowski) i następnego z roku 1735 (fundator- Krzysztof Jezierski, starosta grodecki). Obok dzwonnica, nieco dalej duży cmentarz parafialny.

We wsi znajdują się ponadto sklep spożywczy, remiza Ochotniczej Straży Pożarnej, szkoła podstawowa i gimnazjum. Potem kierujemy się na Radoryż Smolany.
41km/ Po prawej stronie drogi mijamy stawy hodowlane. Droga pnie się pod górę. Trzeba pracować przerzutkami, by się zanadto nie zziajać. Ten wysiłek zrekompensuje nam zjazd prosto do Radoryża Smolanego. Miniemy w nim zabudowania podworskie, w części których funkcjonuje Zespół Szkół Ponadgimnazjalych i Dom Dziecka. Zjeżdżając do Radoryża Smolanego nie przegapmy zakrętu w lewo, na Cisownik- jest co prawda dobrze oznaczony, ale jak się rozpędzimy, to możemy go nie dostrzec. Przed wjazdem do Cisownika mijamy po lewej stronie opuszczony budynek be drzwi i okien- dobrze zachowany dach obiecuje suchy nocleg w przypadku, gdy podróżujemy bez namiotu, miejsce na posiłek lub schronienie przed ewentualnym, przejściowym deszczem. W Cisowniku znów skręcamy w lewo na drogę do wsi Budki. W tym momencie należy się skupić ponieważ bardzo łatwo przegapić zakręt na drogę leśną. Najłatwiej jechać do momentu aż asfalt skręci w lewo. My natomiast drogą polną dalej jedziemy prosto. Szosowcy znów będą musieli zsiąść z siodełek , reszta bez problemu pociągnie na pedałach. Najpierw jedziemy polem w pięknej scenerii, potem wjeżdżamy w las. Znów należy skupić się na nawigacji i kierować się prosto „główną drogą leśną”. Jeżeli nie pomyliliśmy drogi to powinniśmy wyjechać na drogę asfaltową , którą jadąc w lewo, będziemy kierowali się do Okrzei. Przed samym wjazdem w zabudowania czeka nas jeszcze lekki zjazd podczas którego po prawej stronie miniemy staw- miejsce spotkań lokalnej młodzieży, a latem kąpieli wodnych i slonecznych. Na pierwszym skrzyżowaniu po zjeździe kierujemy rowery na lewo do Woli Okrzejskiej. Tam zanocujemy.

Wola Okrzejska- wieś położona w województwie lubelskim, w powiecie łukowskim, w gminie Krzywda. Rodzinna miejscowość Henryka Sienkiewicza i Lewisa Bernsteina- Namierowskiego. Miejscowość należała w latachh 1781-1870 do rodziny Cieciszowskich- Sienkiewiczów, a następnie, w roku 1880 została sprzedana w drodze licytacji Bernsteinom. We wsi znajduje się muzeum Henryka Sienkiewicza założone w 1965r. Jest tam też Szkoła Podstawowa, a w niej działa schronisko PTSM.

Wjeżdżając do Woli Okrzejskiej po lewej stronie zauważymy duży park, a później muzeum Henryka Sienkiewicza oraz szkołę. Skręcamy w lewo do muzealnego parku. Jeśli grupa nie będzie liczna, za to będzie zachowywała się jak na rowerzystów przystało, to kustosz muzeum, pan Antoni Cybulski, pewno pozwoli przenocować w parku pod namiotem. Warto zwiedzić muzeum pod jego przewodnictwem, bo jest doskonałym gawędziarzem. W parku jest miejsce na ognisko oraz są nowe sanitariaty wybudowane za pieniądze Unii Europejskiej.

Dzień drugi

Wstajemy rano. Wczesną pobudkę zrekompensują nam ciekawe widoki rozciągające się w parku, jak również interesujący przebieg trasy kolejnego dnia rajdu. Po posprzątaniu po sobie na biwakowisku żegnamy kustosza i wracamy do Okrzei.

W miejscowym kościele został ochrzczony Henryk Sienkiewicz. W Okrzei znajduje się kopiec jego imienia, ręcznie usypany przez mieszkańców okolicznych wsi, a także delegacje z różnych polskich miejscowości, skąd na kopiec zwożono ziemię. Zaczęto go sypać w 1932 roku, a skończono w 1938r. Na rok przed wybuchem II wojny światowej.

Na pierwszym skrzyżowaniu we wsi skręcamy w lewo i jedziemy do centrum Okrzei. Mijamy po lewej stronie kościół i tuż za nim skręcamy w lewo na drogę wiodącą do Kopca Sienkiewicza.
60km/ Sienkiewiczowski kopiec będziemy mieli po swej lewej ręce. To dobre miejsce na przystanek, drugie śniadanie oraz zdjęcia grupowe czy indywidualne. Z kopca rozciąga się ładny widok na okolicę.


Kopiec Henryka Sienkiewicza w Okrzei.

Dalej droga prowadzi nas prosto przez pola i lasy w kierunku torów kolejowych. Piękna sceneria. Mijamy tory i po krótkiej przejażdżce lasem wjeżdżamy do wsi Lipiny na drogę asfaltową. Tam skręcamy w lewo. Mijamy biały pomnik, upamiętniający spotkanie dowódców SGO „Polesie”.


Pomnik upamiętniający spotkanie dowódców oddziałów SGO „Polesie”


I tablica obok pomnika.

Później będzie zakręt w prawo w kierunku na Wolę Gułowską.

Wola Gułowska- wieś położona nad rzeką Czarną w województwie lubelskim, w powiecie łukowskim, w gminie Adamów. Leży na pograniczu Równiny Łukowskiej i Wysoczyzny Żelechowskiej, 20km na pn. zach. od Kocka. Najstarsze wzmianki dotyczące Woli Gułowskiej pochodzą z lat 1508 i 1545.

W Woli Gułowskiej na pewno warto zwiedzić podziemia kościoła ze źródełkiem oraz sam kościół klasztorny zakonu oo. Karmelitów trzewiczkowych.


Kościół w Woli Gułowskiej.


Źródełko w podziemiach kościoła.


Podziemia kościoła.

W 1633r. Ludwik Krasiński, dziedzic tutejszych dóbr, postanowił ufundować klasztor oo. Karmelitów oraz nowy kościół w miejsce starej, drewnianej kaplicy. Budowę kościoła zakończono w 1782r. jego konsekracją. W kościele znajduje się cudami słynący obraz Najświętszej Maryi Panny. Został on koronowany w 1982r. koronami papieskimi przez abp. Józefa Glempa

Niemal naprzeciwko kościoła, nieco w głębi znajduje się Dom Kultury Pomik Czynu Bojowego Kleeberczyków z muzeum kleebergowskim oraz bogatą galerią rzeźby ludowej, a także ze stałą ekspozycją etnograficzną. Można na niej obejrzeć przedmioty gospodarstwa domowego używane przez ludzi na wsiach jeszcze całkiem niedawno, jak też te, które nie są w użyciu już od bardzo wielu lat. W Woli Gułowskiej raz na trzy lata odbywa się rekonstrukcja bitwy stoczonej tu przez wojska gen. Franciszka Kleeberga w październiku 1939r. Warto wcześniej zainteresować się tym widowiskiem, ustalić terminy i być może rajd zorganizować właśnie na początku października, tak, by wzbogacić jego program uczestnictwem w rekonstrukcji bitwy. W razie potrzeby w klasztorze w Woli Gułowskiej można również przenocować- są pokoje gościnne dla ruchów oazowych. Jeśli przeor zakonu zgodzi się- można z nich skorzystać. Po opuszczeniu Woli Gułowskiej znowu musimy wytężyć uwagę i za punktem aptecznym na 70km skręcamy w lewo. Najpierw jedziemy asfaltem, potem cały czas prosto piaszczystą drogą polną. Polne i leśne krajobrazy urzekają.
72km/ Po lewej stronie mijamy ambonę myśliwską- dobre miejsce na nocleg, gdy jedziemy w pojedynkę bez namiotu. Mimo wszystko w takiej klitce można się wygodnie wyspać.
73.2km/ W lasku, przez który wiedzie droga, po lewej jej stronie, możemy zaczerpnąć wody do bidonu. Z drogi powinniśmy zauważyć studzienkę, odnowioną niedawno przez leśników. Możecie zastanawiać się skąd w lesie studnia. Otóż droga, którą jedziemy z Woli Gułowskiej w stronę Adamowa to stary trakt. Dawniej była to główna droga bita, która prowadziła z północy na południe powiatu. Korzystali z niej także pątnicy udający się w pielgrzymki do sanktuarium maryjnego w Woli Gułowskiej. Działo się to w XVIII i na początku XIXw. Jak wiemy, Polska znajdowała się wówczas pod zaborami, więc pielgrzymki takie miały też charakter narodowy i nie były mile widziane przez rosyjskie władze zaborcze. Poza tym prześladowania pielgrzymów wzmogły się po kasacie ukazem carskim wyznania unickiego. Wobec braku własnych świątyń unici pielgrzymowali również do Woli Gułowskiej. Chodzili przebierając się w ubiory polskich chłopów. Mimo to, kozacy bardzo często patrolujący trakt adamowski bili ich, aresztowali i prześladowali. W miejscu, gdzie dziś znajduje się leśna studnia kiedyś las kończył się, a zaczynały łąki i pola przed Wolą Gułowską. Studnia znajdowała się na skraju lasu. Tu był ostatni odpoczynek pątników przed wejściem do wsi. Tu się przebierali, myli i gotowali posiłki. Wiedzieli o tym dobrze carscy prześladowcy, więc często właśnie w tym miejscu dochodziło do różnych aktów przemocy z ich strony. Jest wiec to w pewnym stopniu miejsce pamięci, o czym informuje skromna tablica wykonana przez leśników.


Taka przyjemna kapliczka.

Po 75km wyjeżdżamy z lasu na parking leśny w Adamowie (dobre miejsce na obiad). Przejeżdżamy przez to miasteczko, które także ma bogatą historię. Dziś praw miejskich nie posiada, ale dawniej tętniło życiem. Odbywały się tu targi ściągające kupców i ludność z okolic. W Adamowie warto obejrzeć stary kościół parafialny z 1 poł. XIXw., a także zwrócić uwagę na tradycyjny, staromiejski układ ulic. Przy rynku naprzeciwko kościoła, znajduje się bardzo stary dom. Na pierwszy rzut oka przypomina klimat poprzednich wieków. Jest teraz w remoncie.


Klimat poprzednich wieków w Adamowie.

Adamów- wieś położona na Wysoczyźnie Żelechowskiej, 22km na pd. od Łukowa. Jest tam siedziba władz gminy, przystanek PKS. Dawniej własność rodu Firlejów. Adamów jeszcze w XVIIIw. słynął z jarmarków. Prawa miejskie posiadał od 1539 do 1860r. Utracił je za udział mieszkańców w powstaniu styczniowym oraz za pomoc świadczoną powstańcom. W czasie okupacji hitlerowskiej w Adamowie znajdował się 200-osobowy obóz pracy.

Wyjeżdżając z Adamowa, na skrzyżowaniu przy stacji paliw kierujemy się drogą asfaltową na lewo, na Burzec.
Na 85km wjedziemy w Burcu na piękną aleję prowadzącą między dwoma rzędami kasztanowców. Super, szczególnie w gorący dzień! Aleja niestety kończy się szybko, bo kiedyś prowadziła do dworu. Śladu po dworze dziś nie ma. Na jego miejscu zbudowano szkołę. Po podworskim parku często bywał Henryk Sienkiewicz, gdyż właścicielami tych terenów byli jego krewni. To właśnie w tym parku, pod jedną z lip, pisarz zlokalizował scenę odpoczynku Zagłoby pod lipą. Nieopodal budynku szkolnego to literackie zdarzenie, ale i fakty historyczne, związane z pobytem w Burcu Sienkiewicza, upamiętnia niewielka tablica przymocowana do granitowego głazu. Niestety wandale tablicę strzaskali. W dalszą drogę ruszamy szosą między budynkiem szkoły, a tzw. czworakami. Niedaleko czworaków, po prawej stronie drogi znajdowała się podworska gorzelnia. Dziś po niej pozostał tylko komin, chociaż funkcjonowała jeszcze do początku lat 90. XXw. Wówczas to, w czasie przemian politycznych i gospodarczych w kraju, okoliczni mieszkańcy, w tym byli pracownicy gorzelni, zdenerwowani tym, że nie płacono mi pensji, rozkradli majątek i rozebrali nawet budynki zabierając cegły. Zjazd rowerem z górki między stawami hodowlanymi należy do sporych przyjemności.


Widok na stawy hodowlane w Burcu.

Z Burca lekko w prawo na łuku drogi kierujemy się asfaltem na Siedliska, mijamy wieś i dalej jedziemy prosto wzdłuż toru kolejowego do Sarnowa, a później do wsi Szczygły Dolne. W Szczygłach szukamy dużego napisu „BIW”, domu z zielonym dachem i krzyża po lewej stronie drogi. W miejscu, gdzie zobaczymy te wszystkie znaki orientacyjne skręcamy koło jednego z gospodarstw w lewo, w drogę polną. Na liczniku powinno być 96km. Jedziemy dalej przez pola i lasy, prosto do drogi asfaltowej Ryżki- Świdry. Dojeżdżając do tej drogi skręcamy w nią w lewo.
99km/ Po lewej stronie mijamy parking leśny, gdzie znajdziemy ciekawy pomnik upamiętniający 50 lat działania Koła Łowieckiego „Niedźwiedź”. To już ostatnie kilometry naszej trasy. Jedziemy nadal tą drogą przez las, a dojeżdżając do skrzyżowania skręcamy w prawo (uwaga, duży ruch!). Drogą, w którą skręciliśmy, dojedziemy do Łukowa. Po 120km kończymy naszą pętlę.

Kilka osobistych zdań odnośnie całej trasy. Najlepiej wybrać się na nią rowerem do XC na slickach. Szosówką nie pojedziemy po polnych czy leśnych drogach. Można jeszcze sięgnąć po trekkinga. Całą pętlę można zrobić spokojnie w ciągu jednego dnia zwiedzając wszystko co ciekawe. Przeznaczmy na to jakieś 7 i pół godziny. Jeżeli zależy nam jednak na powolnym, rodzinnym wyjeździe, albo organizujemy rajd dla dzieci czy niezbyt wyrobionej turystycznie młodzieży, wybierzmy się na rajd z biwakiem. Nie ma co zabierać prowiantu na zapas. Po drodze sklepów jest pod dostatkiem. Otwarte są nawet w niedzielę i święta.

wtorek, 8 lutego 2011

Ta osławiona, ucięta szczoteczka do zębów...

Po apteczce o której pisałem tutaj chciałbym przedstawić kolejny "set" z mojej listy sprzętowej . Tym razem kilka słów o kosmetyczce. Sam pokrowiec wykonałem samodzielnie. Potrzebowałem troszkę siatki kaletniczej, kawałek linki, plastikowy haczyk i zamek błyskawiczny.



Mój komplet higieniczny na dwa tygodnie wygląda tak:

Składa się z:
-skróconej szczoteczki do zębów(9g),
-6ml pasty Ajona(11g),
-dwóch mydełek hotelowych(każde po 12g),
-kawałka antyperspirantu(18g),
-8 pałeczek do uszu(1g),
i wspomnianego pokrowca na całość o wadze 9g.
Do tego zestawu dokładam 15 chusteczek nawilżonych które ważą 48g.
KOMPLET TO 120G.

Haczyk przy pokrowcu to bardzo ważny element całości, pozwala przypiąć kosmetyczkę "do siebie". Dzięki temu nie musimy jej kłaść na brudnej półce w pociągu czy np. na piasku na plaży. Pokrowiec wykonany jest z siatki, dzięki temu mydło czy szczoteczka do zębów mogą szybko wyschnąć. Jak może zauważyliście, nie ma tu ręcznika. No nie ma...do wytarcia posłuży mi buff, który i tak zabieram ze sobą.