sobota, 23 kwietnia 2011

Film w wyjazdu Łuków-Górkło 2010.

Takie wspominki;) Wyjazd miał miejsce rok temu praktycznie. Miłego oglądania!

GORĄCO from rafalb on Vimeo.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Harpagan 41- trochę samodzielniej.


Zbliżał się kwietniowy, harpaganowy weekend...a ja się urabiałem w robocie. Ani pobiegać, ani na rower, ani nawet pewny nie byłem czy na wyścigu się pojawię. Nadszedł czwartek i koło 22:00 zdecydowałem się pojechać do Lipnicy. Znalazło się dla mnie miejsce w samochodzie Szymona, z nim oraz Remigiuszem pojechałem więc w piątek wieczorem do bazy rajdu. Przed północą byliśmy na miejscu i ponieważ sekretariat rajdu był już zamknięty, zwyczajnie zdaliśmy rowery i poszliśmy spać.
Sobota rozpoczęła się już o 05:00. Pobudka, szybkie pakowanie, śniadanie i rejestracja w sekretariacie. Na śniadanie wciągnąłem konkretną porcję spaghetti i popiłem colą. Spakowałem się do uszytego samodzielnie plecaka. Kilka minut po 06:00 byłem gotowy na boisku przed szkołą w Lipnicy. Jeszcze tylko chwilowe przemówienie organizatorów i wójta gminy Lipnica i dostajemy mapy. Biorę swój egzemplarz i wracam do zostawionego poza boiskiem roweru. Zaraz zauważam Remigiusza i dołączam do niego i kilkuosobowej grupy jego znajomych. Zostaję szybko przedstawiony i wybieramy najlepszy wariant objechania wyznaczonych punktów. Ruszamy. Szymon wyjechał wcześniej i teraz mijamy go, robiącego zdjęcia malowniczych mgieł unoszących się nad małym jeziorkiem. Z szosy skręcamy zaraz na szuter i pędzimy oszronionymi łąkami do pk.7. W odnalezieniu lampionu pomógł słupek oznaczający przecinkę. Jeszcze tylko chwilka i słyszę znajome pip.;) (na tej edycji zamiast dotychczasowych chipów używamy kart działających na tej samej zasadzie). Szybkie spisanie numerów i jedziemy dalej na piętnastkę. Jedziemy grupą, którą wystartowaliśmy jednak znajomi Remigiusza popełniają błąd i skręcają za wcześnie. Ja natomiast jadę dalej, mijam właściwy skręt jednak szybko się orientuję i wracam. Remigiusz się nie pomylił. Kolejny punkt, nad jeziorkiem, podbity. Wciąż jadę z Remigiuszem, razem pędzimy do pk.9. Za skrętem na Kłączno nie dotrzymuję mu jednak koła i zostaję sam. Swoim tempem dojeżdżam do miejsca gdzie powinna być dziewiątka. Tylko, że pojawił się problem. Bo jej tam nie było. Nie tylko dla mnie, bo szukaliśmy jej ze 20 min. w pięciu. Decydujemy się wreszcie na powrót na szosę i skręt w drogę wcześniej. Jest! Szybkie podbicie karty, baton i przebijam się przez las do szosy na Rekowo i dalej do pk.13. W opisie punktu jest zaznaczone „góra Siemierzycka”. Fajnie myślę sobie, z daleka ta góra powinna być widoczna. No była widoczna, ale zanim trafiam na szczyt to trochę błądzę. A pod górę było ojoj...ostro. Ponad 250 n.p.m. Na górze zdejmuję bluzę, zrobiło się naprawdę ciepło. Ze szczytu lecę na przełaj przez las do ścieżki biegnącej na południe do Biedolewa. I tam był ten schowany punkt. Trójeczka. Dość szybko dojeżdżam do charakterystycznego skrzyżowania ale sam punkt szukam troszkę dłużej. Wreszcie jednak i ten znajduję, podbijam i na miejscu zjadam pół kanapki. Jadąc do pk.11, jeszcze przed zjazdem na asfalt zajeżdżam na teren żwirowni. Widzę, ze przez ogrodzenie nie przejadę więc zawracam i objeżdżam zakład dookoła. Jedenastka pęka szybko, jednak wyraźnie czuję duze opory powietrza jakie moje ciężkie, terenowe opony stawiają na asfalcie. Asfalt to dodatkowo czas kiedy można zjeść nie zatrzymując się. Mam świetny dostęp do bocznych kieszonek plecaka gdzie umieściłem jedzenie, więc jadąc zajadam banana. Kolejny punkt jaki podbijam to numer siedemnasty do którego prowadzi miła dróżka brzegiem jeziora. Tam rozmawiam chwilkę z innymi zawodnikami, którzy mają taki sam plan jak ja czyli przebić się szosą do pk.6. Myślałem, że pojedziemy wspólnie jednak mają zdecydowanie wolniejsze tempo niż ja, wiesz szybko im odjeżdżam. Do pk.6 nudno. Asfalt, dziury, asfalt...zamyślam się trochę i w ostatnim momencie orientuję się, że trzeba skrącać. Upominam się, że teraz nie czas na głębsze rozważania i wbijam wzrok w mapę. Na pk.6 chwilę się rozsiadam i dojadam rozpoczętą kanapkę. Później atak na pk.20, znów powrót na szosę, skręt na leśniczówkę, pip i...mijam się z Szymonem. Punkt podbija na tyle szybko, że zdążył mnie jeszcze dogonić. Rozmawiamy chwilę i dzielimy się wrażeniami z trasy. Szymon pyta o sklep, proponuję mu moją colę. Gardzi nią bo woli wodę.;) Później ja skręcam na pk.4, natomiast Szy kieruje się na północ. Przy czwórce znów lekko się gubię jednak tym razem pomagają mi piechurzy. Świetnie ulokowany punkt na cypelku. Dwóch pieszych z powodu kontuzji rezygnuje tam z kontynuowania trasy i dzwonią po transport do bazy. Szkoda bo niewiele im już zostało. Patrzę na zegarek i widzę, że mam jeszcze 2h. Zostawiam więc pk.10 i jadę od razu na dwunastkę. Tę znajduję bardzo szybko, podbijam i decyduję się zaryzykować i wrócić po tą dziesiątkę. Zostaje mi półtorej godziny do 18:30- limitu czasowego. W lesie przed punktem oczywiście ścieżek o wiele więcej niż na mapie więc gubię się, dojeżdżam jednak do skrzyżowania, które na mapie jest i decyduję się stamtąd na przełaj przebić się do punktu na azymut. Udaje się, trafiam nad jeziorko gdzie ulokowany jest punkt. W biegu podbijam kartę i ruszam na sprint do mety. Zostało 50min. Wyskakuję na szosę i ruszam. Chwilę za mną słyszę Remigiusza! „Wskakuj na koło i do mety!” Nie utrzymuję jednak jego tempa i odjeżdża mi. Sam wyciskam z siebie wszystko i raz po raz sam wyprzedzam kilku zawodników. Na metę wpadam 4min przez limitem. Boli mnie wszystko co może: nogi, kręgosłup, nadgarstki, ramiona, szyja...jestem cały ukurzony ale jaki szczęśliwy!

Zczytujemy karty, jemy grochówkę i pakujemy się do samochodu. Wracamy do Gdańska.

Ostatecznie:
· przejechałem 151km,
· zaliczyłem 12 z 20 punktów
· zdobyłem 36 punktów wagowych
· jechałem 9h 48min
· odpoczywałem 2h 12min
· zjadłem 9 batonów, 3 kanapki, 2 banany i wypiłem 2l soku.

Nie zabrałem niczego co byłoby zbędne, zrezygnowałem nawet z apteczki i jej nie wziąłem. Plecak sprawdził się wyśmienicie choć jest kilka elementów które możnaby poprawić. Ubranie dobrałem idealnie- jedynie przezroczyste szkła do okularów nie były potrzebne.

Oto zapis trasy: