czwartek, 5 maja 2011

Majówka 2011- sprzęt.


Tegoroczna majówka mocno zaskoczyła pogodą co zdecydowanie będzie miało odzwierciedlenie w opisie sprzętu jaki zabrałem ze sobą na ten wyjazd. Przeżyliśmy w zasadzie chyba każdą pogodę: chłód i gorąco, słońce i pochmurne momenty, do tego deszcz, a nawet śnieg. Ale zacznijmy od początku...

Pełna lista sprzętowa z wagami znajduje się TUTAJ

Na rowerze miałem: GPS-a na kierownicy (niestety wgrałem do niego jedynie mapy demo co uniemożliwiało sprawną nawigację, jestem natomiast zadowolony z małego poboru energii jaką ma mój Legend HCX- na cztery dni wystarczyły mi spokojnie dwa komplety baterii), lekką pompkę, dwie butelki(butelki są zdecydowanie lżejsze niż bidony) po 0.75l każda w dwóch koszykach oraz dwie torby i plecak.


Dwie butelki zastępujące ciężkie bidony.

Dwie torby to samodzielnie uszyte saddlebag oraz tankbag. Torby sprawdziły się znakomicie. Do saddlebaga dorobiłem usztywnienie z płaskownika aluminiowego zapobiegające bujaniu się torby na boki. Dzięki temu całość była naprawdę sztywna. Saddlebaga w czasie jazdy nie musiałem wcale otwierać. Do torby zamocowana była czerwona lampka, która się nie przydała-nie jeździliśmy po nocy.


Na zdjęciu widoczny jest saddlebag z usztywnieniem- na górze zamocowana ciepła bluza.

Tankbag również nie bujał się na boki, miał jednak skłonność do przechylania się na bok, który był bardziej obciążony. W niczym to nie przeszkadzało- jedynie wyglądało mało estetycznie. Sądzę, że kolejny tankabag jaki uszyję będzie nieco szerszy, ale niższy. Dzięki tankbagowi miałem wygodny dostęp do aparatu w czasie jazdy oraz batonów które umieszczałem w bocznych, siatkowych kieszonkach.


Na zdjęciu widać Legenda HCX, przymocowany za pomocą shock corda do kieronicy plecak oraz tankbaga.

W plecaku na kierownicy miałem jedzenie. Plecak mocowałem do kierownicy shock-cordem co nie było zbyt wygodne. Postanowiłem po wyjeździe zastąpić go zwykłym, lżejszym workiem z taśmami jako szelki i odpowiednim systemem mocowania. Przez konieczność motania za każdym razem gumki, często rezygnowałem z chowania do środka zakupów.


Plecak, który później był mocowany do kierownicy. Zastąpiony zostanie prostszym i lżejszym modelem.

Narzędzia jakie zabrałem ze sobą nie przydały się. Jedyne co to wykorzystałem kawałek taśmy izolacyjnej, żeby zakleić opakowanie makaronu żeby się nie wysypywał. Na kolejny wypad dętkę zapewne dokleję do ramy.

Z drobiazgów zabrałem dokumenty oraz pieniądze w trzech walutach. Miałem złotówki, korony czeskie i euro. Wszystko popakowane w torebki wodoszczelne. Na następny wyjazd zainwestuję w grubsze „dilerki” bo te co miałem łatwo się przedzierały. Zabrałem też nowozakupiony aparat fotograficzny XP10. Wodoszczelny do 3m zanurzenia, dzięki temu bez obaw chowałem go bez jakiegokolwiek zabezpieczenia do tankbaga czy robiłem zdjęcia w deszczu. Ze zdjęć nim zrobionych jestem bardzo zadowolony. Jedyna wada to to, że jest na dedykowany akumulatorek. Naładowany na full przed wyjazdem wytrzymał spokojnie 4 dni. Jednak zaraz po zimnej nocy pojawiał się komunikat o wyczerpanej baterii. Jak się ogrzało było już ok., co świadczy, że akumulatorek jest bardzo wrażliwy na temperatury. Do awaryjnego zanotowania czegoś zabrałem kartkę A4 oraz mały ołówek. Notowałem dane o dziennych przebiegach- wystarczyłaby kartka A6. Jako telefon zabrałem swojego Solida, bateria wystarczyła spokojnie na 4 dni. W nocy przyświecałem nim sobie korzystając jednocześnie z taśmy na głowę. Igły i nici które zabrałem nie przydały się- następnym razem zabiorę mniej. Scyzoryk użyłem tylko do rozcinania opakowań z makaronem. Zastanawiam się nad mniejszym modelem Victorinoxa, jednak nie chcę tracić funkcji śrubokrętów oraz otwieraczy. MiniBic który odarłem z nadruku służył do rozpalania kuchenki, a dzięki temu, że zdarłem z niego folię widać teraz ile jeszcze gazu zostało. Do tego doszły jeszcze moje „oczne” akcesoria czyli okulary i soczewki.

Samodzielnie wykonana, wodoszczelna apteczka również się nie przydała- i całe szczęście.

Na wyjazd zabrałem ze sobą cienką alumatę zamiast cięższej karimaty i nie żałuję wyboru. Pierwszej nocy spało mi się bardzo wygodnie, ale to dzięki temu, że podłożyłem sobie pod spód trochę siana z pobliskiego paśnika, drugiej nocy kiedy spaliśmy na drewnianych belkach nie było już tak komfortowo jednak noc przespałem i rano nic mnie nie bolało. Trzecia noc znów była na trawie więc spało się wygodnie. Alumatę z początku mocowałem na zewnątrz saddlebaga za pomocą gumowego pająka, później byłem w stanie schować ją do środka.
Spałem w typowo letnim śpiworze, Fjord Nansen Fredvang z komfortem w okolicach 15*C. Na noc ubierałem sztuczną koszulkę z długim rękawem, bawełniane kalesony oraz skarpetki i buffa. Koszulkę kalesony wymienię z pewnością na termoaktywny zestaw bielizny dobrej firmy. Obawiałem się chłodu więc zabrałem dodatkowo folię NRC, jednak nie było tak źle. Pierwszej nocy zmuszony byłem się okryć folią około 05:00 ponieważ obudziłem się z zimna. Drugiej nocy folia w ogóle się nie przydała, natomiast trzeciej było mi mocno zimno i nie pomagała specjalnie. Po ostatnim noclegu folię wyrzuciłem. Nie wiem jakie faktyczne temp. mogły być tych nocy. Nie planuję póki co zmiany śpiwora jednak obowiązkowo dokupię do niego drybaga zamiast oryginalnego-marnego i ciężkiego pokrowca. Do tego zestawu doszedł mój wysłużony tarp. Trzeba przyznać, że sprawdził się. Padało dość mocno tylko ostatniej nocy i pozostałem suchy. Ponieważ jednak miał już kilka wypalonych dziurek, a i materiał po dotknięciu go od wewnątrz przepuszczał wodę, postanowiłem więc wyrzucić go po ostatniej nocy. Został łącznie ze masztami pod którymś śmietniku na Słowacji, zostawiłem sobie jedynie samodzielnie wykonane śledzie z których jestem niezmiennie bardzo zadowolony. Czas na uszycie nowego, lżejszego tarpa.


Tarp oraz alumata- pierwszy nocleg.

Kuchnia składała się z aluminiowego garnka o pojemności 0.8l(pojemność taka spokojnie wystarczała na ugotowanie sporej porcji makaronu), samodzielnie wykonanej pokrywki z cienkiego aluminium(wyrzucona po ostatniej nocy) oraz rączki z aluminiowego drutu. Cały zestaw sprawdził się wyśmienicie. Wodę gotowałem na podróbie palnika Pocket Rocket, który również służy mi już jakiś czas i dobrze się sprawdza. Dokręcałem do niego kartusz 100ml, który spokojnie wystarczył na 3 śniadania i 3 obiadokolacje. Jadłem samodzielnie wykonanym sporkiem, który mimo, że cięższy niż konkurencyjne- sprawdza się dobrze. Na następny wyjazd muszę zrobić sobie kolejną pokrywkę z puszki.

Jeśli chodzi o kosmetyczkę to na następny tego typu wyjazd lekko ją zmienię. Nocowaliśmy na dziko, raczej z dala od rzek czy jezior. Nawet jeśli byłyby w pobliżu to i tak woda byłaby w nich zbyt zimna na komfortowe mycie. Dochodziło do tego zmęczenie po całym dniu jazdy i finalnie przez 4 dni nie umyłem się ani razu konkretnie. Dwa razy wszedłem do łazienki na stacji benzynowej i lekko się przepłukałem oraz dwa razy przemyłem twarz w fontannie w Wiedniu i Bratysławie. Oczywiście zęby myłem codziennie więc szczotka i pasta jak najbardziej zostają. Patyczki do uszu również. Natomiast mydło i papier toaletowy następnym razem zastąpię nawilżonymi chusteczkami. Pozwolą przemyć się komfortowo nawet w śpiworze, kiedy na zewnątrz zimno.

W czasie jazdy miałem na sobie koszulkę rowerową z krótkim rękawem oraz rowerowe, krótkie spodenki z wkładką. W tylnych kieszonkach koszulki wiozłem na zapas lekką wiatrówkę(wysłużony Craft z pewnością pójdzie do zmiany na coś nowego, bo puszcza wodę aż miło), buffa oraz rękawki. Do tego okulary rowerowe (z wymiennymi szkłami: miałem przyciemniane i przezroczyste-te szczególnie przydały się w mocno padającym deszczu), skarpetki, rękawiczki z wkładkami żelowymi i buty SPD.


W kieszonkach wiozłem lekką wiatrówkę, buffa i rękawki.

Ubranie na zapas stanowiła bluza biegowa, która jest bardzo wygodna i zakładałem ją w pociągu oraz na biwaku jednak zastanawiam się nad zmianą jej na lżejszy polar Quechua; długie spodnie rowerowe- te z pewnością wylecą z listy na rzecz nogawek, które są lżejsze i wygodniejsze w zakładaniu oraz bokserki które zakładałem do spania i na biwaku kiedy zdejmowałem spodenki z wkładką. Zabrakło luźnych spodenek do pociągu- nie lubię nosić spodenek rowerowych poza samą jazdą. Następnym razem z pewnością wszystkie zapasowe ubrania upakuję do drybaga.

Ostatniego dnia zachmurzyło się jednak nic nie wskazywało na to, że ostatnie 40km będziemy jechali w silnym deszczu i przy niskiej temperaturze. Ten jednak padał, co więcej...później zmienił się w śnieg, a słupek rtęci ostro poleciał w dół. Zabrakło zdecydowanie pełnego kompletu przeciwdeszczowego tj. kurtki, spodni, ochraniaczy na buty i rękawiczek z długimi palcami. Jeśli chodzi o zimno to mając suche ubrania byłoby OK, po jeździe były jednak mokre. Co z tym zrobić? Ostatecznie daliśmy radę, ale było mało komfortowo...czy to również kompromis na jaki decydujemy się wybierając drogę ultralightu?

Mój rower sprawdził się świetnie. Nic w nim nie szwankowało. Z początku dość mocno bolały mnie dłonie i szyja co potwierdza bardzo pochyloną pozycję jaką zajmuję na rowerze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz