niedziela, 21 sierpnia 2011

Na górę chełmską!


Korzystając z dobrej pogody oraz przychylności szefa, który pozwolił mi skończyć wcześniej pracę, w środę 17 sierpnia wybrałem się na pierwszą dłuższą trasę moją nowo zakupioną szosówką. Trasa była oczywista, do góry. A pierwsza góra jaka przyszła mi do głowy w tej okolicy to sanktuarium Góra Chełmska.
Wyruszyłem kilka minut po 17:00. Przez pierwsze 10km stawałem często, bo aż 4 razy. Wszystko po to by ustalić optymalną pozycję siodełka i kierownicy...bardziej siodełka. Ostatecznie chyba znalazłem najlepsze położenie, co więcej, pozycja jest nawet podobna do tej pochylonej, którą miałem na swoim góralu. Krajowa „szóstka” którą jechałem ma bardzo dobrą powierzchnię oraz szerokie pobocze. Jechało się więc wyśmienicie co pozwoliło mi maksymalnie wykorzystać możliwości nowego roweru. Na przekór wszystkim, którzy piszą, że szosówka wcale dużo nie daje, napiszę, że mi jechało się znacznie wygodniej i szybciej. Szosa jest znacznie zwrotniejsza, łatwiej składa się w zakręty i szybciej przyspiesza. Dziury, jeśli są, czuje się, owszem, ale za to na każdym głupim zjeździe wyciągałem ponad 40km/h. Podjazdy na stojąco mi nie wychodzą ze względu na węższą kierownicę oraz inny chwyt na niej. Po prostu przód ucieka mi na boki, ale to kwestia przyzwyczajenia oraz balansu ciałem. Wróćmy jednak do samej drogi, ponieważ zmiana asfaltu, która nastąpiła w Sianowie, brutalnie przypomniała mi o cieniutkich oponach i braku amortyzatora. Na szczęście zaraz za Sianowem znajduje się skręt w lewo na miejscowość Kłos. Jest to droga, która zaczyna się mniej więcej na 2m n.p.m. Podjazd tą drogą nie jest specjalnie wymagający, można się zmęczyć ale z nóg nie zwala. Wyprzedziłem tam rowerzystę, który chciał mi siąść na kole. Szybko jednak odpuścił bo kiedy stanąłem na pedały został w tyle. Dojechałem do bramy witającej pielgrzymów gdzie zrobiłem zdjęcie panoramiczne i rozpocząłem podjazd na szczyt. Prowadzą tam dwie drogi, ja wybrałem tą w prawo. Jak się później okazało, jest ona dłuższa lecz mniej stroma. Występują tam też poprzeczne progi, które utrudniły mi podjazd. Na szczycie, gdzie mój Legend pokazał 143m n.p.m., sfotografowałem wieżę widokową, która niestety z powodu remontu była zamknięta, oraz kościółek. Przeczytałem też jeden z plakatów informujący, że górę odwiedził nawet Jan Paweł II. Kiedy już miałem usiąść, dojechał wcześniej wyprzedzony kolarz. Okazało się, że jest z Koszalina i jest właśnie w czasie robienia swojej standardowej pętli. Zjazd najpierw typowo na hamulcach ponieważ dużo osób szło do góry, później- już na ulicy leciałem około 45km/h. W drodze powrotnej, stanąłem jeszcze przy sklepie, zjadłem dwa pączki i dokończyłem 0.5l Powerada. To było wszystko co wciągnąłem podczas tej wycieczki. Do mojego aktualnego miejsca zamieszkania wróciłem jeszcze przed zmrokiem, na szczęście, ponieważ nie zabrałem ze sobą lampek.
Nie mam zamiaru drastycznie przeskoczyć z terenu na szosę, jednak mój nowy rower będzie póki co świetnie zastępował uszkodzonego El Nino, robił za treningową maszynę, do tego z pewnością będę go tyrał w zimie jako miejski ponieważ kosztował zaledwie 500zł...

Więcej zdjęć TUTAJ

Dst: 60km
T: 2h 18min
Vmax: 57km/h
Vśr: 26.4km/h

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz