niedziela, 30 grudnia 2012

Lista sprzętu z Alp 2012.


Wreszcie się ogarnąłem i uzupełniłem listę sprzętu jaki zabrałem zo sobą w Alpy, czyli na główny wyjazd w tym roku. Niestety nie ma wszystkich wag, ale to może w trakcie. Zdjęcie linkuje do spisu. Miłego.;)

Kaszubski Park Krajobrazowy rowerem.


Kolejny wyjazd "przez uczelnię". Prócz tego, że na geografię turystyczną trzeba dwie prezentacje, to jeszcze jedną prezentację trzeba było zrobić na taki przedmiot, jak zrównoważony rozwój w turystyce. Mi i kolegom akurat wpadł Kaszubski Park Krajobrazowy. "Trzeba pojechać"- myślę. A że tylko ja rowerowy z grupy  to musiałem towarzyszy szukać spoza grupy ćwiczeniowej. Trafili się: Turysta, Magda i Niezniszczalny G.

Pojechaliśmy SKM z G. i Magdą do Lęborka (nic tam nie ma i pole prześwituje między budynkami :D), tam spotkaliśmy Turystę, który pojechał rowerem i już wspólnie nieśpiesznie pojeździliśmy po parku dojeżdżając do Gdyni.

FOTORELACJA

Zdjęcie pożyczyłem od Turysty.

Już zimowe Góry Świętokrzyskie.

Jest taka uczelnia Akademia Morska...
taki wydział Towaroznawstwo...
i taka specjalność jak Organizacja Usług Turystyczno-Hotelarskich.

Na tej specjalności studencji uczą się geografii turystycznej. W praktyce robią po dwie prezentacje. Samodzielnie lub w parach. Ja wybrałem sobie Alpy z N. oraz Góry Świętokrzyskie z K. W Alpach byłem więc opowiadać mogłem. W Świętokrzyskich dawno więc, przed prezentacją postanowiłem odświeżyć sobie info. Tak się złożyło, że Niezniszczalny G. postanowił pojechać ze mną. Tym sposobem we dwóch mężnych ruszyliśmy pociągiem do Kielc. Jak się okazało, trafiliśmy na śnieg i mróz i fajny podjazd na Święty Krzyż. Fajnie było!...

...tak jak w FOTORELACJI, zapraszam!

Dzień I


Dzień II

Wycieczka nad morze, otwarte morze.

Z Torunia przyjechał Olo i Jakub. Chcieli nad morze. Magda ich poprowadziła "asfaltami", a ja się dołączyłem na krzywy ryj.:)

Ruszyłem wcześnie rano po 4h snu. Byłem na maratonie filmowym u znajomych w Gdańsku...mimo to zerwałem się z łóżka i ruszyłem mimo padającego deszczu. Najpierw do Wejherowa dobrze znaną drogą 218, później skręciłem w główną do Lęborka. Ruch od razu większy, choć najgorzej nie było...roboty drogowe dawały mi wyraźną przewagę nad stojącymi w korkach. Magda z Olem i Jakubem nocowali w leśnym schronisku Łowców Przygód. Nie sprawdziłem sobie wcześniej gdzie ono jest dokładnie, ale na szczęście dostałem sms-a ze współrzędnymi i trafiłem bez problemu choć droga na szosówkę...mocno naciągane.:D

Później już ruszyliśmy razem i pojechaliśmy tak jak widać na mapie i ZDJĘCIACH. Zaliczyliśmy podjazd w Czymanowie. Obejrzeliśmy elektrownię w Żarnowcu, ujście rzeki piaśnicy, na końcu Wejherowo. Ja się szykowałem na okienko na bikestatsie ze swoimi 145km, a tu Endrinuh o ile pamiętam machnął 218km. Żarty?;)




Użyte zdjęcie Magdy (mam nadzieję, że się nie obrazi)

wtorek, 30 października 2012

Idzie jesień...

Póki co mamy szczęście Moi Drodzy!
Za oknem i z rowerowego siodełka wciąz widzę piękną, złotą jesień. Cały czas zastanawiam się czy przejdzie ona drastycznie w piękną, białą zimę czy może sieknie nam deszczem, szarówką i błotem? Tak czy siak jestem gotów ogłosić, że sezon terenowy czas zakończyć. Wyciągam szosówkę i będę ujeżdżał asfalty.

Na okazję deszczu uszyłem sobie natomiast ochraniacze na buty. Poprzednie, zakupione w lumpeksie, ochraniacze porwałem na Transalpie. Te uszyte przeze mnie są natomiast z cordury 500, więc nie grozi im taki los zbyt szybko. Przy szyciu wzorowałem się na firmie Gore-Bike-Wear. Przez to ochraniacze "otwarte" są od dołu (tylko pasek w śródstopiu i kawałek materału w czubku buta), zapinane są w tylnej części na szeroki rzep, więc możliwość regulacji jest dość szeroka. Ochraniacze są dość długie, prawie do połowy łydki i w górnej części mają elastyczną gumkę. Dodatkowy rzep w górnej części stopy pozwala je idealnie dopasować do buta.










Prócz mnie ujeżdżane będą jeszcze przez dwóch Testerów. Mam nadzieje, że jak najszybciej Chłopaki dadzą mi znać jak się sprawują.


środa, 24 października 2012

Legend HCX vs etrex 20.


Po wyprawie wakacyjnej pewny byłem kilku zmian jakie chciałbym przeprowadzić w swoim ekwipunku. Jedną z nich była zmiana GPS-a, który załatwił mnie na cacy w Alpach. Garminowi Legend HCX czyli odbiornikowi, jaki używałem od 2 lat w zasadzie nic nie mogłem zarzucić na jednodniówkach, krótszych wyjazdach lub wyprawach, podczas których nie nawigowałem po śladzie zapisanym w urządzeniu. Urządzenie jest wodoodporne, pewne, dokładne i łatwe w obsłudze. Wybierając się jednak w Alpy wiadomo było z góry, że cała nawigacja w terenie sprowadzała się do „jazdy po śladzie”. Wyprawa miała 20dni, do tego ślad powinien być dokładny...jak to w terenie. Finalnie, nie mogłem pokryć śladem naszej trasy nawet w 1/3. Nie mogłem przefiltrować tracków bo straciłbym ich dokładność. Wynikało to z ograniczenia jakie ma Legend. Maksymalnie 20 śladów, które mogą być wyświetlane oraz maksymalnie 500 punktów długości każdego śladu. To zdecydowanie za mało na dłuższe wyprawy. Udało mi się niedawno zdobyć w całkiem dobrej cenie Garmina 20 czyli niejako nowszą wersję popularnych etrexów. Odbiornik ten w porównaniu do wyższego 30, nie ma kompasu oraz wysokościomierza barometrycznego. Do tej pory obywałem się bez tych dodatków, więc i teraz też nie napalałem się na nie specjalnie.

 

Najważniejsze jest jednak to, że nowy 20 może mieć zapisanych i wyświetlanych 200 śladów oraz każdy ślad może mieć 10 000 punktów. To już pozwala na zaplanowanie z góry dużo dłuższej wyprawy. 20-kę odebrałem i zaraz zabrałem go na 44 edycję Harpagana. To co już zauważyłem to przyjemniejsze menu, joystick po prawej stronie- dużo wygodniej! Ślad zapisuje ok., satelity łapie i trzyma ok, na bateriach pracuje tak długo jak Legend. Z zewnątrz ma przyjemniejszy design, jest bardziej obły i ma precyzyjniejsze przyciski.

 

Zobaczymy jak sprawdzi się na dłuższym wyjeździe...

środa, 3 października 2012

Jest moc!



 





Dziś się pochwalę. 9 września w Łukowie odbyły się ogólnopolskie biegi im. ks. gen. Stanisława Brzóski. Poleciałem na 00:46:25 i zająłem II miejsce w mojej kategorii wiekowej.













Natomiast w ostatni weekend, wraz z kolegą Radkiem, wyjeździliśmy III miejsce w kaszubskim rajdzie na orientację z kompasem. Pojechaliśmy na trasę rowerową żółtą, mimo że na początku czaiłem się na fioletową.











A teraz jak już sobie przechwaliłem tyłek, obiecuję, że kolejny post będzie dotyczył sprzętu.:)


Galeria TransAlp 2012!





Miłego oglądania!
GALERIA

A tutaj jeszcze galeria Michała oraz relacja.

czwartek, 27 września 2012

Z serii: napisano o mnie oraz polecam bloga.

Zapraszam do nowoodkrytego bloga ROWEROWY SZPERACZ. Na blogu mnóstwo nowinek i ciekawostek sprzętowych. A o blogu dowiedziałem się pobnieważ Autor napisał o moim szyciu.:)

ZAPRASZAM:
https://rowerowyszperacz.wordpress.com/

piątek, 14 września 2012

Jakim typem podróżnika jesteś.

Znalezione w sieci:

1: City Folk Ignorant (ICF) Jeśli widzisz kogoś, kto nie jest w wojsku a targa wyposażenie, ważące ponad 60 kilogramów, można założyć, że widzisz osobnika typu ICF.

2: "To ciężkie, ale jestem prawdziwym mężczyzną." Przeważnie typ "military". Cierpi przez cały dzień, ale dobrze spi w nocy.

3: "To może być ciężkie, ale nie dokucza mi to". Uświadomiony, ale nie do końca.

4: "To, co muszę mieć i to, co chcę mieć to to samo." Głos rozsądku.

5: "Lekko, ale nie tak lekko, jak na jednodniową wycieczkę". Uświadomiony i doświadczony.

6: "Light Weight Backpacker". Pewny siebie i dobrze wyposażony. W skrajnym przypadku coś może okazać się niewystarczające, ale da sobie radę.

7: "Ultralight Backpacker. Balansuje po cienkiej linii między wyposażeniem wystarczającym a niewystarczającym. Znany także jako "oszczędzacz gramów".

8: "Idioci". Są to ludzie, których ratują przedstawiciele poprzednio wymienionych grup, gdy coś pójdzie nie tak.

środa, 12 września 2012

Korzystne zakupy.

Drodzy Czytelnicy. Dziś post z cyklu "znalezione w sieci".

Naszym bohaterem jest blog "korzystne zakupy". Pomysł na temat bloga bardzo ciekawy i przede wszystkim praktyczny (kocham praktyczne rzeczy!). Dla studenta na swoim, dla mam, babć...no polecam:) :

http://korzystne-zakupy.blogspot.com/

Miłego czytania!

poniedziałek, 3 września 2012

Łukowska jednodniówka.



Trasa rowerowa 1029888 - powered by Bikemap 

Zaznaczona na powyższej mapie trasa ma 30km. Jest to odległość „akurat” na niedzielną, rodzinną przejażdżkę czy wycieczkę we dwoje. Większość trasy prowadzi drogami o niskim natężeniu ruchu więc możemy się na nią wybrać również z mniejszymi dziećmi. Całą pętla jest bardzo płaska, więc nie zmęczymy się pedałowaniem pod górę. Jedyną trudność mogą stanowić piaszczyste odcinki w lasach. Są jednak do przejechania, lub, w najgorszym przypadku, do obejścia.

Wyjazd zaczynamy w nowym, pięknie zagospodarowanym parku łukowskim. Przed wyjazdem możemy się zaopatrzyć w coś do picia i jedzenia w którymś z pobliskich supermarketów. W tym czasie dzieci pod opieką drugiego rodzica będą miały dużo frajdy z zabawy na jednym z dwóch placów zabaw. W parku jest mnóstwo ławek do odpoczynku, a nawet fontanna- idealna by się ochłodzić w gorący dzień.



 Z parku ruszamy wzdłuż Krzny. Najpierw musimy przedostać się na drugą stronę ruchliwej ulicy Warszawskiej. Uważajmy na samochody! Następnie jedziemy szutrową ścieżką wzdłuż rzeki. Wokół pełno zielni, na chwilę też uciekamy od zgiełku miasta. Krzna nie należy do najczystszych rzek jednak jeśli dzieci by chciały, mogą pomoczyć w niej ręce i się pochlapać. Jadąc dalej, po prawej stronie miniemy odkryty kompleks basenów „Delfin”, następnie po lewo działki wypoczynkowe i dojedziemy do tzw. małej obwodnicy Łukowa. Jak informują znaki, nie możemy jeździć nią rowerem, jednak wzdłuż dwupasmowej drogi wytyczona została  ścieżka rowerowa, którą bez problemu dojedziemy do ronda i tam skierujemy się na Poważe. Tutaj już ruch jest mniejszy, mimo że jedziemy jezdnią Uwaga na słabą nawierzchnię drogi- można sobie załatwić koła. Na najbliższym skrzyżowaniu kierujemy się w prawo, oraz za mostem przy charakterystycznej  kapliczce- w lewo, w drogę polną. Znów ogarnia nas jedynie gra pasikoników oraz śpiew ptaków. Taka jazda to sama przyjemność! Niestety klimat psują trochę sporadycznie spotykane śmieci wynoszone tu przez gospodarzy pobliskich domów. Droga polna doprowadzi nas do przejazdu kolejowego. Tory są jak najbardziej czynne- uważajmy więc na pociągi! Za przejazdem jedziemy piaszczystą drogą w lewo i po odbiciu w prawo, lasem, dojeżdżamy do Zalewu Zimna Woda. Jadąc brzegiem jeziora dojedziemy wreszcie do mola. Przyjemne miejsce na odpoczynek jednak z chłodzącej wody nie warto korzystać. Raz ze względu na zakaz pływania(wynika on z tego, że akwenem zarządza koło wędkarskie), a dwa na szkła leżące na dnie. Możemy pociąć sobie stopę. Zostawiamy taflę jeziora i znów zagłębiamy się w las, po chwili dojedziemy do Leśniczówki Zimna Woda. Mijamy ją i jedziemy dalej, objeżdżając szlaban. Jazda przez las jest bardzo przyjemna, tereny są czyste, a i ptaki dopisują.


Nie licząc kilku odcinków piachu, mamy piękną, utwardzoną drogę która doprowadzi nas do skrzyżowania z parkingiem leśnym po naszej prawej stronie. Parking leśny, wraz z zadaszonymi ławkami, to świetne miejsce na chwilowy odpoczynek lub posiłek w trakcie jazdy. Ponieważ przed nami jeszcze mnóstwo atrakcji, nie warto zbyt długo siedzieć na ławkach. Ruszamy i na skrzyżowaniu jedziemy prosto. Jadąc drogą leśną warto wypatrywać skrętu w lewo ze szlabanem. Odbijając w lewo bowiem, mamy okazję zobaczyć pomnik wybudowany w hołdzie powstańcom AK, którzy pod wodzą gen. Ks. Brzóski ukrywali się na terenie Jaty.



Warto wspomnieć, że stuła ks. Brzóski znajduje się w łukowskim muzeum. Tam też więcej dowiemy się o tej niesamowitej postaci ukrywającej się w podwójnej ścianie. Oczywiście zachęcam do odwiedzenia muzeum, teraz jednak-po obejrzeniu pomnika, wracamy na naszą główną drogę i jedziemy nią cały czas prosto, aż do kolejnej leśniczówki. Parking leśny niedaleko zabudowań obiecuje kolejny przystanek pod wiatą. Jadąc jednak drogą dalej, dojeżdżamy do Gręzówki. Należy wzmóc uwagę ponieważ wyjeżdżamy na ulicę, po której jeździ sporo samochodów. W Gręzówce znajdują się dwa sklepy spożywcze- śmiało możemy więc uzupełnić nasz prowiant. Skręcamy w lewo i przejeżdżamy przez wieś. Mijamy po lewej stronie kościół pw Matki Boskiej Częstochowskiej i św. Huberta.



 Zaraz za kościołem mamy kolejne skrzyżowanie i znów kierujemy się w lewo i jedziemy nowszym asfaltem dobrej jakości. Ulica prowadzi przez las i mimo samochodów, od czasu do czasu nas mijających, jest bardzo przyjemna. Doprowadzi nas ona do skrzyżowania z główną trasą Łuków- Siedlce, samochody jeżdżą tu bardzo szybko więc należy uważać podczas przejazdu przez to skrzyżowanie. Kolejna ulica zaprowadzi nas przez piękny las do Krynki, tam miniemy przejazd i skręcimy w prawo. Asfalt świetnej jakości na drodze którą będziemy jechali pozwala osiągać duże prędkości...nie tylko na rowerze. Samochody nie jeżdżą tędy zbyt często, ale jaki już się pojawiają to pędzą jak szalone. Jedziemy wzdłuż torów, wśród lasów i łąk. W takiej scenerii dojeżdżamy z powrotem do Łukowa, kończąc naszą trasę wyboistą żwirówką.

Opisana przeze mnie pętelka jest bardzo przyjemną propozycją na aktywny weekend. Po co bowiem jeździć po dusznym i głośnym mieście, jeśli można wyjechać kawałek dalej i pedałować wśród pięknych lasów, jezior i łąk? 

                    www.rezerwatjata.pl
Autor: Rafał Buczek   

sobota, 25 sierpnia 2012

A cóż to się działo??

A właśnie...tyle czasu się nie pisało, cóż się ze mną działo? W kilku słowach:

Lipiec minął mi pod znakiem Transalpu wraz z kolegą Michałem. Jeździliśmy przez 3 tygodnie po Alpach. Wybraliśmy szlaki terenowe, rowery górskie, ultralekkie bagaże, namioty i makarony.
(Póki co tylko kilka zajawkowych zdjęć, lada moment pojawi się opis sprzętu jaki ze sobą zabrałem. Później natomiast dodam relację i galerię z wyjazdu.)



Sierpień natomiast w większości przepracowałem.
W między czasie organizując sobie m. in. wycieczkę na Hel:

Po zakończeniu pracy wraz z mamą urządziliśmy sobie wypoczynek nad morzem. W piątek przed południem miałem okazję popływać z uczestnikami BCT Gdynia Marathonu (maraton pływacki z Helu do Gdyni, 18,5km!!). Ledwo dawałem za nimi radę, a oni tylko rozpływanie robili.:))



A teraz? Zobaczymy...




Lekkie usprawnienia sakw podsiodłowych.

Witajcie Moi Drodzy,
miło mi ogłosić, że wprowadziłem dwa, drobne usprawnienia sakw podsiodłowych.

Przede wszystkim jest to zmodyfikowany rzep mocujący sakwę do sztycy. Zamiast zwykłego rzepa mamy teraz coś takiego:

Rzep naszyty na 40mm taśmę z ramką, zabezpieczany na boku sakwy. Całość pozwala wygodniej i solidniej zamocować sakwę w tym miejscu.

Prócz tego dodałem dwa tringi, które po doczepieniu do nich regulowanego paska z karabinkami, pozwalają na noszenie sakwy na ramieniu.

W pociągu, sklepie, na promie czy w samolocie mamy możliwość wygodnego przenoszenia podsiodłówki!

Hope you like it.:)


wtorek, 29 maja 2012

Sakwy, worki i plecaki. Komu co i dlaczego...


Na rowerze jeżdżę sporo. Sporo więc obserwuję, a to co widzę przyprawia czasem o ból głowy. Kolumna rowerzystów, jeden wiezie reklamówki na kierownicy, inny wielki plecak na ramionach, trzeci walczy ze zsuwającą się z bagażnika torbą podróżną. A przecież sposoby rozmieszczenia wszystkich naszych bagaży na rowerze wcale nie są skomplikowane. Jest ich za to sporo bowiem zależą od wielu czynników. Spróbujmy je sobie wymienić:
  • Jak długo będzie trwać nasza wycieczka, a więc automatycznie...ile bagażu musimy zabrać?
  • W jaki teren i jakim rowerem jedziemy?
  • Czy będziemy korzystać także z komunikacji masowej?
  • W jaki klimat się wybieramy?
  • Itp... itd...

Ponieważ większość z Was, drodzy czytelnicy, najczęściej jeździ na krótkie, jednodniowe wycieczki w tym artykule opiszę głównie sposoby przewożenia sprzętu właśnie na takich wypadach.


Tego sposobu nawadniania początkującym nie polecamy, zarezerwowany jest wyłącznie dla profesjonalistów.

Podstawowa sprawa na wycieczce rowerowej to oczywiście woda. Sposobów jej transportu mamy kilka. Najpopularniejszym i najprostszym są oczywiście bidony. W takim przypadku wodę trzymamy w specjalnych butelkach różniących się pojemnością (zwanych właśnie bidonami), które umocowane są w tzw. koszykach, które są przykręcone do różnych części roweru. Różnych, bowiem nie muszą być przykręcane tylko i wyłącznie do ramy. Na rynku dostępne są bowiem również uchwyty umożliwiające przewożenie bidonów za siodełkiem czy na kierownicy. Jeżdżący na dłuższe trasy zabierają ze sobą nawet trzy bidony na raz. Z tego klasycznego sposobu korzystają najczęściej szosowcy, ponieważ jadąc po gładkim asfalcie łatwo możemy w każdej chwili wyjąć bidon i się napić. Ponad to nic nie wieziemy na plecach, dzięki temu nie pocą się one nam oraz mamy nieograniczoną swobodę ruchu. Co jeśli jeździmy w terenie, gdzie nie zawsze mamy możliwość puścić kierownicę?


Genialny w swej prostocie wynalazek- camelback!

Ten problem rozwiązuje drugi sposób czyli camelbacki. Camelback to system składający się z worka, wykonanego z wytrzymałego tworzywa, do którego przymocowana jest rurka zakończona ustnikiem. Worek umieszczony jest najczęściej w plecaku, rurka natomiast jest poprowadzona po szelkach plecaka na zewnątrz w okolice ust użytkownika. System ten zyskał ogromną popularność właśnie ze względu na możliwość użytkowania bez absorbowania rąk, te mogą cały czas trzymać rozedrganą kierownicę naszego pojazdu. Ustnik trzymamy w zębach i lekko go ściskając możemy pić płyn znajdujący się z reguły na naszych plecach. Plecaki i camelbacki stosują głównie maratończycy jeżdżący w trudnym terenie długie trasy, podczas których potrzebują większej ilości płynu. Camelbacki umożliwiają bowiem zabranie od 0.5l do nawet 3l napojów, podczas kiedy największe bidony mają pojemność 800ml. Konieczność wożenia plecaka odrzuca sporą część rowerzystów od używania cameli. Nic jednak straconego, ponieważ ostatnio natknąłem się w sieci na taki oto patent, gdzie worek umieszczony został w sakwie rowerowej:


Wygoda picia w każdych warunkach bez konieczności wożenia plecaka! Nowość!

Woda to jedno, musimy bowiem rozwiązać również problem umieszczenia gdzieś wszystkich innych drobiazgów, które chcemy ze sobą zabrać. Na kilkugodzinną przejażdżkę wystarczą nam kieszonki naszej koszulki rowerowej. Zmieszczą one klucze do domu, komórkę, batony, odtwarzacz mp3 i podstawowe narzędzia do roweru, a nawet dętkę i małą pompkę rowerową. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać niewygodne jednak nasz drobny bagaż nie wypada ani nie przeszkadza czy uwiera nas w czasie jazdy.
Jeśli zamierzamy wybrać się na rower na trochę dłużej lub chcemy po prostu zabrać ze sobą np. coś cieplejszego czy kurtkę przeciwdeszczową, zmuszeni jesteśmy do skorzystania z plecaka lub jednego z wielu rodzajów sakw rowerowych. Jeśli korzystamy z camelbacka to sprawa jest prosta. Plecak, w którym będziemy wozić cały system pomieści nam również trochę większych objętościowo drobiazgów. Kilka teraz więc słów odnośnie samego plecaka rowerowego. Najważniejsza jest wentylacja pleców i ramion. Najlepsze plecaki rowerowe są napięte na swego rodzaju pałąkach, które odsuwają materiał od naszych pleców, do których przylega tylko siateczka. Dzięki temu pomiędzy plecakiem, a naszą skórą powstaje niejako poduszka powietrzna zapobiegająca poceniu się. Dobry plecak rowerowy musi również sztywno trzymać się na ramionach, zdecydowanie nie może się majtać na boki podczas intensywnego pedałowania. Musi również posiadać odpowiedni kształt, który nie będzie krępował nam ruchów oraz odpowiednie zawieszenie dzięki któremu nie będziemy zahaczać o górę plecaka kaskiem, kiedy będziemy zadzierać głowę podczas jazdy. Plecak rowerowy powinien również posiadać uchwyt na lampkę rowerową oraz rzucający się w oczy pokrowiec wodoszczelny, mile widziany jest również uchwyt na kask.
Kiedy jednak wodę wozimy w bidonach to stajemy przed koniecznością wyboru sakwy rowerowej. Możemy kupić jedną z dostępnych na rynku sakw podsiodłowych, które występują w różnych wielkościach; możemy też skorzystać z sakw mocowanych w trójkącie ramy lub w okolicach sterów, lub z sakwy na kierownicę.


Przykład jednej z wielu dostępnych na rynku sakiewek podsiodłowych.

Każdy rodzaj tych sakw ma swoje plusy i minusy. Sakwy podsiodłowe nie generują praktycznie żadnych oporów powietrza, umieszczone są jednak w taki sposób, że nie sposób z nich wyjąć niczego podczas jazdy oraz jeśli tylko pada to cała woda z tylnego koła leci właśnie na nie. Skawy mocowane w trójkącie ramy są mniejsze jednak łatwo z nich korzystać nie zsiadając z roweru. Te mocowane w okolicach sterów również łatwo otworzyć podczas jazdy, jednak czasem zahacza się o nie kolanami podczas pedałowania na stojąco. Sakwy na kierownicę są natomiast najbardziej pojemne jednak generują spore opory powietrza.

Bardzo ciekawy trend, który zaczyna zdobywać w Polsce coraz większą popularność to tzw. bikepacking. Pomysł pochodzi z USA i polega na stosowaniu sporych sakw rowerowych zawieszanych bezpośrednio na rowerze, bez użycia bagażników. Rezygnacja z bagażników minimalizuje wagę, a sama konstrukcja sakw ogranicza opory powietrza dzięki temu, że poszczególne sakwy nie wystają specjalnie poza obrys roweru, ograniczone są również przypadki zahaczenia sakwą o drzewo czy skałę podczas jazdy w trudnym terenie. Na system składa się pięć sakw, które oczywiście mogą być również używane solo. Rozmieszczenie bagażu do kilku sakw powoduje również lepsze rozłożenie masy na cały rower co poprawia jego właściwości jezdne. W Polsce sakwy tego typu są już coraz łatwiej dostępne.



Przykład zastosowania bikepackingu: na rowerze widzimy saddlebaga, tankbaga i barbaga.

Jeśli jednak nie przeszkadzają nam bagażniki, możemy zyskać podobną objętość bagażową stosując którąś z dostępnych na rynku sakw mocowanych do nich. W tym miejscu warto wspomnieć o samych bagażnikach. Bagażnik może być klasyczny mocowany do ramy w trzech lub czterech miejscach lub sztycowy, które mocuje się do ramy w jednym tylko miejscu. Bagażniki klasyczne mają zdecydowanie większą ładowność w porównaniu do sztycowych (często nawet 40kg vs max 10kg) jednak wyglądają mniej sportowo i nie założymy ich do każdego roweru. Bagażniki klasyczne produkowane są ze stali, aluminium, a nawet tytanu. Godne polecenia bagażniki produkuje Crosso oraz Tubus. Bagażniki sztycowe śmiało możemy wybierać spośród oferty Topeak-a. Wróćmy jednak do sakw. Jednym z najciekawszych modeli są te oferujące rozkładane, dodatkowe boczne kieszenie powiększające pojemność. Sakwy takie ma w swej ofercie Author, Sport Arsenal oraz Topeak.

Na sam koniec jeszcze spójrzmy na tradycyjną konfigurację bagażników i sakw w wersji „długodystansowej”. Wybierając się na długi wyjazd, może nawet kilkumiesięczny. Zmuszeni będziemy do dokręcenia do roweru bagażników tylnego i przedniego. Na bagażniki założymy komplet sakw: dwie na tył, dwie na przód i do tego wór transportowy. Sakwy tego typu są najczęściej całkowicie wodoszczelne. Oznacza to, że nawet całkowicie zanurzone w wodzie nie puszczą wody do środka. Wodoszczelność swą zawdzięczają rolowanemu zamknięciu, klejonym szwom oraz podgumowanemu materiałowi. Wiele firm posiada tego typu sakwy w swej ofercie jednak najpopularniejsze są od naszego, polskiego Crosso oraz niemieckiego Ortlieb-a.


Komplet przednich i tylnych sakw. Gdyby dołożyć tu jeszcze wór transportowy w sumie wyszłoby 120l pojemności bagażowej!

Na jaki system byśmy się nie zdecydowali, możemy być pewni że zyskamy wygodę oraz ochronę naszych drobiazgów podczas jazdy. Idealny natomiast system poznamy po tym, że zapakujemy dzięki niemu wszystko co zechcemy, podczas jazdy bagaż nie będzie nam przeszkadzał, a kiedy będziemy chcieli coś wyjąć pozwoli na świetny dostęp do zawartości.

 

niedziela, 20 maja 2012

Panoramy z górskiej majówki.

Widok z Przełęczy Jałowieckiej.

Przed pierwszym noclegiem...

Na Mosornym Gronie.

Tatry w całej swej okazałości.

środa, 16 maja 2012

Dynamo, odblaski i LED-y, czyli rowerowa choinka.

„Rower musi być wyposażony w:

   1. światło pozycyjne przednie o barwie białej lub żółtej selektywnej,
   2. światło pozycyjne tylne barwy czerwonej,
   3. światło odblaskowe tylne czerwone o kształcie innym niż trójkąt...”
(Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 31.12.2002, Dz. Ustaw 2003 nr 32 poz. 262, paragraf 53.1)

Tak brzmi oficjalne stanowisko państwa wobec oświetlenia roweru. W uproszczeniu przy rowerze powinny znajdować się dwa światła. Przednie białe i tylne czerwone. Tak jak w większości przypadków, tak i teraz, na rynku mamy mnóstwo różnych propozycji jak pozostać na drodze widocznym i jak widzieć w całkowitych ciemnościach.
Skupmy się może najpierw na świetle tylnym. Tu akurat sprawa jest prosta. Większość dostępnych na rynku światełek to zwykłe żarówki lub diody zapakowane w czerwone obudowy. Często na górze mamy szybkę przez którą świeci żarówka, natomiast dolną część światła stanowi powierzchnia odblaskowa. Główna różnica między określonymi lampkami to sposób ich zasilania. Możemy zdecydować się na dynamo lub baterie, tudzież akumulatorki. Pierwszy sposób posiada praktycznie same wady. Niestety, zwykłe dynama to przeszłość i dobrze pasują może do dawnych Jubilatów, nie jednak do nowoczesnych, teraźniejszych rowerów. Dynamo, kiedy pracuje, generuje duże opory podczas jazdy. Odpowiedzmy sobie czy naprawdę potrzebujemy utrudniać sobie jazdę? Nie wystarczy solidny podjazd? Poza tym, niedokładnie wykonana instalacja elektryczna jest wrażliwa na wilgoć, której przecież na rowerze nie unikniemy oraz nie działa w czasie naszego postoju. Oznacza to, że kiedy przystaniemy chwilę na poboczu, światło nie świeci i w sumie moglibyśmy go w ogóle nie mieć. Na końcu wreszcie całość sporo waży i nie oszukujmy się...szpeci nowoczesne wyścigowe rowery.



Z tym co napisałem powyżej nieco kłóci się idea dynama ukrytego w przedniej piaście. Są to nowoczesne konstrukcje, działające na zasadzie ciągłej pracy. Oznacza to, że nie czujemy wyraźnej różnicy, kiedy faktycznie zasilają nam oświetlenie, a kiedy je odłączamy. Opory, jakie stawia tego typu dynamo są na tyle małe, że można by je pominąć jednak fakt jest taki, że one występują. Producenci rozwiązali również inna wadę dynama. Większość nowoczesnych instalacji montowanych w rowerach posiada swego rodzaju akumulatorki, które są w stanie zasilać światła podczas postoju. Oczywiście czas zasilania jest ograniczony i dość krótki, jednak to zawsze coś! W przeciągu czasu, zmianie nie uległo tylko źródło zasilania, ale również zastąpiono wrażliwe i awaryjne żarówki, nowoczesnymi diodami LED. Biją one na głowę dawne żarówki pod względem długości bezawaryjnej pracy, odporności oraz poboru prądu. Niewątpliwą jednak zaletą dynama, czy to przestarzałego, czy też nowoczesnego jest to, że prąd mamy za darmo i nie musimy obawiać się nagłego wyczerpania baterii. 



Inaczej sprawa wygląda w przypadku kompaktowych lampek zasilanych za pomocą baterii. Są one małe, lekkie, łatwe w demontażu i świecą bez względu na to czy jedziemy, czy stoimy. Poza tym mają różne tryby świecenia. Większość to niepotrzebny gadżet, jednak warto mieć możliwość wyboru między trybem stałym i pulsującym. Aktualnie, praktycznie wszystkie lampki tego typu opierają się na diodach LED. Dzięki temu nie musimy się obawiać konieczności częstej zmiany źródeł zasilania. Warto jednak wozić ze sobą zapasowy komplet baterii. Jeśli wybierzemy model produkowany przez renomowaną firmę np. CatEye zyskamy solidne uszczelnienie lampki oraz pewność, że nawet na solidnych wybojach nie stracimy naszego światełka przez niedopracowany system montażu. Warto wspomnieć, że aby być widocznym spokojnie wystarczy malutka microlampka z jedną diodą LED zasilana z baterii zegarkowej. Zaletą oświetlenia tylnego jest niewątpliwie cena. Nawet za lampkę renomowanej firmy nie zapłacimy więcej niż 50zł.



Sprawa lekko komplikuje się kiedy zachcemy kupić sobie lampkę na przód. Musimy wtedy odpowiedzieć sobie przede wszystkim na pytanie czy chcemy być tylko widoczni czy sami chcemy widzieć. Poza tym poznać termin „lumen” oraz zdecydować się czy korzystać będziemy z baterii czy dynama. Na końcu wreszcie musimy podjąć decyzję czy lampkę będziemy wozić na rowerze czy może na sobie. Jeśli po zmroku będziemy jeździć tylko po mieście i to tylko po oświetlonych drogach możemy zdecydować się na prosty model lampki. Światełko takie nie musi świecić jak reflektor samochodowy. Musi natomiast pobierać mało prądu, być łatwo demontowalna oraz solidnie wykonana z uwzględnieniem uszczelnienia. W takim przypadku możemy ponownie zwrócić uwagę na nowoczesne konstrukcje „dynamowe” lub propozycje takich producentów jak CatEye, MacTronic czy Sigma. Szukajmy lampek na baterie AA oraz o mocy 40-60 lumenów.

Lumen jest jednostką do określenia całkowitej ilości światła wyemitowanej przez źródło - całkowity strumień światła. Lumeny określają jak "mocne" jest źródło światła (lampa, reflektor, latarka) dowolnego typu.
 Lumeny są mierzone bardzo dokładnie w specjalnym przyrządzie pomiarowym, gdzie identyczne źródła światła (żarówki) dają podobną wartość w lumenach. Jest to powszechnie używana i podawana jednostka światła we wszelkiego rodzaju przemysłowych źródłach światła (żarówki, świetlówki, lampy halogenkowe, lampy rtęciowe) do porównania ich wydajności świetlnej i określenia klasy energetycznej.
 


Jeśli jeździć będziemy również po nieoświetlonych drogach i chcemy również sami coś widzieć musimy wyłożyć nieco więcej pieniędzy oraz szukać lampki sporo mocniejszej niż te pokazane wyżej, polecam też zwrócić uwagę na ofertę producentów latarek czołowych. Odrzućmy natomiast konstrukcje z dynamem. W tym przypadku niestety utracimy mały pobór prądu. Mocne lampki diodowe oczywiście są pod tym względem sporo lepsze niż halogenowe jednak wciąż pracujące na maksymalnym trybie poświecą nam zaledwie około 10h. Będziemy dysponowali natomiast naprawdę mocnym światłem, lampki świecące około 120 lumenów i wyżej to jest właśnie to czego potrzebujemy! Solidne wykonanie, mocowanie i uszczelnienie oraz bezawaryjność to ponownie domena renomowanych producentów i to z ich oferty warto sobie coś wybrać. Tym bardziej, że jeśli chodzi o tak mocno świecące latarki ważne jest jeszcze coś, mianowicie chłodzenie. Dioda świecąca tak mocno bardzo szybko się nagrzewa, odbija się to na jej czasie pracy i jakości światła. Solidne chłodzenie zapewni nam natomiast tylko firma, która naprawdę zna się na rzeczy. Jeśli zdecydujemy się na coś naprawdę mocnego, w stylu reflektora 250 lumenowego, wybierzmy coś ze specjalnym akumulatorem mocowanym do ramy oraz dedykowaną ładowarką.



Jakie zalety mają natomiast czołówki? Czołówki czyli latarki mocowane na głowie za pomocą taśm są przede wszystkim bardziej uniwersalne. Wykorzystamy je podczas górskich wędrówek, podczas biegania, jazdy na rowerze czy na biwaku. Ich niewątpliwą zaletą jest również to, że światło zawsze świeci tam gdzie patrzymy, po prostu naturalnie podąża za naszym wzrokiem. Jeśli zdecydujemy się na czołówkę zwróćmy przede wszystkim uwagę na wygodę. Czy podczas noszenia jej na głowie nie ciąży nam specjalnie, czy nie uwiera żaden z elementów oraz czy nie uciskają paski, a jednocześnie latarka trzyma się na głowie solidnie i nie majta się. Jeśli nosicie okulary zwróćcie również uwagę na to czy poświata nie odbija się od szkieł. Jeśli tak będzie to w nocy nic nie zobaczycie. Podobnie jak w przypadku mocnych świateł rowerowych gdzie akumulator mocowany jest do ramy, tak i w przypadku mocnych czołówek akumulator lub duży pojemnik na baterie może być np. noszony w plecaku i z diodami łączony za pomocą długiego przewodu. Jest to rozwiązanie wygodne ponieważ nie obciąża nam tak bardzo głowy.



Jak ja rozwiązałem problem oświetlenia rowerowego? Na tył mocuję microlampkę z jedną czerwoną diodą LED. Jest ona na stałe zamocowana do roweru i włączam ją kiedy jadę pod wieczór po słabo oświetlonych drogach, np. biegnących przez las. Jestem wtedy widoczny dla samochodów z daleka, jednak sam jeszcze wyraźnie widzę drogę. Kiedy jednak robi się na tyle ciemno, że nie widzę już asfaltu wyraźnie zakładam na głowę czołówkę świecącą maksymalnym światłem 120 lumenów. Wybrałem czołówkę ponieważ prócz tego, że jeżdżę na rowerze to jeszcze biegam, dodatkowo czołówka posiada sprytne czerwone światło z tyłu. Dzięki temu rozwiązaniu sam wyraźnie widzę i jestem widoczny z przodu dzięki silnemu światłu. Z tyłu też jestem widoczny dzięki dwóm światełkom czerwonym. Mam zestaw uniwersalny ponieważ czołówkę używam też do biegania oraz bez sensu nie wykorzystuję jej baterii z uwagi na dodatkową małą czerwoną lampkę. 

   

sobota, 12 maja 2012

Majówka 2012-sprzęt.


UBRANIE
Prócz tego co zakładałem na siebie do jazdy, zabrałem ze sobą jeszcze cienki polar Quechua, cienki longsleeve Ronhill oraz wiatrówkowe spodnie HiMountain Atmos z bokserkami. Do kopletu doszła też wiatrówka Warmpeace Escape oraz nogawki Accenta.

Wiatrówkowa „góra” nie przydała się, nie wiało i nie padało. Obyłbym się też bez longsleeve-a. Wieczorami czasem zakładałem na koszulkę rowerową polar oraz zamiast spodenek rowerowych- bokserki i spodnie wiatrówkowe. W bokserkach też spałem. Nogawek nie użyłem.

Zestaw ubraniowy jest generalnie optymalny. Pozbędę się chyba tylko spodni wiatrówkowych. Tym razem po prostu pogoda była bardzo łaskawa. Zabrakło mi natomiast koszulki siateczkowej...

HIGIENA
Zabrałem szczoteczkę do zębów skróconą o połowę, koncentrat pasty do zębów Ajona, chusteczki nawilżone i mały kawałek mydła.

Wszystko się przydało. Zęby jak nauczyła mama myłem codziennie, po jeździe przecierałem się chusteczkami nawilżonymi. Raz, kiedy miałem okazję się umyć na polu namiotowym skorzystałem z mydła.

Zabrakło ręcznika, klapek i gąbki do porządnego umycia się na polu namiotowym. Zabrakło też antyperspirantu, mocno śmierdziałem na końcu.

KUCHNIA
Miałem lekki garnek aluminiowy z rączką, palnik (podróbkę MSR PocketRocket), SPORK-a STS i miniBica. Do tego 250g kartusz z gazem. Uzupełnieniem był bidon 08l.

Zestaw ten używałem tylko wieczorami do gotowania makaronu. Wykorzystywałem każdy element z listy. Kartusza nie wykorzystałem całego.

Palnik zmieniłbym na jakąś podróbkę składanego Cruxa, mój obecny bardzo ciężko gdzieś ułożyć w sakwie. Poza tym posiada mnóstwo ostrych krawędzi i zawsze obawiam się czy czegoś mi nie uszkodzi. Zabrakło lekkiej pokrywki aluminiowej.

BIWAK
Na majówce używałem nowy spinnakerowy tarp, pożyczony, puchowy śpiwór. Do tego folie NRC jako podłogę do namiotu oraz cienką alumatę.

Tarpa zdecydowanie należy rozstawiać w sposób dwuspadowy. Najsłabszym elementem sprzętu natomiast okazał się puchowy śpiwór. Był zdecydowanie za ciepły, za duży i za ciężki. Przy takich temp w nocy spokojnie wystarczyłaby moja malutka Quechua s15.

APTECZKA
Tu nie ma co się rozpisywać. Nic się nie przydało z czego się cieszę.

DROBIAZGI
Zabrałem mocną latarkę mactronica hls-k2-r. Niepotrzebnie. Stosując metodę włączania telefonu tylko wieczorami na chwilę spokojnie wytrzymałby dwa tygodnie bez ładowania. Aparat Canon a570is pozytywnie zaskoczył mnie wytrzymałością oraz jakością zdjęć. Bardzo często korzystałem z trybu manualnego, aby uchwycić ośnieżone szczyty. Zabrałem też ciężki i duży odtwarzacz MP3, bardzo umilał mi wieczory oraz długie podróże pociągiem. Nie przydały się też przezroczyste szkła do okularów i z nich całkowicie zrezygnuję.

PAKOWANIE
Saddlebag sprawdził się świetnie, tak samo jak tankbag. Nie mam zastrzeżeń do sakw. Plecak już projektuję nowy. Stary zużył się całkowicie. Niepotrzebnie zamiast butelek wziąłem bidon. Zwykłe butelki Pet sprawdzają się bardzo dobrze. Cieszę się też, że zabrałem ze sobą camelbacka, w trenie był bardzo przydatny. Korzystając z worka mogłem wręcz zrezygnować z bidonu i koszyka na bidon. Utrudniały tylko noszenie roweru w cięższym terenie.

NARZĘDZIA I CZĘŚCI ZAPASOWE
Zużyłem trzy dętki, sporo oleju do łańcucha, dwa komplety klocków hamulcowych. Przydał się też skuwacz, nie mi...koledze.

UBRANIA NA SOBIE
Generalnie zestaw w porządku, zauważyłem tylko, że coś buty się zaczynają sypać. Buff się nie przydał. G-Shock to niezniszczalny zegarek, jestem z niego bardzo zadowolony..

Podsumowując jestem coraz bliżej optymalnej listy sprzętowej. Brak mi tylko lekkiego śpiwora puchowego oraz dobrej kuchenki turystycznej. Po tym wypadzie również plecaka, który się szyje...   

Majówka 2012.

Tegoroczną majówkę spędziłem w górach, samotnie. Dziś przedstawiam tracki GPS z czterech, majowych dni oraz link do fotorelacji. Lada moment gotowa powinna być relacja.

Dzień pierwszy:


Dzień drugi:


Dzień trzeci:


Dzień czwarty:


FOTORELACJA

Podsumowanie statystyczne na szybko:
dst: 376.19 km
ilość podjazdów: 7344 m
Vmax: 64 km/h
Vśr: 18,73 km/h

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dwudniowy Harpagan.

Harpagan 43 w tym roku odbył się w dniach 20-22 kwiecień. Postanowiłem tym razem dojechać do bazy w Czarnej Wodzie rowerem z Gdyni. Ruszyłem w piątek z Gdyni Chwarzno kilka minut po 14:00. Z początku jechało mi się kiepsko. Nie mogłem wejść w rytm i zbyt szarpałem. Jechałem na nowym rowerze (ledwo co złożony) z nowym setem sakw i bagażu. Nie pasuje mi głównie nowe mocowanie siodełka. Nie można pochylić jego przodu na tyle, żeby było tak wygodnie jak na wcześniejszym zestawie. Po pierwszych 40km jednak w miarę się dopasowuję i wchodzę jako-tako w rytm. Siodełko jednak nie jest wygodnie ustawione i staję co jakiś czas żeby spróbować je ustawić inaczej. Dość szybko docieram do Żukowa.
Jadę sam, mimo to nie jest mi nudno, odzwyczaiłem się od słuchania muzyki w czasie jazdy, skupiam się jedynie na mijanych krajobrazach. A jest co oglądać! Krajobrazy Borów Tucholskich od zawsze bardzo mi się podobały: lasy, jeziora, a żeby nudno nie było od czasu do czasu krótki podjazd. Za Żukowem z nudnego asfaltu wjeżdżam w teren. Od razu wita mnie to co będzie prześladować kolejnego dnia: piasek. Niższe przełożenie i kendy komodo to jednak skuteczna broń przeciw niemu. Przed wjazdem do Przywidza zaliczam przyjemny zjazd wśród zielonych lasów następnie podjazd do samego miasteczka. W Przywidzu robię zakupy przy okazji których orientuję się, że lada moment wyjadę z obszaru objętego UMP-pcp w moim GPS-ie. Kiedyś miałem całą Polskę w swoim Legendzie, jednak mapa bardzo powoli się odświeżała. Pomyślałem, że może jeżeli załaduję tylko te części, które obejmują najbliższy obszar mojego zamieszkania i teren po którym zwykle jeżdżę to może trochę się to odświeżanie poprawi. Różnicy jednak wielkiej nie zaobserwowałem, o braku niektórych elementów mapy natomiast zapomniałem. I teraz sobie przypomniałem. Od Przywidza jadę więc na ślepo „na azymut”. W trakcie jazdy dzwoni do mnie Michał. Okazuje się, że pękł mu zacisk sztycy i teraz męczy się z wciąż opadającym siodełkiem. Jeśli przed jutrem tego nie naprawimy to jego start w tegorocznym Harpaganie stanie pod wielkim znakiem zapytania. Prosi o poszukanie i ewentualny zakup śruby z nakrętką, którą może da się całość jakoś skręcić. Niestety godz. 18:00 zbliża się nieubłaganie, ja natomiast jadę przez małe wioseczki, gdzie trudno o sklep z artykułami metalowymi. Finalnie niestety nie udało mi znaleźć nić pasującego. Dojeżdżam do Konarzyn gdzie kończy się asfalt i wjeżdżam na ostatnie 8km bardzo nieprzyjemnego bruku. Mocno mnie tam wytrzęsło. Dostaję informację od Michała, że już jest na miejscu, prosi też aby poprosić Szymona (który dopiero po 20:00 ma ruszyć samochodem z Gdańska) o poszukanie pasującego zacisku. Kilkadziesiąt minut po 19:00 melduję się w bazie rajdu w Czarnej Wodzie i witam się z Michałem.
Szykując rowery do wyścigu orientuję się, że przecież ławki na których się rozłożyliśmy są skręcane nakrętkami jakie są niezbędne Michałowi do naprawy zacisku! Wykręcamy dwie i Michał skręca całość. Oliwię też ponownie łańcuch bo jest już całkowicie suchy. Dzień wcześniej użyłem czerwonego FinishLina ale jak się okazało, olej ten jest tak badziewny, że nie wytrzymał na łańcuchu niecałych 150km w suchych warunkach. Michał na szczęście miał buteleczkę z zielonym olejem. Później poszedłem zapisać się na rajd, zanieśliśmy bagaże na salę gimnastyczną i poszliśmy na start trasy pieszej. Świetnie to wygląda, tyle ruszających się świecących czołówek.
Następnie już na lekko pojechaliśmy na brukową drogę, którą dostałem się do Czarnej Wody. Michał pojechał nią kawałek, żeby sprawdzić czy prowizoryczny zacisk trzyma. Okazało się, że wszystko jest w porządku, kluczowa była kontra jednej nakrętki drugą. W czasie kiedy odbywało się testowanie zacisku, ja napisałem sms-a do dziewczyny. Przy okazji okazuje się, że źle złożyłem kasetę i zapomniałem o jednej podkładce. Mimo solidnego jej przykręcenia niektóre zębatki luźno latają i hałasują na wybojach. Przynajmniej była pewność, że nic mi się nie rozkręci. Wróciliśmy na salę, zjedliśmy i położyliśmy się spać. Mimo tego, że miałem ze sobą tylko cieniutką alumatę, która nic miękkości nie dawała wyspałem się komfortowo. Mimo to chyba zakupię sobie na takie okazję materacyk pompowany. Letni syntetyczny śpiwór okazał się natomiast w pełni wystarczający na nocleg pod dachem.

dst: 124km
Vmax: 53.8km/h
T: 06:03

 Sobota zaczyna się dla nas już o 05:10. Pada. Nie...powinno być...LEJE. Nie nastraja mnie to optymistycznie, ponieważ nie mam ze sobą ubioru przeciwdeszczowego. Poza tym...co to za przyjemność z jazdy w deszczu?! Na szczęście wszystko wskazuje na to, że przestanie padać więc szykujemy się do jazdy. Następnie spotykamy się z Szymonem i Jackiem, którzy przyjechali jak spaliśmy, koło 00:00. Ostatnie poprawki i idziemy na miejsce rozdawania map. Przed samym startem rozpada mi się suwak od samodzielnie uszytego plecaka, szybko naprawiam go prowizorycznie agrafkami i odbieram mapę. Tym razem nie mam niestety mapnika, ostatni połamałem, a nie zrobiłem sobie nowego. Miałem mapę zamocować za pomocą shockcordów do lemondki. Linek niestety zapomniałem, musiałem odciąć linkę od plecaka i w taki sposób zamocować arkusz do roweru. Pełna prowizorka. Eh. Szybki rzut oka na mapę i ruszam. Wyjechałem chyba jako jeden z pierwszych, Szymon z Jackiem i Michał jeszcze się modlili nad mapą. Na punkt 9 docieram nie bez problemów. Wraz z dwoma innymi rowerzystami wjeżdżamy na teren prywatny gdzie wyskakują na nas cztery psy. Musieliśmy zsiąść z rowerów i powoli się wycofać za znak. Jak tylko wyszliśmy za wysokość znaku „Teren prywatny” psy dały nam spokój. Następnie już w większej grupce: m. in. z nowopoznanymi Piotrem i Radkiem ruszamy na punkt 17. Pada z przerwami, ja jadę tylko w przemakającej wiatrówce jednak woda całkiem ładnie się na niej perli, a nawet jeśli trochę przemaka, co czuję, to zatrzymuje wiatr i mimo, że mokry, jest mi ciepło. Gorzej jest z moim aparatem. Przestają działać w nim przyciski. Załącza się i robi zdjęcia, ale przyciski zoomu i inne nie działają. Chowam go więc do drybaga, w którym przezornie wiozłem również portfel i ubrania na zmianę. Dalej jedziemy na pk 2, ale tylko dlatego, że był po drodze do kolejnego „tłuściocha” czyli 14. Na 14 proponuję odpuścić sobie 8 i pojechać od razu na 16. Chłopaki zgadzają się i tak jedziemy. W trakcie jazdy odwiedzamy też sklep gdzie kupuję ciastka i coca-colę. Razem z tymi artykułami na Harpaganie zjadłem również 8 batonów, 7 bułek i dwa kabanosy co na moje oko jest bardzo dużo! Wypiłem 2l napoju i jeszczę 1.5l tej coli. Następnie 20 ->10 w większości po asfalcie. Z myślą właśnie o przelotach asfaltowych zamontowałem do roweru lemondkę. Jak się okazało, była zbędnym balastem ponieważ nie użyłem jej specjalnie. Pk 18, który zdobyliśmy jako kolejny po 10, znajdował się w Fojutowie. To był moim zdaniem najciekawszy punkt, znajdowała się tam wieża widokowa i sporo innych udogodnień turystycznych, niektóre jeszcze w budowie.
Później 6->12 i dalej do 4. Nawigacja jest dość łatwa, mimo, że kilka razy przegapiamy właściwy skręt. Na pk 4 mamy dużą zagwozdkę. Nie wiemy czy mimo tego, że do zamknięcia trasy zostało mało czasu, nie pokusić się jeszcze o 15. Ostatecznie decydujemy się odpuścić. O pewnego czasu męczyłem się z rozregulowującymi się sterami. Jakieś 4km przed metą, podczas kolejnego dokręcania kapsla by te luzy zlikwidować zrywam gwint w gwiazdce. Od tej pory muszę jechać bardzo powoli i ostrożnie. Ponieważ odpuściliśmy 15 mamy sporo czasu na powrót, który wykorzystuję na zrobienie zdjęć, aparat wysechł i działa poprawnie. Do Zzarnej Wody dostajemy się przez kładkę, którą wskazali nam lokalsi. Do mety dojeżdżamy 40 min przed limitem czasowym.
Zaraz później dojeżdża Szymon, później Jacek i dosłownie kilka minut przed 18:30 wpada na metę Michał. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i zbieramy się.
Fotka Turysty

 Zjedliśmy ciepły posiłek przygotowany przez organizatorów, zbieram swoje rzeczy i po przeproszeniu Michała, że nie mogę mu towarzyszyć kolejnego dnia w drodze do Gdańska, żegnam się i idę do samochodu Szymona, który zgodził się zabrać mnie i mój uszkodzony rower do Trójmiasta. Wielkie dzięki Szymonie i wybacz za ten cały syf, który opadł do Twojego bagażnika. W drodze do Gdańska zajeżdżamy jeszcze na ognisko uczestników wyprawki z forum podrozerowerowe.info Miło było mi Was zobaczyć i dziękuję za kiełbaskę! Szymon odstawia mnie na Gdańsk Oliwę gdzie czekam na SKM. Nie dość, że przyjechała spóźniona to jeszcze była cała zapchana. Kiedy podszedłem do konduktora, prosząc o bilet i informując, że nie mogę wsiąść obok przedziału służbowego, ten odpowiedział mi po chamsku, że nic go to nie obchodzi i tak biletu mi nie sprzeda bo musimy już odjeżdżać. Takiego zachowania nie powstydziłby się żaden prawdziwy komuch, których jak widać w spółce SKM nie brakuje. Porządnie zdenerwowany pobiegłem do ostatniego przedziału i z duszą na ramieniu jechałem licząc na to, że nie będę miał przyjemności spotkać kanarów. Ci wsiedli w Gdyni Orłowie. Jeden z nich podszedł do mnie, wyjaśniłem całą sytuację. Nie chciał nawet słuchać wyjaśnień i wskazał mnie swojemu koledze, który wypisywał mandaty innym spitym imprezowiczom. Ponieważ miał sporo pracy bo nie tylko ja jechałem bez biletu kolejka zdążyła dojechać do Redłowa gdzie przytomnie wysiadłem nie reagując na krzyki kanarów. Uznałem, że resztę drogi (do Stoczni) pokonam już pieszo (na rowerze nie mogłem jechać z takimi luzami na sterach). Takim kretynom i półgłówkom nie ma nawet co nic tłumaczyć bo chyba mają zwyczajnie „za daleko do łba”. Przez te przygody w domu byłem dopiero o 02:00 porządnie przemarznięty. Mimo to imprezę zaliczam do bardzo udanych. Udało mi się zobaczyć z Michałem, którego nie widziałem ze dwa lata. Na Harpaganie odwiedziłem 11 punktów zdobywając w sumie 36 punktów wagowych co dało mi 95 pozycję. Z wyniku jestem zadowolony, żałuję natomiast, że przez defekt nie mogłem pojeździć sobie trochę w niedzielę.
 dst: 156km
Vmax: 44.4km/h
Vśr: 18km/h
T: 08:41
Tpostoju: 02:32

 Więcej zdjęć TUTAJ