poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dwudniowy Harpagan.

Harpagan 43 w tym roku odbył się w dniach 20-22 kwiecień. Postanowiłem tym razem dojechać do bazy w Czarnej Wodzie rowerem z Gdyni. Ruszyłem w piątek z Gdyni Chwarzno kilka minut po 14:00. Z początku jechało mi się kiepsko. Nie mogłem wejść w rytm i zbyt szarpałem. Jechałem na nowym rowerze (ledwo co złożony) z nowym setem sakw i bagażu. Nie pasuje mi głównie nowe mocowanie siodełka. Nie można pochylić jego przodu na tyle, żeby było tak wygodnie jak na wcześniejszym zestawie. Po pierwszych 40km jednak w miarę się dopasowuję i wchodzę jako-tako w rytm. Siodełko jednak nie jest wygodnie ustawione i staję co jakiś czas żeby spróbować je ustawić inaczej. Dość szybko docieram do Żukowa.
Jadę sam, mimo to nie jest mi nudno, odzwyczaiłem się od słuchania muzyki w czasie jazdy, skupiam się jedynie na mijanych krajobrazach. A jest co oglądać! Krajobrazy Borów Tucholskich od zawsze bardzo mi się podobały: lasy, jeziora, a żeby nudno nie było od czasu do czasu krótki podjazd. Za Żukowem z nudnego asfaltu wjeżdżam w teren. Od razu wita mnie to co będzie prześladować kolejnego dnia: piasek. Niższe przełożenie i kendy komodo to jednak skuteczna broń przeciw niemu. Przed wjazdem do Przywidza zaliczam przyjemny zjazd wśród zielonych lasów następnie podjazd do samego miasteczka. W Przywidzu robię zakupy przy okazji których orientuję się, że lada moment wyjadę z obszaru objętego UMP-pcp w moim GPS-ie. Kiedyś miałem całą Polskę w swoim Legendzie, jednak mapa bardzo powoli się odświeżała. Pomyślałem, że może jeżeli załaduję tylko te części, które obejmują najbliższy obszar mojego zamieszkania i teren po którym zwykle jeżdżę to może trochę się to odświeżanie poprawi. Różnicy jednak wielkiej nie zaobserwowałem, o braku niektórych elementów mapy natomiast zapomniałem. I teraz sobie przypomniałem. Od Przywidza jadę więc na ślepo „na azymut”. W trakcie jazdy dzwoni do mnie Michał. Okazuje się, że pękł mu zacisk sztycy i teraz męczy się z wciąż opadającym siodełkiem. Jeśli przed jutrem tego nie naprawimy to jego start w tegorocznym Harpaganie stanie pod wielkim znakiem zapytania. Prosi o poszukanie i ewentualny zakup śruby z nakrętką, którą może da się całość jakoś skręcić. Niestety godz. 18:00 zbliża się nieubłaganie, ja natomiast jadę przez małe wioseczki, gdzie trudno o sklep z artykułami metalowymi. Finalnie niestety nie udało mi znaleźć nić pasującego. Dojeżdżam do Konarzyn gdzie kończy się asfalt i wjeżdżam na ostatnie 8km bardzo nieprzyjemnego bruku. Mocno mnie tam wytrzęsło. Dostaję informację od Michała, że już jest na miejscu, prosi też aby poprosić Szymona (który dopiero po 20:00 ma ruszyć samochodem z Gdańska) o poszukanie pasującego zacisku. Kilkadziesiąt minut po 19:00 melduję się w bazie rajdu w Czarnej Wodzie i witam się z Michałem.
Szykując rowery do wyścigu orientuję się, że przecież ławki na których się rozłożyliśmy są skręcane nakrętkami jakie są niezbędne Michałowi do naprawy zacisku! Wykręcamy dwie i Michał skręca całość. Oliwię też ponownie łańcuch bo jest już całkowicie suchy. Dzień wcześniej użyłem czerwonego FinishLina ale jak się okazało, olej ten jest tak badziewny, że nie wytrzymał na łańcuchu niecałych 150km w suchych warunkach. Michał na szczęście miał buteleczkę z zielonym olejem. Później poszedłem zapisać się na rajd, zanieśliśmy bagaże na salę gimnastyczną i poszliśmy na start trasy pieszej. Świetnie to wygląda, tyle ruszających się świecących czołówek.
Następnie już na lekko pojechaliśmy na brukową drogę, którą dostałem się do Czarnej Wody. Michał pojechał nią kawałek, żeby sprawdzić czy prowizoryczny zacisk trzyma. Okazało się, że wszystko jest w porządku, kluczowa była kontra jednej nakrętki drugą. W czasie kiedy odbywało się testowanie zacisku, ja napisałem sms-a do dziewczyny. Przy okazji okazuje się, że źle złożyłem kasetę i zapomniałem o jednej podkładce. Mimo solidnego jej przykręcenia niektóre zębatki luźno latają i hałasują na wybojach. Przynajmniej była pewność, że nic mi się nie rozkręci. Wróciliśmy na salę, zjedliśmy i położyliśmy się spać. Mimo tego, że miałem ze sobą tylko cieniutką alumatę, która nic miękkości nie dawała wyspałem się komfortowo. Mimo to chyba zakupię sobie na takie okazję materacyk pompowany. Letni syntetyczny śpiwór okazał się natomiast w pełni wystarczający na nocleg pod dachem.

dst: 124km
Vmax: 53.8km/h
T: 06:03

 Sobota zaczyna się dla nas już o 05:10. Pada. Nie...powinno być...LEJE. Nie nastraja mnie to optymistycznie, ponieważ nie mam ze sobą ubioru przeciwdeszczowego. Poza tym...co to za przyjemność z jazdy w deszczu?! Na szczęście wszystko wskazuje na to, że przestanie padać więc szykujemy się do jazdy. Następnie spotykamy się z Szymonem i Jackiem, którzy przyjechali jak spaliśmy, koło 00:00. Ostatnie poprawki i idziemy na miejsce rozdawania map. Przed samym startem rozpada mi się suwak od samodzielnie uszytego plecaka, szybko naprawiam go prowizorycznie agrafkami i odbieram mapę. Tym razem nie mam niestety mapnika, ostatni połamałem, a nie zrobiłem sobie nowego. Miałem mapę zamocować za pomocą shockcordów do lemondki. Linek niestety zapomniałem, musiałem odciąć linkę od plecaka i w taki sposób zamocować arkusz do roweru. Pełna prowizorka. Eh. Szybki rzut oka na mapę i ruszam. Wyjechałem chyba jako jeden z pierwszych, Szymon z Jackiem i Michał jeszcze się modlili nad mapą. Na punkt 9 docieram nie bez problemów. Wraz z dwoma innymi rowerzystami wjeżdżamy na teren prywatny gdzie wyskakują na nas cztery psy. Musieliśmy zsiąść z rowerów i powoli się wycofać za znak. Jak tylko wyszliśmy za wysokość znaku „Teren prywatny” psy dały nam spokój. Następnie już w większej grupce: m. in. z nowopoznanymi Piotrem i Radkiem ruszamy na punkt 17. Pada z przerwami, ja jadę tylko w przemakającej wiatrówce jednak woda całkiem ładnie się na niej perli, a nawet jeśli trochę przemaka, co czuję, to zatrzymuje wiatr i mimo, że mokry, jest mi ciepło. Gorzej jest z moim aparatem. Przestają działać w nim przyciski. Załącza się i robi zdjęcia, ale przyciski zoomu i inne nie działają. Chowam go więc do drybaga, w którym przezornie wiozłem również portfel i ubrania na zmianę. Dalej jedziemy na pk 2, ale tylko dlatego, że był po drodze do kolejnego „tłuściocha” czyli 14. Na 14 proponuję odpuścić sobie 8 i pojechać od razu na 16. Chłopaki zgadzają się i tak jedziemy. W trakcie jazdy odwiedzamy też sklep gdzie kupuję ciastka i coca-colę. Razem z tymi artykułami na Harpaganie zjadłem również 8 batonów, 7 bułek i dwa kabanosy co na moje oko jest bardzo dużo! Wypiłem 2l napoju i jeszczę 1.5l tej coli. Następnie 20 ->10 w większości po asfalcie. Z myślą właśnie o przelotach asfaltowych zamontowałem do roweru lemondkę. Jak się okazało, była zbędnym balastem ponieważ nie użyłem jej specjalnie. Pk 18, który zdobyliśmy jako kolejny po 10, znajdował się w Fojutowie. To był moim zdaniem najciekawszy punkt, znajdowała się tam wieża widokowa i sporo innych udogodnień turystycznych, niektóre jeszcze w budowie.
Później 6->12 i dalej do 4. Nawigacja jest dość łatwa, mimo, że kilka razy przegapiamy właściwy skręt. Na pk 4 mamy dużą zagwozdkę. Nie wiemy czy mimo tego, że do zamknięcia trasy zostało mało czasu, nie pokusić się jeszcze o 15. Ostatecznie decydujemy się odpuścić. O pewnego czasu męczyłem się z rozregulowującymi się sterami. Jakieś 4km przed metą, podczas kolejnego dokręcania kapsla by te luzy zlikwidować zrywam gwint w gwiazdce. Od tej pory muszę jechać bardzo powoli i ostrożnie. Ponieważ odpuściliśmy 15 mamy sporo czasu na powrót, który wykorzystuję na zrobienie zdjęć, aparat wysechł i działa poprawnie. Do Zzarnej Wody dostajemy się przez kładkę, którą wskazali nam lokalsi. Do mety dojeżdżamy 40 min przed limitem czasowym.
Zaraz później dojeżdża Szymon, później Jacek i dosłownie kilka minut przed 18:30 wpada na metę Michał. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i zbieramy się.
Fotka Turysty

 Zjedliśmy ciepły posiłek przygotowany przez organizatorów, zbieram swoje rzeczy i po przeproszeniu Michała, że nie mogę mu towarzyszyć kolejnego dnia w drodze do Gdańska, żegnam się i idę do samochodu Szymona, który zgodził się zabrać mnie i mój uszkodzony rower do Trójmiasta. Wielkie dzięki Szymonie i wybacz za ten cały syf, który opadł do Twojego bagażnika. W drodze do Gdańska zajeżdżamy jeszcze na ognisko uczestników wyprawki z forum podrozerowerowe.info Miło było mi Was zobaczyć i dziękuję za kiełbaskę! Szymon odstawia mnie na Gdańsk Oliwę gdzie czekam na SKM. Nie dość, że przyjechała spóźniona to jeszcze była cała zapchana. Kiedy podszedłem do konduktora, prosząc o bilet i informując, że nie mogę wsiąść obok przedziału służbowego, ten odpowiedział mi po chamsku, że nic go to nie obchodzi i tak biletu mi nie sprzeda bo musimy już odjeżdżać. Takiego zachowania nie powstydziłby się żaden prawdziwy komuch, których jak widać w spółce SKM nie brakuje. Porządnie zdenerwowany pobiegłem do ostatniego przedziału i z duszą na ramieniu jechałem licząc na to, że nie będę miał przyjemności spotkać kanarów. Ci wsiedli w Gdyni Orłowie. Jeden z nich podszedł do mnie, wyjaśniłem całą sytuację. Nie chciał nawet słuchać wyjaśnień i wskazał mnie swojemu koledze, który wypisywał mandaty innym spitym imprezowiczom. Ponieważ miał sporo pracy bo nie tylko ja jechałem bez biletu kolejka zdążyła dojechać do Redłowa gdzie przytomnie wysiadłem nie reagując na krzyki kanarów. Uznałem, że resztę drogi (do Stoczni) pokonam już pieszo (na rowerze nie mogłem jechać z takimi luzami na sterach). Takim kretynom i półgłówkom nie ma nawet co nic tłumaczyć bo chyba mają zwyczajnie „za daleko do łba”. Przez te przygody w domu byłem dopiero o 02:00 porządnie przemarznięty. Mimo to imprezę zaliczam do bardzo udanych. Udało mi się zobaczyć z Michałem, którego nie widziałem ze dwa lata. Na Harpaganie odwiedziłem 11 punktów zdobywając w sumie 36 punktów wagowych co dało mi 95 pozycję. Z wyniku jestem zadowolony, żałuję natomiast, że przez defekt nie mogłem pojeździć sobie trochę w niedzielę.
 dst: 156km
Vmax: 44.4km/h
Vśr: 18km/h
T: 08:41
Tpostoju: 02:32

 Więcej zdjęć TUTAJ

czwartek, 12 kwietnia 2012

Barbieri NANO- anorektyczna koleżanka rowerzysty.



Wiecie ile może ważyć seryjnie produkowana pompka rowerowa? 36 gram. To mniej niż połowa tabliczki czekolady.
Mowa o modelu Barbieri NANO. To lekkie dzieło sztuki wykonane jest z nylonu i aluminium. Kosztuje 49zł. Jeśli chcielibyśmy przeliczyć ile zapłacimy za kilogram, wyjdzie nam 1361zł.;) Prezentowane narzędzie jest naprawdę małe i lekkie. Nawet dla mnie, rowerzyście zakochanego w pojedynczych gramach.
Pompkę dostajemy zapakowaną w przezroczysty blister, dostarczana jest wraz z uchwytem mocowanym w otworach na bidon. Szybki rzut oka na przedmiot i można przyznać, że wykonanie jest dokładne, całość jest zwarta i sprawia wrażenie solidnej. W sumie jest się czym chwalić, czego nie omieszkali się zrobić Włosi umieszczając na głowicy dumny napis MADE IN ITALY. Otwór na wentyl, wykonany z aluminium, zasłaniany jest przez aluminiowy obrotowy pierścień, tłoczek wykonany jest z czarnego nylonu, a cylinder z nylonu o fakturze podobnej do carbonu. Producent zapewnia, że maksymalne ciśnienie jakie można nią otrzymać to 142 psi.
Pompowanie tą pompką terenowej opony 1.95’ nie należy do przyjemności. Głowica ma zaledwie 3cm, ledwo da się ją uchwycić w palcach, o przyszczypnięcie opuszków również nie trudno. Ponieważ pompka działa jednostronnie, a tłok jest dość wąski, musimy się nieźle namachać, żeby osiągnąć „robocze” ciśnienie umożliwiające dalszą jazdę. Pompowałem taką samą oponę 3 razy. Mogę uśrednić liczby i uznać, że wynik to ok. 300 cykli, zajmuje to ok. 4min. Całe szczęście, że cylinder ma szorstką fakturę, dłoń nie ślizga się podczas pompowania, średnica tłoka powoduje, że sama praca nie jest ciężka. Warto wspomnieć, że podczas pracy, dwa razy coś „strzeliło” w środku i tłok się blokował. Po kilku kolejnych, wymuszonych ruchach całość wracała do normy. Kiedy chciałem sprawdzić, co jest przyczyną takich objawów, odkryłem kolejne cechy narzędzia. Pompka jest całkowicie nierozbieralna, a nylon dość miękki.
Podsumowując, dla kogo jest koleżanka anorektyczka? Przede wszystkim dla osób jeżdżących daleko, jako pompka awaryjna. Na pewno nie warto jej używać jako podstawową. Jej waga i wymiary klasyfikują przedmiot jako jeden z tych, które podpinamy w uchwyty pod bidon, zapominamy i zdajemy sobie sprawę o tym, że wciąż tam jest kiedy złapiemy gumę. A jeśli ktoś chce jeszcze lżej, dostępna jest jeszcze bardzie wychudzona siostra wyżej przetestowanego modelu: NANA o wadze 29g, wykonana z tytanu i carbonu w cenie 80zł.

DODANO 14.05.2012: Już od jakiegoś czasu obawiałem się o działanie tej pompki, dlatego np. na górską majówkę zabrałem dużo cięższą, no name. Nano niestety ostatecznie wysiadła wczoraj. Przy pompowaniu szosowej dętki do wyższego ciśnienia coś strzeliło w środku i pompka zwyczajnie przestała działać. Teraz może być tylko ewentualnie jakąś grzechotką. Szkoda pieniędzy na taki jednorazowy sprzęt, dlatego odradzam zakup Barbieri Nano.

sobota, 7 kwietnia 2012

„Ubierz się w obicsłe, bo to warto mieć styl...”

Jeśli chodzi o ubrania na rower to przypominam sobie swoją historię, kiedy wybrałem się rowerem na Mazury. Drugiego dnia zaczęło padać i dopiero wtedy zorientowałem się, że nie mam kurtki przeciwdeszczowej. Jechałem mokry i z uśmiechem, ale nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będzie padać też drugiego i trzeciego dnia...Tego pamiętnego trzeciego dnia już się tak nie uśmiechałem. Jeśli więc o ubrania chodzi, to dla mnie, zawsze najważniejsze jest, żeby wszystko zabrać. Każdy przecież wie, że można jeździć na rowerze nawet w starych dresach i bawełnianym T-shirt-cie. Dlaczego więc polecam ubrania na rower kosztujące lekko licząc 150zł? Bo tak jest po prostu wygodniej...


Jazda w dedykowanym, kolarskim ubiorze jest o wiele wygodniejsza niż wszelkie półśrodki!

Najważniejsze- to co przy ciele.
Ubrania z materiałów, ogólnie nazywanych „techniczne”, biją na głowę wszystkie bawełniane koszulki. Dlaczego pomiędzy tymi materiałami jest taka różnica? Jadąc na rowerze człowiek się poci, szczególnie jak jest gorąco. Co wtedy dzieje się z naszym potem? Skrapla się na skórze, a później wsiąka w naszą koszulkę z bawełny. Mokra tkanina zachowuje się wtedy jak worek foliowy, który nasila proces pocenia się. A to nas odwadnia, tracimy przez to siły...Poza tym chłodzi się i każdy podmuch wiatru czujemy bardzo wyraźnie. Na końcu wreszcie nie wygląda to estetycznie, łapie brzydki zapach i gniecie się. Jak więc działa materiał techniczny? Przede wszystkim ściśle przylega do ciała. Nie nasiąka, ponieważ świetnie transportuje pot, występujący jeszcze w postaci pary wodnej, „na zewnątrz”. Finalnie, koszulka pozostaje sucha. Co więcej, jeśli tylko posiada np. jony srebra, nie łapie szybko zapachu potu, przez cały czas jazdy wygląda estetycznie, jest lżejsza niż bawełniana i nie gniecie się.
Ale materiał to nie wszystko. Co nam bowiem po koszulce ze świetnego materiału jeśli będzie beznadziejnie skrojona? Koszulka rowerowa wyprzedza także i pod tym względem wszelkie zwykłe T-shirt-y. Jak już sobie powiedzieliśmy jest przylegająca, więc nie „łopocze” na wietrze powodując niepotrzebne opory powietrza. Co więcej, najczęściej na plecach posiada trzy kieszonki, do których możemy schować lekką wiatrówkę, przekąskę na trasę czy klucze lub telefon komórkowy. Zdecydowanie polecam koszulki z trzema oddzielnymi kieszeniami niż z jedną zapinaną na suwak. Dobra koszulka powinna również posiadać na wewnętrznej stronie zakończeń rękawów specjalne silikonowe „stopery”, zapobiegają one podwijaniu się naszej koszulki podczas intensywnego pedałowania. Jeśli tylko dodamy do tego suwak pod szyją, który umożliwia termoregulację, otrzymujemy idealny ciuch na wycieczkę.


Silikonowe stopery na zakończeniach rękawów zapobiegają podwijaniu się ubrania podczas intensywnej jazdy.

Kilka z tych uwag tyczy się również kolejnego elementu naszego stroju. Spodenki rowerowe są, moim zdaniem, jeszcze ważniejsze niż opisana wyżej koszulka. Tak jak ona, spodenki również powinny być wykonane z materiału technicznego. Obcisłe, by zapobiec „łopotaniu” na wietrze oraz wyposażone w „stopery” na zakończeniach nogawek. Najważniejsze w nich jest jednak coś innego - wkładka, zwana potocznie „pampersem”.


Zaawansowana technologicznie wkładka w spodenkach kolarskich- nasz komfort na rowerze.

Wkładka ma za zadanie chronić nas przede wszystkim przed rozwojem bakterii oraz otarciami przy dłuższej jeździe. Wkładki są wykonane z zaawansowanych, antybakteryjnych materiałów i dzięki temu zapobiegają rozwojowi bakterii, co uchroni nas przed swędzeniem czy pieczeniem. Natomiast obtarcia powstają głównie przez wilgoć w pachwinach. Gąbkowa struktura wkładki pochłania wilgoć, dzięki temu nasza skóra pozostaje sucha. Polecam również stosowanie Sudocremu, aby dodatkowo zapobiec zjawisku obtarć. Na końcu, wkładka z racji na swoją grubość zwiększa komfort jazdy na twardych siodełkach. Jednak nie liczmy na cuda. Założenie spodenek z wkładką nie spowoduje nagłego zniknięcia bólu występującego po xxx km. W tej kwestii najważniejsze jest rozjeżdżenie.
Jeśli kogoś odrzucają obcisłe, lycrowe spodenki - i mówię tu głównie o mężczyznach - to w sprzedaży dostępne są luźne szorty posiadające dodatkowo odpinaną wewnętrzną bieliznę z wkładką. Komfort mamy więc zapewniony, a z zewnątrz nie wyglądamy jak „kosmici”. Można też zastosować specjalne bokserki z wkładką, na które zakładamy nasze ulubione spodnie.

Rękawiczki rowerowe zwiększają przede wszystkim pewność chwytu oraz podnoszą komfort jazdy na dłuższych dystansach, zapobiegając bolesnym odciskom na dłoniach. Zdecydowanie polecam takie, w których producent zastosował żelowe wkładki od dołu i siateczkę lub cienki materiał na górze. Uchwyt będzie miękki, z drugiej jednak strony dłonie nie będą nam się pocić. Rękawiczki powinny być dopasowane, z dodatkową opcją ściągnięcia ich w nadgarstku rzepem. Jeśli materiał kciuka to chłonna mikrofibra, będziemy mogli wygodnie przetrzeć spocone czoło, a pomiędzy palcami znajdzie się uchwyt do zdejmowania rękawiczek, to tą czynność będziemy mieli ułatwioną. Jak widać...diabeł tkwi w szczegółach.;)

Zajmijmy się teraz stopami. Jak wszystko do tej pory, także i skarpetki powinny być wykonane z materiałów „kosmicznych”. Jeśli do tego wybierzemy model typowo rowerowy, to stopy się nam nie przegrzeją, a wzmocnienia zapobiegną szybkiemu przecieraniu się naszych skarpetek. Jeśli chodzi o buty na rower to mamy dwa kierunki: platformy lub SPD. Platformy to najzwyklejsze, dostępne w sklepach pedały. Używając ich możemy jechać w zwykłych butach. Ważne, aby były wtedy dobrze wentylowane i miały sztywną podeszwę. Szczególnie ważna jest sztywność podeszwy, ponieważ pedałując w butach z podeszwą miękką po pewnym zaczniemy odczuwać ból stóp. Oczywiście zależy to również od samych pedałów, jednak punktowy, rytmiczny i silny nacisk wywoływany przez pedał na naszą, niechronioną przez grubą podeszwę, stopę skończy się bólem i dyskomfortem w czasie jazdy. System SPD natomiast to dedykowane pedały w które niejako wpina się buty za pośrednictwem specjalnych bloków. System ten umożliwia lepsze przenoszenie siły z naszych nóg na napęd roweru, lepszą kontrolę roweru na zjazdach oraz sprawniejsze podjeżdżanie- możemy wszak i pchać pedał w dół i ciągnąć go do góry. Oczywiście posiada też kilka wad: większość butów z blokami przytwierdzonymi do podeszwy nie pozwala na wygodne chodzenie, zła regulacja elementów systemu może natomiast doprowadzić do poważnych problemów z kolanami. Za swojej strony, jeśli tylko ktoś planuje „dłuższą” przygodę z rowerem oraz solidnie „przepracowany” sezon, polecam system SPD, nie ma co się martwić o to, że zapomnimy się wypiąć przy postoju. Umiejętność ta przychodzi szybko i staje się z biegiem czasu odruchowa i niezauważalna.


Takie bloki, wkręcone w podeszwę specjalnych butów, łączą nas z pedałami. Oto system SPD!

Kolejnym ważnym elementem ubioru rowerzysty są okulary. Chronią one nasze oczy nie tylko przed szkodliwymi promieniami UV, ale także przed owadami, piaskiem, gałęziami czy kamieniami. Trudne do wyobrażenia? Kamienie czy piach potrafią lecieć daleko i wysoko spod kół, a gałęzie pojawiają się na wysokości naszej twarzy w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego szybki okularów rowerowych powinny być większe niż zwykłych- właśnie dla lepszej ochrony. Okulary do jazdy na rowerze powinny przede wszystkim stabilnie leżeć na nosie i nie uwierać. Szkła okularów, wykonane najlepiej z poliwęglanu, powinny być wytrzymałe i bezodpryskowe; oprawki natomiast elastyczne i nie pękające przy najlżejszym uderzeniu. Bardzo ciekawym patentem, obecnie stosowanym przez producentów bardzo powszechnie, są wymienne szkła. Można dzięki temu łatwo zmienić okulary z przyciemnianych (kiedy mocno świeci słońce) na przezroczyste (jazda przy pochmurnej pogodzie), a nawet na pomarańczowe (wyostrzają one kontury, pomagają w czasie jazdy kiedy trochę się ściemni). Zdecydowanie warto zainwestować w okulary z filtrem UVA i UVB z prawdziwego zdarzenia. Okulary bez filtra tylko szkodzą. Powodują rozszerzanie się naszych źrenic, a przez to większy dostęp do naszych oczu szkodliwych promieni, których nijak nie blokują. Warto w sklepie sprawdzić czy okulary dobrze przylegają do naszej twarzy, jeśli tak jest, będą dobrze blokowały wiatr. Dla mnie to ważne, zawsze na szybkich zjazdach wiatr wyciska mi łzy z oczu i mało widzę.;)

Jeśli tylko jest ciepło, sam nie zakładam niczego na głowę. Nie lubię żadnych czapek czy chustek. Jeśli jednak, ktoś chciałby coś ubrać ma do dyspozycji: specjalne kolarskie czapeczki z charakterystycznie skierowanym do góry daszkiem; wszelkie wiązane chustki i apaszki; buffa, albo może...kask? Buff jest niesamowicie uniwersalną, elastyczną chustką, która może posłużyć za czapkę, opaskę lub kominiarkę.
Co do kasku natomiast...jedni nakazują, inni zalecają, jeszcze inni odradzają. Kiedyś jeździłem w kasku, ale przestałem. Głównie ze względu na jego wagę oraz to, że strasznie się pod nim pociłem. Nie da się ukryć jednak, że zwiększa on nasze bezpieczeństwo na drodze. Zakładać- nie zakładać? Polecam każdemu zastanowić się nad tym i zdecydować. Z pewnością wrócę do tego problemu w którymś artykule, teraz jednak zakładam swoje obcisłe spodenki i na przekór wszystkim żartom moich znajomych ruszam w trasę...bo tak wygodniej.;)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Tarp spinnaker.

Po wielu trudach udało mi się dostać w Polsce najlżejszą wersję impregnowanego nylonu ripstop (materiał potocznie zwany spinakerem z racji jego zastosowania). Jego gramatura to 32g/m2. Powstał z niego tarp o wymiarach 2.5x1.6m.



Miejsca mocowania odciągów wzmocnione są zielonym, mocniejszym i grubszym ripstopem. Cienkie czerwone linki regulowane są świetnymi Line Lockami.



Płachta wraz z odciągami waży 239g, do tego 8 śledzi w pokrowcu to 65g i podłoga czyli 62g folia NRC. Zwykle tarp będzie rozkładany w sposób pokazany na poniższych zdjęciach więc nie potrzeba masztów. Stanowić go będzie odwrócony rower. Dzięki temu schronienie do wagi ekwipunku doda jedynie 366g.