poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dwudniowy Harpagan.

Harpagan 43 w tym roku odbył się w dniach 20-22 kwiecień. Postanowiłem tym razem dojechać do bazy w Czarnej Wodzie rowerem z Gdyni. Ruszyłem w piątek z Gdyni Chwarzno kilka minut po 14:00. Z początku jechało mi się kiepsko. Nie mogłem wejść w rytm i zbyt szarpałem. Jechałem na nowym rowerze (ledwo co złożony) z nowym setem sakw i bagażu. Nie pasuje mi głównie nowe mocowanie siodełka. Nie można pochylić jego przodu na tyle, żeby było tak wygodnie jak na wcześniejszym zestawie. Po pierwszych 40km jednak w miarę się dopasowuję i wchodzę jako-tako w rytm. Siodełko jednak nie jest wygodnie ustawione i staję co jakiś czas żeby spróbować je ustawić inaczej. Dość szybko docieram do Żukowa.
Jadę sam, mimo to nie jest mi nudno, odzwyczaiłem się od słuchania muzyki w czasie jazdy, skupiam się jedynie na mijanych krajobrazach. A jest co oglądać! Krajobrazy Borów Tucholskich od zawsze bardzo mi się podobały: lasy, jeziora, a żeby nudno nie było od czasu do czasu krótki podjazd. Za Żukowem z nudnego asfaltu wjeżdżam w teren. Od razu wita mnie to co będzie prześladować kolejnego dnia: piasek. Niższe przełożenie i kendy komodo to jednak skuteczna broń przeciw niemu. Przed wjazdem do Przywidza zaliczam przyjemny zjazd wśród zielonych lasów następnie podjazd do samego miasteczka. W Przywidzu robię zakupy przy okazji których orientuję się, że lada moment wyjadę z obszaru objętego UMP-pcp w moim GPS-ie. Kiedyś miałem całą Polskę w swoim Legendzie, jednak mapa bardzo powoli się odświeżała. Pomyślałem, że może jeżeli załaduję tylko te części, które obejmują najbliższy obszar mojego zamieszkania i teren po którym zwykle jeżdżę to może trochę się to odświeżanie poprawi. Różnicy jednak wielkiej nie zaobserwowałem, o braku niektórych elementów mapy natomiast zapomniałem. I teraz sobie przypomniałem. Od Przywidza jadę więc na ślepo „na azymut”. W trakcie jazdy dzwoni do mnie Michał. Okazuje się, że pękł mu zacisk sztycy i teraz męczy się z wciąż opadającym siodełkiem. Jeśli przed jutrem tego nie naprawimy to jego start w tegorocznym Harpaganie stanie pod wielkim znakiem zapytania. Prosi o poszukanie i ewentualny zakup śruby z nakrętką, którą może da się całość jakoś skręcić. Niestety godz. 18:00 zbliża się nieubłaganie, ja natomiast jadę przez małe wioseczki, gdzie trudno o sklep z artykułami metalowymi. Finalnie niestety nie udało mi znaleźć nić pasującego. Dojeżdżam do Konarzyn gdzie kończy się asfalt i wjeżdżam na ostatnie 8km bardzo nieprzyjemnego bruku. Mocno mnie tam wytrzęsło. Dostaję informację od Michała, że już jest na miejscu, prosi też aby poprosić Szymona (który dopiero po 20:00 ma ruszyć samochodem z Gdańska) o poszukanie pasującego zacisku. Kilkadziesiąt minut po 19:00 melduję się w bazie rajdu w Czarnej Wodzie i witam się z Michałem.
Szykując rowery do wyścigu orientuję się, że przecież ławki na których się rozłożyliśmy są skręcane nakrętkami jakie są niezbędne Michałowi do naprawy zacisku! Wykręcamy dwie i Michał skręca całość. Oliwię też ponownie łańcuch bo jest już całkowicie suchy. Dzień wcześniej użyłem czerwonego FinishLina ale jak się okazało, olej ten jest tak badziewny, że nie wytrzymał na łańcuchu niecałych 150km w suchych warunkach. Michał na szczęście miał buteleczkę z zielonym olejem. Później poszedłem zapisać się na rajd, zanieśliśmy bagaże na salę gimnastyczną i poszliśmy na start trasy pieszej. Świetnie to wygląda, tyle ruszających się świecących czołówek.
Następnie już na lekko pojechaliśmy na brukową drogę, którą dostałem się do Czarnej Wody. Michał pojechał nią kawałek, żeby sprawdzić czy prowizoryczny zacisk trzyma. Okazało się, że wszystko jest w porządku, kluczowa była kontra jednej nakrętki drugą. W czasie kiedy odbywało się testowanie zacisku, ja napisałem sms-a do dziewczyny. Przy okazji okazuje się, że źle złożyłem kasetę i zapomniałem o jednej podkładce. Mimo solidnego jej przykręcenia niektóre zębatki luźno latają i hałasują na wybojach. Przynajmniej była pewność, że nic mi się nie rozkręci. Wróciliśmy na salę, zjedliśmy i położyliśmy się spać. Mimo tego, że miałem ze sobą tylko cieniutką alumatę, która nic miękkości nie dawała wyspałem się komfortowo. Mimo to chyba zakupię sobie na takie okazję materacyk pompowany. Letni syntetyczny śpiwór okazał się natomiast w pełni wystarczający na nocleg pod dachem.

dst: 124km
Vmax: 53.8km/h
T: 06:03

 Sobota zaczyna się dla nas już o 05:10. Pada. Nie...powinno być...LEJE. Nie nastraja mnie to optymistycznie, ponieważ nie mam ze sobą ubioru przeciwdeszczowego. Poza tym...co to za przyjemność z jazdy w deszczu?! Na szczęście wszystko wskazuje na to, że przestanie padać więc szykujemy się do jazdy. Następnie spotykamy się z Szymonem i Jackiem, którzy przyjechali jak spaliśmy, koło 00:00. Ostatnie poprawki i idziemy na miejsce rozdawania map. Przed samym startem rozpada mi się suwak od samodzielnie uszytego plecaka, szybko naprawiam go prowizorycznie agrafkami i odbieram mapę. Tym razem nie mam niestety mapnika, ostatni połamałem, a nie zrobiłem sobie nowego. Miałem mapę zamocować za pomocą shockcordów do lemondki. Linek niestety zapomniałem, musiałem odciąć linkę od plecaka i w taki sposób zamocować arkusz do roweru. Pełna prowizorka. Eh. Szybki rzut oka na mapę i ruszam. Wyjechałem chyba jako jeden z pierwszych, Szymon z Jackiem i Michał jeszcze się modlili nad mapą. Na punkt 9 docieram nie bez problemów. Wraz z dwoma innymi rowerzystami wjeżdżamy na teren prywatny gdzie wyskakują na nas cztery psy. Musieliśmy zsiąść z rowerów i powoli się wycofać za znak. Jak tylko wyszliśmy za wysokość znaku „Teren prywatny” psy dały nam spokój. Następnie już w większej grupce: m. in. z nowopoznanymi Piotrem i Radkiem ruszamy na punkt 17. Pada z przerwami, ja jadę tylko w przemakającej wiatrówce jednak woda całkiem ładnie się na niej perli, a nawet jeśli trochę przemaka, co czuję, to zatrzymuje wiatr i mimo, że mokry, jest mi ciepło. Gorzej jest z moim aparatem. Przestają działać w nim przyciski. Załącza się i robi zdjęcia, ale przyciski zoomu i inne nie działają. Chowam go więc do drybaga, w którym przezornie wiozłem również portfel i ubrania na zmianę. Dalej jedziemy na pk 2, ale tylko dlatego, że był po drodze do kolejnego „tłuściocha” czyli 14. Na 14 proponuję odpuścić sobie 8 i pojechać od razu na 16. Chłopaki zgadzają się i tak jedziemy. W trakcie jazdy odwiedzamy też sklep gdzie kupuję ciastka i coca-colę. Razem z tymi artykułami na Harpaganie zjadłem również 8 batonów, 7 bułek i dwa kabanosy co na moje oko jest bardzo dużo! Wypiłem 2l napoju i jeszczę 1.5l tej coli. Następnie 20 ->10 w większości po asfalcie. Z myślą właśnie o przelotach asfaltowych zamontowałem do roweru lemondkę. Jak się okazało, była zbędnym balastem ponieważ nie użyłem jej specjalnie. Pk 18, który zdobyliśmy jako kolejny po 10, znajdował się w Fojutowie. To był moim zdaniem najciekawszy punkt, znajdowała się tam wieża widokowa i sporo innych udogodnień turystycznych, niektóre jeszcze w budowie.
Później 6->12 i dalej do 4. Nawigacja jest dość łatwa, mimo, że kilka razy przegapiamy właściwy skręt. Na pk 4 mamy dużą zagwozdkę. Nie wiemy czy mimo tego, że do zamknięcia trasy zostało mało czasu, nie pokusić się jeszcze o 15. Ostatecznie decydujemy się odpuścić. O pewnego czasu męczyłem się z rozregulowującymi się sterami. Jakieś 4km przed metą, podczas kolejnego dokręcania kapsla by te luzy zlikwidować zrywam gwint w gwiazdce. Od tej pory muszę jechać bardzo powoli i ostrożnie. Ponieważ odpuściliśmy 15 mamy sporo czasu na powrót, który wykorzystuję na zrobienie zdjęć, aparat wysechł i działa poprawnie. Do Zzarnej Wody dostajemy się przez kładkę, którą wskazali nam lokalsi. Do mety dojeżdżamy 40 min przed limitem czasowym.
Zaraz później dojeżdża Szymon, później Jacek i dosłownie kilka minut przed 18:30 wpada na metę Michał. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i zbieramy się.
Fotka Turysty

 Zjedliśmy ciepły posiłek przygotowany przez organizatorów, zbieram swoje rzeczy i po przeproszeniu Michała, że nie mogę mu towarzyszyć kolejnego dnia w drodze do Gdańska, żegnam się i idę do samochodu Szymona, który zgodził się zabrać mnie i mój uszkodzony rower do Trójmiasta. Wielkie dzięki Szymonie i wybacz za ten cały syf, który opadł do Twojego bagażnika. W drodze do Gdańska zajeżdżamy jeszcze na ognisko uczestników wyprawki z forum podrozerowerowe.info Miło było mi Was zobaczyć i dziękuję za kiełbaskę! Szymon odstawia mnie na Gdańsk Oliwę gdzie czekam na SKM. Nie dość, że przyjechała spóźniona to jeszcze była cała zapchana. Kiedy podszedłem do konduktora, prosząc o bilet i informując, że nie mogę wsiąść obok przedziału służbowego, ten odpowiedział mi po chamsku, że nic go to nie obchodzi i tak biletu mi nie sprzeda bo musimy już odjeżdżać. Takiego zachowania nie powstydziłby się żaden prawdziwy komuch, których jak widać w spółce SKM nie brakuje. Porządnie zdenerwowany pobiegłem do ostatniego przedziału i z duszą na ramieniu jechałem licząc na to, że nie będę miał przyjemności spotkać kanarów. Ci wsiedli w Gdyni Orłowie. Jeden z nich podszedł do mnie, wyjaśniłem całą sytuację. Nie chciał nawet słuchać wyjaśnień i wskazał mnie swojemu koledze, który wypisywał mandaty innym spitym imprezowiczom. Ponieważ miał sporo pracy bo nie tylko ja jechałem bez biletu kolejka zdążyła dojechać do Redłowa gdzie przytomnie wysiadłem nie reagując na krzyki kanarów. Uznałem, że resztę drogi (do Stoczni) pokonam już pieszo (na rowerze nie mogłem jechać z takimi luzami na sterach). Takim kretynom i półgłówkom nie ma nawet co nic tłumaczyć bo chyba mają zwyczajnie „za daleko do łba”. Przez te przygody w domu byłem dopiero o 02:00 porządnie przemarznięty. Mimo to imprezę zaliczam do bardzo udanych. Udało mi się zobaczyć z Michałem, którego nie widziałem ze dwa lata. Na Harpaganie odwiedziłem 11 punktów zdobywając w sumie 36 punktów wagowych co dało mi 95 pozycję. Z wyniku jestem zadowolony, żałuję natomiast, że przez defekt nie mogłem pojeździć sobie trochę w niedzielę.
 dst: 156km
Vmax: 44.4km/h
Vśr: 18km/h
T: 08:41
Tpostoju: 02:32

 Więcej zdjęć TUTAJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz