piątek, 25 stycznia 2013

Zimą też można!

Ponieważ w podsumowaniu roku 2012 żałowałem, że mało jeździłem zimą, teraz (w 2013) staram się łapać każdy wyjazd organizowany przez znajomych. Tym razem, pomysł rzucił Turysta. Chciał pojeździć trochę bocznymi drogami na Kaszubach oraz podjechać Wieżycę zimą. Jak się później okazało, do nas dwóch, w Kościerzynie, dołączyć miały jeszcze cztery osoby z Poznania. Również znajomi z forum...urządzili sobie weekendowy wyjazd (z noclegiem zimowym w namiocie!).

Skąd w ogóle moje napięcie na zimową jazdę? To kwestia warunków. Jeśli będę jeździł zimą, kiedy panuje niska temp. wieje przenikliwy wiatr, nierzadko sypie, szybko zapada zmrok, jest mokro...do tego jeszcze na drogach jest lód, w lasach zalega śnieg, a na postojach błyskawicznie się wychładzam; będzie mi dużo łatwiej wiosną czy latem, kiedy warunki nie będą tak niesprzyjające. Przynajmniej chce w to wierzyć. To jest tak, jak z przełajami. Jeśli szosowiec czy jeżdżący MTB kolarz, poza sezonem ściga się w przełajach, to jest mocny. Zwyczajnie...ma mocna łydkę, lepsza technikę, jest odporny na niesprzyjające warunki, niewygody i ma mocniejsza pschę. Przydaje się? Ano przydaje...szczególnie na wyprawach i długich dystansach.

Wróćmy jednak do samej wycieczki. Plan był taki, żeby do Kościerzyny pojechać szynobusem. Do Trójmiasta wrócić natomiast  na kołach. Znów przed wyjazdem spać poszedłem późno. Nigdy chyba się nie nauczę, żeby wyspać się solidnie przed trasa. Wstałem o 06:30, ubrałem się,  wziąłem plecak, rower i pojechałem na dworzec. Po drodze jeszcze zajechałem do sklepu po śniadanie, później do bankomatu, kupiłem bilet i chwile później siedziałem już w pociągu słuchając Metallici. Ostatnio, zawsze przed rowerem ich słucham...taki must-be.  Na stacji w Osowie dosiadł się Turysta i już razem, gawędząc o sprzęcie i trasie dojechaliśmy do Kościerzyny. W mieście pojechaliśmy do sklepu i tam tez poczekaliśmy na ekipę poznańską, która dojechała w niedługim czasie. Ruszyliśmy...i powiem tak...piękne krajobrazy i dużo za gorąco, jechało się łatwiej niż mogłem przypuszczać. Boczne drogi były ubite, dlatego też odcinek do Gołubia, który swoja droga pokonaliśmy piękna droga biegnącą nasypem kolejowym, pokonaliśmy szybko. Widoki z nasypu, który miejscami wznosił się dość wysoko ponad łąki był niesamowity. Obiecałem sobie, że przyjadę tu też wiosną czy latem. Kolejny odcinek, po skręcie w prawo na Szymbark, zmuszeni byliśmy w większości pchać. Kopny, dość głęboki śnieg uniemożliwiał jazdę, choć Jacek usilnie starał się jechać, co nawet mu wychodziło. Później jeszcze kawałek przez sam Szymbark i odpoczęliśmy chwile na parkingu pod Wieżycą, czyli w zasadzie...głównym punktem naszej wycieczki. Rzut oka na ścieżkę prowadzącą na szczyt i już wiedzieliśmy, że podjedziemy całość. Nie przeliczyliśmy się i chwile później cieszyliśmy się na szczycie z podjazdu. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i grupa weszła na wieżę widokowa. Co ciekawe, mimo śniegu i mrozu, wieża była otwarta, a w budce siedział Pan i kasował po 5zł. Ja, ponieważ już byłem tam dwa razy, odpuściłem sobie tą przyjemność (choć teraz, jak oglądam zdjęcia- trochę żałuję, oszronione drzewa oglądane z góry musiały prezentować się pięknie!). Później jeszcze chwilę odpoczęliśmy i zjechaliśmy w dół rozpoczynając trasę, ku Gdańsku. Wszak grupa poznańska musiała zdążyć na pociąg! Łatwo nie było, bo zaraz po zjeździe natknęliśmy się na rozpalone ognisko. Jakby specjalnie dla nas, zamiast wiec nadrabiać czas przeznaczony na Wieżycy na oglądanie krajobrazów, ogrzaliśmy się przy płomieniach, Michał wyciągnął kiełbaskę, Przemek tosty z serem, a ja rozmrażałem bidon (w Gdyni niestety nie mam swojego termosu, a w bidonach picie szybko zamarzało- pod koniec wyjadałem "lody" łyżeczką:-) . Zbyt długo siedzieć nie mogliśmy, ruszyliśmy wiec dalej. Do Klonowa Dolnego (krajobrazy jakby w górach!) przez Nową Hutę prowadziła całkiem dobra, ubita droga, dopiero na zjeździe pojawiły się drobne problemy ze śniegiem. W Kolonowie urządziliśmy sobie jeszcze popas na herbatę. Przecież mieliśmy dużo czasu.J Zajęliśmy luksusowa miejscówkę na przystanku autobusowym. Po ciepłej herbatce znów wsiadamy na nasze rumaki i pędzimy do jeziora Głębokiego. Tam w zasadzie zaczyna się rozkmina nad dalszą trasą. Mamy mało czasu do pociągu (ja do tego mam jeszcze spotkanie) więc decydujemy się ostatecznie jechać pewną, odśnieżoną i ubitą drogą do Nowej Wsi Przywidzkiej, trochę na około, ale za to pewną drogą. Kolejna okazja by nadrobić trochę czasu trafiła się „skrótem” przez las z Marszewa do Czapielska. Michał popędził w dół po śladzie i nadrobił trochę w pionie, my w tym czasie urządziliśmy sobie kolejny postój gdzie Przemek znów coś fotografował...dziwnym trafem znów na leżąco, czyżby tak zwyczajnie lubił? Do samej Przyjaźni dojechaliśmy bez problemów, natomiast we wsi był lekki zjazd gdzie na lodzie zaliczam pięknego szlifa po uśliźnięciu się przedniego koła. Zaraz za mną leci Jacek...jak to w „peletonie”. Nic się nikomu nie stało, kontynuujemy więc nasz „pościg z czasem”. Do Gdańska dostajemy się przez Otomin (gdzie kończy się „naturalne światło”), w świetle lampek meldujemy się na dworcu Gdańsk Główny. Żegnamy się, Turysta jedzie do domu na kołach, ja do Gdyni SKM, a grupa poznańska czeka na swój pociąg na dworcu. Jak się później dowiedzieliśmy, dotarli do siebie bez przygód (a to z PKP nieczęste).

Na tą wycieczkę zdecydowałem się ubrać spodnie narciarskie. Powiem tak, ponieważ one są dość wysokie, było mi dużo za gorąco w okolicach pasa, natomiast w same nogi było akurat. Na górę ubrałem standardowy zestaw, koszulkę termiczną, polar i kurtkę rowerowa (nieoddychającą). Nie licząc przystanków, było ok. Wziąłem trochę za lekkie rękawiczki i w palce było mi chłodno, natomiast na stopy ubrałem wysokie buty trekkingowe i ochranicze (te głównie z uwagi na ochronę butów przed brudem). Zamiast podsiodłówki wziąłem plecak, który moim zdaniem lepiej sprawdza się zimą, ociepla plecy. Poza tym, podsiodłówka wciąż leży nieskończona.

Taka oto trasa jechaliśmy (na szczęście wziąłem dwa komplety baterii do GPS-a, bo ponieważ były marnej jakości to na mrozie szybko padły, zdecydowanie warto inwestować w eneloopy).

A tutaj KILKA ZDJĘĆ (w relacji użyłem dwa zdjęcia Turysty).

Dzięki wszystkim za miły wypad i do następnego!

wtorek, 15 stycznia 2013

Chciałem spróbować...spróbowałem.

Rzecz tyczy się przebiegnięcia wreszcie dłuższego dystansu. Zaplanowałem sobie półmaraton. Pora roku taka średnia, bo akurat napadało sporo śniegu i temp. spadła lekko poniżej zera.
...

Nic to, pomyślałem. Na nikogo i na nic nie muszę się oglądać, pobiegnę. Może wrócę o własnych siłach.
...

Trasę miałem wyznaczoną, wrzuciłem do eTrexa. GPS-a natomiast do nerki. Dopakowałem jeszcze magnez w fiolce (boję się skurczy jak mało czego...), 20zł na wszelki wypadek (może trzeba będzie wracać taxi, albo kupić coś do jedzenia?) oraz czołówkę ponieważ nie wiedziałem, o której przyjdzie mi wracać. Do bidonu wlałem 0.5l carbo. Nałożyłem na siebie długie spodnie (legginsy), koszulkę z długim rękawem i na to bluzę. Do kieszonki bluzy schowałem telefon (planowałem robić zdjęcia, więc chciałem go mieć łatwo dostępnego). Czapka na głowę, Salomony na nogi. Na uszy założyłem słuchawki od iPoda i ruszyłem.

Wybiegłem około 13:30. Najpierw chwilka żeby GPS złapał fixa, wyzerowałem i wio w las! Biegłem udeptaną ścieżką, więc śniegu w butach na tym etapie nie doświadczyłem. Mijałem natomiast wielu spacerowiczów (nawet pary z dziećmi w wózakch!) oraz ludzi z nartami biegowymi. Nie dziwię się im, las jest piękny! Ośnieżony. Czarne drzewa świetnie kontrastują z białym puchem. Dość dobrym tempem (w rytmach Gossip) dotarłem do kładki nad Estakadą, lekko kląc na śliski, udeptany śnieg. Nie mogłem przyłożyć pełnej siły do wybicia bo stopa uślizgiwała się do tyłu. Na kładce widok nie powalił tym razem, Gdynia schowała się we mgle...ruszyłem wiec dalej dobiegając finalnie do ul. Swarzewskiej na Chylonii. Tutaj już musiałem wyjąc eTrexa z nerki i biec wpatrując się w mapę na ekranie (niewygodnie). Kiedy przez kilka skrzyżowań przedostałem się na Marszewską (grała wtedy Metallica), GPS-a schowałem i rozpocząłem w zasadzie najgorszy etap wycieczki. Niestety wzdłuż Marszewskiej nie ma chodnika, całe pobocze zasypane, a ponieważ jezdnia wąska, to co raz musiałem wskakiwać w głęboki śnieg, by samochody mogły się minąć. Taki slalom na szczęście nie trwał długo ponieważ po jakiś 4km skręciłem znów w las i zacząłem powrót. Leśny powrót z Marszewa okazał się natomiast chyba najpiękniejszym etapem wycieczki. Piękny las, dziewicza droga (co prawda biegłem w kopnym śniegu do połowy łydek) no i zacząłem rozumieć, że dłuższe dystanse to chyba to. Miałem na liczniku około 16km, dawno przekroczyłem swój dotychczasowy kilometraż 11km na wybieganie, czułem się świetnie, nogi niosły, spokojnie oddychałem nosem. Innymi słowy, dopiero wszedłem w rytm. Wróciłem na Chylonię, buty i skarpetki, mimo że przemoczone, nie chłodziły stóp. Dobiegłem do Morskiej i wróciłem pod akademik w naprawdę dobrym stanie, uśmiechnięty od ucha do ucha. Miałem na liczniku 21.49km. Zostało mi jeszcze trochę picia, biegło się ok., poza tym nabrałem ochoty na zapiekankę. Zdecydowałem dobiec jeszcze 10km trasą na bulwar. Na bulwarze o tej porze tradycyjnie sporo biegaczy. W drodze powrotnej, kiedy na GPS-ie było ok. 26km zaczęły się problemy. Tempo siadło, nogi zaczęły boleć, szczególnie łydki, prawa stopa też. „Nie jest dobrze”- pomyślałem. Z ulgą dotarłem do budki z zapiekankami, zamówiłem z sosem czosnkowo-paprykowm, opyliłem na miejscu, popiłem resztką carbo i z bólem wróciłem do akademika.

 
Wycieczka dała do myślenia, przede wszystkim dystans maratoński jest zdecydowanie poza moim zakresem. Nigdy nie łudziłem się, że byłbym w stanie pobiec maraton i skończyć go w dobrym stanie, ale ta wycieczka dała mi do zrozumienia, że żeby ukończyć musiałbym iść dobry kawał...a takiego czegoś wolałbym uniknąć.

Cóż...wszystko przede mną. A takie weekendowe wycieczki biegowe wejdą zapewne na stałe do mojego planu tygodnia. Polecam i Wam!

PS Nie wziąłem rękawiczek i kiedy wiało w twarz, dłonie mi podmarzały. Do tego moja czałówka (hls-k2r) może i jest dobra na całonocnego Harpagana, ale nie sprawdza się w roli awaryjnej, mocnej czołówki na dokończenie biegu po nocy. W tej roli widziałbym fenixa hl21. Tylko czy naprawdę potrzebuję dwóch czołówek?

niedziela, 6 stycznia 2013

To nie ja...

To wszystko przez nich. To ich wina, ja nic nie wiedziałem, nie byłem świadomy. Szanowna komisjo. Tak wiem, że za składanie fałszywych zeznań...dobrze, to było tak, po kolei:

Zbiórkę mieliśmy na 08:30 przy Dworcu Gdańsk Główny. G. i ja spóźnieliśmy się ponieważ z Gdyni do Gdańska jechaliśmy SKM-ką. Tak wiem, bardzo źle zrobiliśmy. Pownniśmy z Gdyni ruszyć rowerami, bezwzględnie. Niezależnie od pory, temperatury i pogody. Wiem, ale to akurat G. on mnie namówił, ja nie byłem świadomy, że źle robię. Tam czekali już Giovanni i Turysta. Przywitaliśmy się i Giovanni poprowadził nas przez Gdańsk. Tutaj to akurat jego wina, on prowadził nas drogą z zakazem dla rowerów. W zasadzie ich...zmusili mnie. Dość szybko wyjechaliśmy z Gdańska jadąc m. in. obok rafinerii, gdzie ogromne wrażenie zrobiły na mnie płomienie wydobywające się z "komina" (nie wiem jak to nazwać...szyb...nie jestem po AGH :P). Drogi boczne, więc nawierzchnia była różna. Ale to nie ja planowałem trasę trasę, pojechałem na szosówce pewny, że asfalty będą dobre na ten rodzaj roweru. A że nie były, no to nie moja wina...Tym sposobem dość szybko dostaliśmy się do mostu na "siódemce". Prom w Świbnie niestety nie pływa w zimie. I tu znowu...wiem...źle zrobiliśmy...tam też jest zakaz dla rowerów. To akurat Turysta prowadził, ja nic do powiedzenia nie miałem...próbowałem im przetłumaczyć. Pierwsze ciekawostki zobaczyłem w Drewnicy, domy o szachulcowej konstrukcji oraz zwodzony most na Szkarpawie. Do Mikoszewa jechaliśmy prosto pod wiatr, ale jakoś specjalnie ciężko nie było. W czasie jazdy pogadałem trochę z chłopakami: z Turystą o Harpaganie m. in., z Giovannim o sakwie podsiodłowej, z G. już nie pamiętam.:D W Stegnie zrobiliśmy sobie postój pod sklepem. Tam to już była wina G. zdecydowanie. On namówił mnie, żeby kupić tak drogie ciastka, w zasadzie to on mnie ZMUSIŁ. Wjechaliśmy w całkiem przyjemny lasek, po drodze nam trochę popadywało, więc i asfalt trochę się mokry zrobił. Mijaliśmy Sztutowo z muzeum Sttuthof. To, że go nie zwiedziliśmy- tak popełniliśmy przestępstwo. Ale to znów nie ja...to Turysta tak pędził, my za nim. To on. W Kątach Rybackich niejako oficjalnie wjechaliśmy na mierzeję. Wyszło nam słońce, zrobiło się trochę cieplej, asfalt wysechł i ładne widoki się zrobiły. Mi szczególnie podobały się  rozległe połacie trzciny oświetlone promieniami słońca. Później już tylko kawałek i wjechaliśmy do Krynicy Morskiej. Najpierw podjechaliśmy tam na molo, później zajechaliśmy pod latarnię. Wiem...powinienem  pojechać pod latarnię w sezonie, wtedy kiedy będzie otwarta i wezmę sobie pieczątkę i zwiedzę, a nie teraz. Ale to nie ja ustalałem termin, to Giovanni. Pod latarnią Giovanni uznał, że on już będzie powoli wracał, bo nie czuje się w formie. My natomiast podjedziemy sobie na Wielbłądzi Garb. Najwyższe wzniesienie mierzei. Tak też zrobiliśmy. Widok ze szczytu bardzo przypadł mi do gustu. Natomiast kolejne oskarżenie...jazda szosówką pod górę leśną ścieżką. Nie, nie przyznaję się. To wina G. on powiedział, że jak nie podjadą to będzie się śmiał. Nie mogłem mu zwyczajnie dać tej satysfakcji.

Powrót przebiegł nam natomiast tą samą trasą. Trochę pod wiatr, końcówka w nocy. Podjechaliśmy jeszcze na sam koniec na Długą, przepięknie oświetloną. Ogólnie było spokojnie, troszkę zimno i trochę brudno.
(A teraz kiedy komisja już nie słyszy:
to wszystko moja wina...
-wstać z rana i jechać rowerem to mi się nie chciało,
-na jazdę drogami z zakazem się wszyscy zgodzili, a ja, dodatkowo, sobie nic z tego nie robię i jeżdże nawet autostradami, mam to gdzieś,
-nie przeszkadzała mi nawierzchnia pod szosę, i tak jeżdżę nią w terenie bo...lubię i mam gdzieś co powiedzą szosowcy "z zasadami")
-ciastka kupiłem drogie bo chciaaaałem!,
-Stutthof nie zwiedziłem bo nienawidzę łazić po takich nudach,
- na latarnię pojadę sobie jeszcze raz, a termin wyjazdu byś świetny, kolejnego dnia (w niedzielę) już padało.)

Innymi słowy...mam nadzieję, że nikt się nie obraził. Dziekuję całej Trójce za towarzystwo w trasie i do zobaczenia na kolejnej wycieczce!



wtorek, 1 stycznia 2013

Podsumowanie 2012 roku.


Rok 2012 roku można już uznać za historię. Sądzę więc, że czas najwyższy spojrzeć wstecz i podsumować minione 365 dni. Będziemy sobie czytać...znaczy Wy będziecie, w akompaniamencie zdjęć i video z Sylwestra. Tak jak w roku zeszłym przyznawałem ocenę 1-10, tak zrobię i teraz. Zaczynając od początku:


ROWER
W zimie jeździłem zdecydowanie mniej niż w zeszłym roku, jedynie po mieście. żadnych dłuższych tras. Szkoda. Również w tym roku tras powyżej 200km jak na lekarstwo. Jedynie 3. Muszę jednak zauważyć, że jedna z nich 296km zakrawa o 300-ę, do tego była to wymagająca, górzysta trasa nocna Dookoła Tatr. Jestem z niej bardzo dumny. Biorąc jednak pod wzgląd ogólny kilometraż to jest zdecydowanie lepiej niż w zeszłym roku, sporo przejechałem w ramach przygotowań do Transalpu. Majówkę w naszych polskich górach również zorganizowałem sobie z myślą o terenowych szlakach.Wraz z Michałem wybrałem sie później na wakacyjną wyprawę w Alpy. Przez 21 dni pojeździliśmy sobie trochę po terenie. Miałem też kilka fajnych wycieczek z poznanymi przez forum osobami z Trójmiasta.

ZAWODY
Wziąłem udział w dwóch edycjach Harpagana, gdzie poznałem świetnych ludzi, z którymi cały czas utrzymuję kontakt. Do tego pobiegłem w tym roku trzy „dyszki”. Czasu z roku 2011r. nie poprawiłem, ale na jednej zająłem II miejsce w mojej kategorii wiekowej. Na rajdzie "z kompasem" zająłem z kolegą III miejsce. Na biegach przełajowych Akademii Morskiej ponownie zająłem III miejsce, tak jak w 2011.

PRACA
W tym roku w wakacje nie pracowałem. Czas pochłonął mi wakacyjny wyjazd. Jedynie co, to łapałem się kilku dorywczych prac. Cały czas też działam z maszyną, powstają nowe projekty, testuję je i poprawiam. Szycie sprzętu turystycznego bardzo przypadło mi do gustu.

SZKOŁA
Zaliczyłem drugi rok na Towaroznawstwie na Akademii Morskiej. Obyło się bez poprawek. Niestety nie kontynuowałem stopni ratowniczych, wciąż jestem tylko 'młodszym". Tu wielka szkoda. Szykowałem się też na kurs KPP lub żeglarski, też nic z tego nie wyszło, też szkoda. Na trzecim roku odpuściłem języki. Dobrze to czy źle? Utrzymuję jednak zasadę: jeden rok-jeden kurs i w 2012 zrobiłem sobie wychowawcę kolonijnego.

INTERNET
Bloga chyba trochę odpuściłem, za co przepraszam. Jednym z moich postanowień na nowy rok to bardziej się za niego wziąć. Bardzo odpuściłem sobie bikestatsa i endomondo. Tym sposobem nie wiem ile konkretnie wybiegałem oraz wyjeździłem. Drugie postanowienie, poprawić też te dwa serwisy internetowe.

 

MORSOWANIE
Wraz z Wiecznie-Rozgrzanym K. Od października, co tydzień kąpiemy się w morzu i powiem, że jest super. Teraz już, po tych kilku tygodniach, wejście do wody nie jest jakąś wielką przygodą. Ot...normalka. Zachęcony tym „zjawiskiem” chciałem też przez moment zacząć myć się tylko w zimnej wodzie (pod prysznicem), ale wymiękłem. Po prostu myję się w chłodnej, nie zimnej.;)


SPRZĘT
Trochę sprzętu sobie powymieniałem. Przez ten rok zgromadziłem: świetnego tarpa ze spinnakera, nowego GPS-a, leciutki śpiworek X-lite 200 i kilka innych fajowych drobiazgów. Tutaj zdecydowanie na plus.

POZOSTAŁE
Od 2012 roku, od czerwca, jestem stanu wolnego, po trzech latach w związku. Bywa. Wyprawę w Alpy miałem okazję prezentować na dwóch spotkaniach podróżników. Na swojej prywatnej liście mam takie rzeczy, których jakości jestem pewny. Nawet jeśli się zepsują w wyniku wypadku losowego, czy zwyczajnie zużyją, kupuję identyczne. To jest świetne. Zmieniłem lekko sposób ubierania, powoli przechodzę na minimalizm życiowy...przede mną chyba 100 Thing Challenge. Rozwiązała się też sprawa wypadku. Mimo, że osądzono moją winę, nie poniosłem żadnych konsekwencji finansowych.

W zasadzie jestem z tego roku zadowolony. Plany na przyszły są, postanowienia też. Do przodu! Aaaaa...ocena. Od 1 do 10, tak? W zeszłym roku było 6, pamiętacie? Niech teraz będzie 8, ha!