poniedziałek, 18 marca 2013

Wyszperane po nocy.

Dziś kilka blogowych wpisów, które mogą Was, Moi Drodzy zainteresować.

Po pierwsze idea podróżowania bez sprzętu kuchennego. Od pewnego czasu eksperymentuję z sycącymi daniami na zimno. Wszystko w perspektywie, krótkich wyjazdów letnich. Oczywiście na długich wyprawach gotowane jeść trzeba, ale np. w czasie 5-o dniowej majówki? Myślę, że można zdecydować się na jazdę bez gotowania. Zapraszam:

JEMY NA ZIMNO!

FATBIKE Z DŁUGIM OGONEM. Prawdziwie podróżnicza maszyna czy może przerost formy nad treścią?

KAWA NA SZLAKU? PROSZĘ BARDZO! Sposób na ultralekkie mielenie ziaren kawy i parzenie pod ciśnieniem na szlaku. Sam kawy nie piję, ale może Wy?

SPOJRZENIE NA BIKEPACKING. Jedno z wielu, uwagę zwraca spory bagaż fotograficzny. Z plecakiem czy bez? Na długie trasy nie ma dla mnie nic gorszego. Co sądzicie?

sobota, 16 marca 2013

Kolosy za 2012r.


Jak co roku, w marcu, Gdynia staje się stolicą polskich podróży. Do nadmorskiego miasta przejeżdżają podróżnicy z całego kraju celem posłuchania opowieści ze świata, obejrzenia zdjęć i filmów. Przede wszystkim jednak po to, by wymienić doświadczenia między sobą, porozmawiać o swoich planach i pośmiać się.

Swoje Kolosy zacząłem zaraz na samym początku, od otwarcia festiwalu. Interesowały mnie dwie pierwsze prezentacje tego dnia. Azjatycki wagabunda nie zachwycił mnie jednak, szybka Islandia to również nie było nic wyjątkowego. W drugim przypadku mocno brakło kolorów na zdjęciach...oglądaliśmy głównie ludzi wśród śniegu i mgły. Szaro, czarno, biało. Wyczyn natomiast zdecydowanie nie lada. 

Kolejne trzy prezentacje przeznaczyłem natomiast na zapoznanie się z ofertą stoisk. Miałem możliwość zamienić kilka słów z przedstawicielem warszawskiego Yeti. Rozmowa przebiegła nam głównie na temat downteku. Downtek to w skrócie, wodoodporny puch. Różnica w stosunku do tradycyjnego kaczego puchu jest na nano poziomie. Brzmi skomplikowanie, ale efekt jest prosty: downtek zwyczajnie nie namaka i nie zbija się w kulki. Naturalnie przy zachowaniu właściwości izolacyjnych naturalnego puchu. Jak się dowiedziałem, Yeti jednak wynalazkiem nie jest zainteresowana. W czasie rozmowy, na zimowe noclegi, polecano mi śpiwory z 1000g puchu i tkaniną typu 'dry'. Ciężko odnieść mi się do użyteczności w praktyce, jednak po dokładnych oględzinach 'drya' mogę stwierdzić, że to taki pertex shell. Ich Mitsubishi to natomiast coś lekko mocniejszego niż pertex quantum, posiada natomiast srebrną nić. Niestety, od kilku osób wiem, że dry nie sprawdza się tak dobrze jak Yeti to reklamuje. Ciekawy jestem jak Cumulus podchodzi do nowinek downtekowych. Decydując się na śpiwór puchowy poważnie rozważam bowiem ten wynalazek, mimo że cena takiego wypełnienia jest dwukrotnie wyższa niż normalnego puchu 700cui. Przyznam natomiast, że oferta kurtek warszawskiego producenta bardzo solidnie „leżała” w ręku, szczególnie Torre II.

Wracając do prelekcji. Grupa Crotos zaprezentowała kilka zdjęć z wyprawy „Z Pekinu do Londynu”. Ale oni jechali z samochodem serwisowym i w ogóle...nie liczy się. Natomiast prezentacja Przemysława Skokowskiego (którego słuchałem już na Menażkach na UG) trzymała poziom i można by ją ocenić jako „pozytywną”. Może zdjęcia zachwycały trochę mniej, jednak sposób opowiadania powodował mimowolne skupienie uwagi. Super. Po „Miłości, szczęściu i marzeniach” wyskoczyłem na obiad. Wróciłem na Dominika Szmajdę i jego „Rower góral i na Ural”. Prezentacja genialna, co prawda film z wyprawy widziałem wcześniej w Internecie, jednak jak się okazało, na Kolosach była jego „pełna” wersja. O genialności prezentacji świadczy fakt, że Dominik zebrał Nagrodę Publiczności oraz Wyróżnienie w Podróżach. Zaraz po Uralu zaprezentował się Adrian Krysztofiński. Jego opowieść o Panamericanie spowodowała kilka przemyśleń. Cała prezentacja minęła generalnie pod znakiem „ludzie mają super sprzęt, ja miałem zwykły (rower, motor...) i też udało mi się zrobić to samo co oni”. Często też przewijało się: „by to zrobić potrzeba wiedzy i umiejętności, ja nic na ten temat nie wiedziałem, ale jak się okazało...nie było to potrzebne”.  Owszem Pan Adrian wrócił cały i zdrowy jednak podróż taką uważam za mało odpowiedzialną. Szczególnie uderzyły mnie dwie rzeczy:
·        Pan Adrian poruszał się po drogach publicznych jakimś zwykłym rowerem zapakowanym bardzo niestabilnie. Co więcej, jak mówił, nie miał pojęcia o jego naprawie ani konserwacji. Wypadek spowodowany mało zaufanym sprzętem lub po prostu niezauważone jego usterka mogłaby spowodować wypadek i nie ucierpiałby tylko sam podróżnik, ale też inni użytkownicy drogi.
·        Pan Adrian poruszał się po poszczelinowanym lodowcu nie znając zasad. Nie był sam, był związany liną (tak wywnioskowałem ze zdjęć) z innymi wspinaczami. Jego brak wprawy i doświadczenia mógłby spowodować zagrożenie również dla tych ludzi.
·        Ostatecznie, jak wszyscy się dowiedzieliśmy, pożar na łodzi (którą również Panowie wynajęli bez wiedzy jej obsługi) spowodował poważne poparzenia jednego z nich. Może wypadek, a może dałoby się tego uniknąć posiadając wiedzę z zakresy obsługi silnika?
Nie wspomnę już o zagrożeniach dla samego „głównego bohatera” wynikających z braku wiedzy i doświadczenia. Z drugiej strony, czy nie jest tak, że mając za sobą kilka wyjazdów, my „niby zaprawieni w bojach, wielcy, mega podróżnicy” ślęczący nad listami sprzętu i mapami długie tygodnie przed wyruszeniem, nie dopuszczamy do siebie myśli, że można tak po prostu wstać i ruszyć w podróż? Czy to zabija przygodę i spontan? Poddaję pod dyskusję w komentarzach! Śmiało!
Kolejne prezentacje „Antypody z siodełka” oraz „Dziki Madagaskar” jakoś wielce mnie nie urzekły, mimo że pierwsza była rowerowa. Natomiast „Święto bólu” jak najbardziej pozytywnie. Wrażenie robiły zdjęcia oraz zdroworozsądkowe podejście Pana Tomasza. Na samym końcu jeszcze Anna Baran i jej genialna prezentacja o Norwegii. Nagroda Dziennikarzy jak najbardziej zasłużona! 

W sobotę przyjechałem na blok VI. Agnieszki Korpal nie było, co w zasadzie było naturalne i oczywiste. Zastawiałem się tylko, co „wsadzą” zamiast „Rowerowej Korony Gór Polski”. Okazało się, że Magistra Kowalskiego. W zasadzie prezentacja nienajgorsza, ale też nic wyjątkowego. Tak samo jak dwie kolejne: „Podróż za jeden uśmiech” oraz „Coś za coś”. Głównym punktem dnia była natomiast prezentacja Michała Sałabana „Północ-Południe. Rowerem”. Znany z forum emes elegancko się zaprezentował. Dobre zdjęcia i gładko opowiedziane komentarze. Całość miła dla oka i ucha. Przyznanie jedynie wyróżnienia w kategorii Wyczyn Roku uważam za zdecydowanie zbyt mało. Ale decyzja Kapituły to decyzja Kapituły. Uczestnicy mogli następnie posłuchać o Płaskowyżu Putorana, bardzo ciekawa prezentacja pod kątem eksploracji bardzo mało znanego obszaru, natomiast sama dokumentacja i prezentacja...no tak bez szału. Znany wielu Piotr Kuryło tym razem zaprezentował swoją przygodę kajakową Wisłą. Powiem tak. Gość jest niezaprzeczalnie mocny czego dowodzą jego osiągnięcia. Natomiast spływ Wisłą pod prąd? To jest dla mnie coś w stylu „pierwsze wejście północno-wschodnie, drogą południowo-zachodnią, bez skarpetek z 10kg gumowych kaczuszek na plecach”. Wyczyn na siłę, bez ładnych zdjęć, bez większych przygód. Tyle tylko, że Pan Piotr dopisuje sobie jakąś ideologię do swojego wyczynu. Jak kto lubi. Mnie to nie przekonuje. Przybyłem na Kolosy by zobaczyć kawałek świata na zdjęciach i filmach, dowiedzieć się czegoś o i innych krajach, kulturze innych narodów, a nie oglądać 30 zdjęć których dolna połowa to dziób kajaka, a górna połowa to woda. Bieg dookoła świata to było to! A Wisła? Jakby krok w tył. Przyznanie wyróżnienia w Wyczynie Roku, moim zdaniem również na wyrost. Prezentacja o Tramen Tepui zachwyciła mnie natomiast jakością zdjęć oraz filmów. Niezaprzeczalnie czołówka pod tym względem! Zasłużone wyróżnienie w kategorii Podróże, może nawet za mało...Himalaje Birmańskie prezentowane przez Andrzeja Muszyńskiego również zrobiły na mnie duże wrażenie. Szczególnie wątek o odnalezieniu matki pewnej dziewczyny. Historia nie lada, która tylko dopełnia wyrazistości samej podróży. Nagroda im. Andrzeja Zawady oraz Kolos 2012 w kategorii Podróże. Tak! Po bardziej poważnych slajdach z Birmy przyszedł czas na luzaką prezentację „Klapki Kubota State of Mind”, autostopowa podróż dookoła świata. Najmocniejszym jej punktem był jakby szybki zlepek zdjęć z poznanymi po drodze ludźmi i odpowiadająca temu muzyka. Zdecydowanie pozytywnie i szkoda, że bez wyróżnienia choćby.

Niedziela upłynęła pod znakiem dwóch prezentacji: „Hasta la vista, czyli rowerem do Meksyku” Piotra Strzeżysza. Niezmiennie the best całych Kolosów. Piotrek to osoba, której mimo, że nie znam osobiście czuję swego rodzaju respekt, ciężko to wyjaśnić, ale w tym, co robi jest dla mnie wzorem podróżnika rowerowego, mimo że w wielu rzeczach się z nim nie zgadzam (choćby podejście do sprawy GPS-a). „Zimowy powrót do czumu” Magdaleny Skopek również geniusz i majstersztyk. Pani Magda nie zawiodła, bardzo mi się podobało.

A Wam? Jak się podobało? Zapraszam do komentowania na blogu, a jeśli z jakiś powodów nie chcecie, to na facebooku pod wpisem linkującym do relacji!

poniedziałek, 4 marca 2013

Zima zima i po zimie.

Za oknem coraz więcej słońca. Pod stopami nie skrzypi już śnieg, nie ślizgamy się na lodzie. Zima powoli się kończy, zmienia się królowa, a imię nowej to WIOSNA! Dla niektórych to powód do szczęścia, wreszcie koniec zimna i depresji, koniec szarówki, zamieci i wilgoci. Nareszcie zakwitną kwiaty, drzewa obleje zieleń, trawa pokryje łąki, trawniki i lasy.

Dla mnie? I szkoda, że zima odchodzi i cieszę się z tego. Po prostu, traktuję ją jako równą innym porom roku. Nie jest czymś gorszym, czego końca z utęsknieniem wyczekuję. Zima to czas biegania w pięknej czarno-białej leśnej scenerii. To czas morsowania. Nart! Zimą i na rowerze może być przyjemnie! Zima ma swoiste warunki, które lubię, ale lubię też lato, wiosnę lubię i jesień. O każdej porze roku można znaleźć coś przecież dla siebie!

Kiedy indziej można przejść się po zamarzniętej tafli Zatoki? Jaka pora roku zaoferuje nam świetną zabawę w śnieżnym puchu? Śnieżki...lepienie bałwana...tylko zima! Mój sposób na zimę to właśnie polubić i docenić to, co ona sama oferuje. Czas cieszyć się z zamieci, kiedy naszą twarz smaga zimny wiatr, kiedy płatki śniegu kłują w każdą jej odkrytą część. Czas zachwycać się widokiem błękitnego nieba i słońca odbitego od białego śniegu. Pięknem przyrody skrytej pod śnieżnym puchem tworzącym niekiedy fantastyczne kształty, bajeczne czapy w koronach drzew. Czas polubić zimno, skostniałe dłonie i stopy. To wszystko może być naprawdę...nasze.

Sądzę, że tegoroczną zimę wykorzystałem najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Licznik Endomondo wskazuje 739.51 przebytych kilometrów.

Przebiegłem: 220.45km (3 półmaratony)
Rowerem przejechałem: 519.06km

Praktycznie co tydzień (praktycznie, bo zdarzały się pojedyncze przerwy) ze znajomymi morsowaliśmy w Bałtyku. Najlepsze: ani razu nawet lekko nie złapało mnie przeziębienie!

Pojeździłem sobie na nartach. Co prawda tylko jeden dzień, ale przypomniałem sobie co i jak. Przypomniałem sobie jaka to frajda.

Jedyny minus? Nie spędziłem ani jednej nocy pod namiotem tej zimy. Do nadrobienia!


Zima odchodzi...wyczekuję ją za rok...a póki co, wykorzystajmy na maksa inne pory roku! Na koniec jeszcze zdanie, które znalazłem na jednym z blogów:

Lubię zimę, bo wtedy cieniasy siedzą w domu. Zima nie wybacza błędów...