sobota, 29 czerwca 2013

Żele energetyczne Xenofit.

Żele energetyczne są powszechnie stosowane w sportach wytrzymałościowych. Na tyle powszechnie, że nerki czy plecaki biegowe posiadają specjalne uchwyty na tego typu specyfiki. Za żelami przemawia ich lekkostrawność, wygoda spożycia oraz wysoka wartość energetyczna. Dodają energii a nie zapychają żołądka. Dzięki temu nie jedzie się czy nie biegnie "pełnym", a jedzenie lata i obija się  ściany żołądka czego nienawidzę. Na rynku dostępne są produkty różnych firm, ja niedawno miałem okazję popróbować różnych smaków żeli Xenofit.


Z oferty Xenofita możemy wybierać spośród:
  • cytrusy,
  • jagody,
  • miętowy z coffeiną i guaraną,
  • marakuja.
Każdy stick ma 25g żelu i kosztuje 3.99zł.

Na dzień można wciągnąć 1-3 porcje, przy dużym wysiłku max 10. Odstępy między porcjami powinny wynosić 30-40min. Każdego sticka należy zapić sporą ilością wody (200ml).

Tyle w teorii. A w praktyce? Smak wredny, owszem- smakami się różnią, ale żaden nie przypomina owoców wymienionych na opakowaniu. A czy działają? Na dystansach krótszych niż 20km nie jadam. 

Zrobiłem sobie natomiast półmaraton, na spokojnie. Wcześniej zabierałem na taki dystans dwa samorobne batony musli. Jeden żel zjadłem przed wybiegnięciem, drugi w połowie. Biegło się bardzo przyjemnie, przede wszystkim nie zagoniło mnie w krzaki, nie miałem żadnych bóli żołądka. Żel wciągało się bez problemu, opakowanie łatwo rozerwać zębami, wycisnąć zawartość. Kop do biegu był przyjemniejszy niż po batonach, ciężko powiedzieć czy to faktyczne działanie, czy efekt placebo, ale sądzę, że warto mieć ze dwa takie żeliki na wszelki wypadek. Nie zastąpią oczywiście konkretnego posiłku na 60km Harpaganie czy innym ultramaratonie ale mogą stanowić wartościową, dodatkową suplementację.

Czy warte swojej ceny? To już zależy ile zarabiacie i ile z tego możecie "przeznaczyć na sport". Moim zdaniem nie bardzo. Wolę chyba normalnego batona własnej produkcji, izotonika z cytryny miodu i soli i banana.

Jednak nie wykluczam, że spróbuję innych żeli dostępnych na rynku. Szczególnie Isostara z kawałkami owoców. 



czwartek, 20 czerwca 2013

Po tysiąckroć WYTRZYMAŁOŚĆ.

Firma Badura nie jest specjalnie kojarzona z outdoorem. W Internecie, na forach typowo turystycznych jest sporo negatywnych opinii na temat produktów tej firmy. Są też oczywiście pozytywne, ale generalnie poleca się raczej Salewę czy The North Face. Ponieważ sam mam przyjemność (tak, PRZYJEMNOŚĆ!!) używać jeden z modeli butów od Badury, chciałbym napisać kilka słów pochwały oraz z czystym sumieniem polecić je również do użytku turystycznego.

Buty Badura kupiłem w firmowym sklepie producenta, u siebie w Łukowie. Było to w październiku 2008r. Pamiętam dobrze, ponieważ było to przed wycieczką klasową w Bieszczady. Produkt kosztował mnie 279zł i były to pierwsze tak drogie buty, jakie do tamtej pory kupiłem. Wcześniej bardzo rzadko zdarzało się bym nosił buty droższe jak 100-120zł. Miałem ogromne wątpliwości, czy są one faktycznie tyle warte. Owszem, ładnie się prezentowały, były skórzane, w sklepie bardzo wygodnie się w nich chodziło, choć podeszwa do asów amortyzacji nie należała. Ponad wszystko jednak, miały wodoszczelną membranę Sympatex. Dobrałem sobie jeszcze, polecony w sklepie, preparat do konserwacji/impregnacji i wciąż pełny wątpliwości choć podekscytowany, wyszedłem ze sklepu.

Buty zostały wykonane z brązowej skóry nubukowej, na przodzie mają solidne „noski” z grubej, szorstkiej skóry. Sięgają lekko ponad kostkę. Podeszwa nie jest nijak sygnowana, brak chyba jakiś większych systemów amortyzacji. Bieżnik nie jest specjalnie wyraźny, widać że buty raczej nie zostały stworzone typowo w teren. Sznurówki są grube i łatwe do wiązania, przelotki są metalowe i solidnie  przynitowane do skórzanej cholewki. Na samej górze są dwie pary haczyków kończących sznurowanie. Cholewka jest miękka, buty raczej nie trzymają kostki mocno „w ryzach”. Od wewnątrz widać szarą membranę oraz miłe w dotyku wkładki. Język jest wszyty dość wysoko co zapewnia wodoodporność oraz jest w większości wykonany z Cordury.

Wygląd zewnętrzny należy zdecydowanie ocenić na plus. Buty świetnie prezentują się z dżinsami na co dzień i nie „przytłaczają” outodoorowym wyglądem. Z początku buty tylko myłem i pryskałem bezbarwnym środkiem do pielęgnacji, później (2011r.)kiedy zauważyłem, że skóra zaczyna tracić intensywny brązowy kolor zakupiłem środek do pielęgnacji i impregnacji z barwnikiem. Później zauważyłem, że nawet środek z barwnikiem nie daje pożądanego efektu wizualnego i teraz buty pastuję typową czarną pastą do butów, która pokrywa wszelkie niedoskonałości.

Z początku badury używałem tylko w zimie plus wycieczki w góry. Na samym początku membrana Sympatex spisywała się naprawdę genialnie. W Bieszczadach potoki pokonywałem po prostu z marszu. Były płytkie więc od góry nic się nie wlewało, natomiast membrana nie puszczała ani kropli. Niedowiarki później wkładały dłonie do moich butów by sprawdzić czy naprawdę są suche w środku. Były.J Skóra nie nasiąkała i woda dosłownie z butów spływała, momentalnie były suche. Teraz jest już zdecydowanie gorzej, membrana jest miejscami przetarta(szczególnie na pięcie)  i  puszcza wilgoć do środka, a skóra namaka mimo impregnacji.


Od końca 2011r. buty używam wiosną, czasem latem jak spadnie temp. oraz jesienią. Są to moje podstawowe codzienne buty. Ponieważ chodzę sporo podeszwa jest już na wyczerpaniu, szczególnie na piętach. Zdarł się praktycznie cały, szczątkowy od nowości, bieżnik, przetarła się twarda warstwa podeszwy i teraz zdziera się żółta, miękka warstwa wewnętrzna (żółta). Podeszwę oceniam jednak na bardzo wysoki plus. Buty przebieg mają solidny. Góry, asfalty, chodniki, trekkingi...W górach, na wilgotnych kamieniach podeszwa trzymała się bardzo fajnie, chodziłem ostrożnie co prawda, ale uśliźnięć nie zanotowałem. Zapewne dlatego, że bieżnik jest mało wyraźny i kontakt podeszwy z podłożem przez to jest bardzo duży. Niestety ten plus, na wyślizganym śniegu, jest minusem. Z racji bardzo minimalistycznego bieżnika często się tam ślizgałem. Wygląd naszych bohaterów jest cały czas akceptowalny, są lekko popękane na zgięciach palców, ale widoczne jest to tylko z bliska. Skóra jest też dość intensywnie porysowana. Spękania oraz przetarcia powstały głównie po zimowym Spirosie. Przeszliśmy wtedy 30km w śniegu po uda i lód, który osadził się na butach zdrowo je porysował. Guma nie pęka, sznurówki musiałem wymienić dopiero ze dwa tygodnie temu ponieważ porwały się doszczętnie po wycieczce do Gruzji w tym roku. Żadne z oczek do sznurowania się nie urwało.

Poszły dwa wewnętrzne szwy na praktycznie całej długości, ale da się to bardzo łatwo zszyć. Jednak, gdyby udało się uniknąć tych szwów w konstrukcji- uszkodzeń praktycznie by nie było. Zaczęły również odklejać się gumowe noski i odkryły jedną poważną wadę obuwia. Myślałem, że skóra idzie po całości i noski są naklejone na nią. Niestety, skóra kończy się jakieś 3mm pod gumą i kiedy uszkodzenie się powiększało buty zaczęły solidnie cieknąć w tym miejscu. Zakleiłem kropelką i jest pięknie. Nic nie cieknie, a uszkodzenia nie widać.

Podsumowując, bardzo szkoda, że ten model butów Badura jest już nie do dostanie. Nie licząc dwóch wpadek konstrukcyjnych (wyszukanych na siłę) jest to but na naprawdę wiele kilometrów. But uniwersalny, który założymy w góry, do miasta, na autostopowanie. W zimie i lecie. Gdyby (prócz wspomnianych rozchodzących się szwów oraz wpadką z gumowymi noskami) tylko podeszwa była wyraźniej rowkowana, powiedziałbym- ideał. Mimo to


Bardzo Wam wszystkim polecam buty Badury. Kiedy wreszcie dodrę opisaną parę, (póki co mają 5 lat!!) do codziennego użytku z pewnością ponownie zakupię coś od Badury. 

wtorek, 18 czerwca 2013

Spotkania, spotkania...






Matthew jedzie z Holandii na Nordkapp. Pochodzi z Australii, mieszka w Holandii. W czasie swojej podróży przejechał polskie wybrzeże od Świnoujścia na Hel. Dziś płynął z Helu do Gdyni promem, gdzie odebrałem go w porcie. Skąd wiedziałem o jego przejeździe? Matthew odezwał się na forum podrozerowerowe.info . Jak się okazało, na promie poznał Kirstin, która mieszka w Australii, pochodzi natomiast z Niemiec i zmierza, podobnie jak Matthew do Obwodu Kaliningradzkiego.







Wspólnie przejechaliśmy z Gdyni do Gdańska, częściowo główną drogą, częściowo ścieżką rowerową. W Sopocie dołączył do nas Szymon. Już we czwórkę zwiedziliśmy Sopot (molo oraz Monciaka) i Gdańsk (Stare Miasto), wypiliśmy piwko i trochę porozmawialiśmy. 









Matthew jedzie na wypasionym rowerze z piastą Rohloffa oraz paskiem kevlarowym zamiast łańcucha. Mogłem zobaczyć jak całość się sprawuje, ponieważ miałem okazję się przejechać.:)















Zapraszam do śledzenia bloga Matthew! 

niedziela, 16 czerwca 2013

Twarze Gruzji.

Fotografia portretowa to ciężki kawałek chleba, dla mnie bardzo ciężki. To kwestia w dużej części charakteru, a ja tak trzymam ludzi na odległość trochę. Dużo nauki przede mną, ale kilka zdjęć udało mi się wyszukać. Marne bo marne, ale zapraszam. Twarze Gruzji!

Pani, która wyrabiała ciasto w piekarni na shoti

 Koledzy z imprezy z Ureki:


 Babcia z Khulo, przygotowała nam pyszną suprę. Bardzo żałuję, że jedyny jej portret wyszedł mi rozmazany.:( To była jedna z wspanialszych osób poznanych w czasie wyjazdu.

"Mafjozo" z Tbilisi, genialny gość!

 "Kubuś Puchatek", był naszym kierowcą po Tbilisi z racji tego, że "Mafjozo" lubił sobie wypić.:)

Pani sprzedająca na bazarze w drodze z Kazbegi. Zdjęcie jest wynikiem krótkiej "miganej" rozmowy dotyczącej "snikersów gruzińskich".

piątek, 14 czerwca 2013

Polecam bloga.




To bardzo dziwne, że dopiero teraz trafiłem na bloga Łukasza.

O gościu słyszałem bardzo wiele razy, nie wiedziałem jednak, że prowadzi tak świetne miejsce w sieci, zapraszam:
http://www.lukaszsupergan.com/



Polecam szczególnie wpis o zdobywaniu funduszy na wyprawy:
http://www.lukaszsupergan.com/dwa-lata-w-azji-cz-5-jak-zarobic-na-podroz-i-przejechac-swiat-za-grosze/

Oraz tekst traktujący o minimalizmie w podróży:
http://www.lukaszsupergan.com/light-and-fast-mniej-znaczy-wiecej/

Łukasz jest właśnie w drodze do Camino, życzcie mu powodzenia i dodajcie otuchy w komentarzach. Możecie też wspomóc go finansowo.

środa, 12 czerwca 2013

Gruzja vol. 4: Batumi.

Batumi jest europejskie, bez dwóch zdań. Ta nadmorska, turystyczna miejscowość zabudowana jest kilkoma wieżowcami, luksusowymi hotelami, posiada bardzo zadbany rynek oraz bulwar nadmorski. Budynki przy głównych ulicach są pięknie odmalowane, trawniki zadbane, a rosnące palmy oraz bambus dopełniają pozytywnego wrażenia. 




Letnia stolica Gruzji intensywnie się rozbudowuje. Obok górujących nad nisko zabudowanym, starym miastem, Sheratonem i Radissonem powstaje Hilton, a zaraz obok wije się Wieża Alfabetu. 





Nas najbardziej urzekła jednak plaża, pierwsza kamienista plaża jaką widziałem! 



Nasze kroki skierowaliśmy do centrum Batumi i tam kręciliśmy się chwilę, próbując lekko się zgubić, wtedy bowiem dzieją się najciekawsze przygody. 






Prócz palm znaleźliśmy też bambusy!





 Zrobiliśmy się głodni, weszliśmy więc do restauracji.. Zamówiliśmy różne rodzaje hinkali i zajadaliśmy je ze smakiem, gdy nagle barman przyniósł nam kieliszki wódki mówiąc, że to od przyjaciół z sąsiedniego stolika. Kiedy obejrzeliśmy się, siedzący obok mężczyźni pomachali do nas, wspólnie wznieśliśmy toast, zrobiliśmy sobie zdjęcie i na koniec wymieniliśmy numerami. „W razie gdybyście zostali w Batumi na noc, zapraszamy do nas. Zapewnimy wam nocleg, jedzenie i zabawę”- mówili. Kiedy ruszyliśmy jednak w Kaukaz Mały i poinformowaliśmy ich o tym sms-em, dostaliśmy w odpowiedzi krótką i mówiącą wszystko wiadomość :”When you comeback?”...



wtorek, 11 czerwca 2013

niedziela, 9 czerwca 2013

Jak to się zaczęło.

Dziś przerywam sagę o Gruzji by Wam coś pokazać. Pokazać, jak przygoda z sakwiarstwem zaczęła się u mnie. Pomijam czasy kiedy to jeździło się na trójkołowych rowerkach itp. Zaczynam od swojej pierwszej wycieczki sakwiarskiej.
A było to tak:
Jazdą z sakwami zaraził mnie wujas Piotr. Moja kuzynka Martyna, ciocia Ala i właśnie wujas Piotr robili sobie jeszcze wtedy sakwiarskie wyjazdy. Martyna jeździła w foteliku i tak się szwędali po Polsce. Później z Martyną i wujasem pojechałem na wyjazd sakwiarski. Nie miałem ubrań rowerowych, sakwy uszyłem ręcznie z jakiejś bawełny znalezionej u babci i były zamykane na guziki. Rower miałem komunijny. Jakiś stalowy Kross na SIS-ach. Rok? 2006 o ile pamiętam. Miałem 15 lat.









Nakręcony nowym hobby wyremontowałem sobie rower, ale po tej pierwszej wycieczce nastąpił lekki przestój i jeździło się tylko na krótkie kręcenia niedaleko Łukowa. Wstawiłem amortyzator, ramę przemalowałem i kilka części osprzętu wymieniłem. Ubrań rowerowych brak, brak bagażników...







Nadszedł znów czas kilkudniowych wyjazdów rowerowych! Kupiłem sobie też kask, ubrania rowerowe, założyłem bagażnik z tyłu i jeździłem ze starymi Crosso dry na przód. Wtedy jeszcze bez SPD...Mało miałem i na krótko jeździłem to i mało zabierałem. Poza tym namiot i kuchnię woził wujas. Okulary zastąpiłem soczewkami. Ale ta arafatka??!!







Przyszedł czas na dłuższe wyjazdy i podział sprzętu między uczestników. Doszedł więc wór na górę bagażnika. Rower w zasadzie bez zmian. Chyba wtedy polubiłem podjazdy.:)











Pod koniec liceum, ponownie nastał przestój w wyprawach rowerowych. To był czas jednodniowych wyjazdów, ale dłuższych kilometrowo. 100km pękało bez problemu. Mocno zmodernizowałem sobie rower. Kupiłem lepszy osprzęt, koła, aluminiową ramę i dużo lepszy, blokowany amortyzator, a także pojawiły się SPD! Wciąż jeździłem z bagażnikiem i przednimi sakwami crosso.









Kiedy znów wziąłem się za turystykę sakwiarską poszedłem po całości. Zakupiłem sakwy na tył i bagażnik na przód i jeździłem z czterema sakwami. Wstyd mi się przyznać do tego epizodu.:P Ale machało się 150km z tym bagażem. Tu poczułem jak fajne są cienkie slicki na asfalcie.










Stwierdziłem, nie no tyle gratów?! Za ciężko i na co mi to wszystko. Zaczął się minimalizm! Bagażnik na tył, jeden komplet sakw (crosso big) i plecak na górę, lżejszy amortyzator. Przestałem jeździć w kasku i nie napinałem się tak bardzo na obcisłą lycrę.













Minimalizm poszedł dalej! Lycra wróciła do łask, choć kask wciąż był w odstawce. Bagażnik z tyłu zamieniłem na lżejszy. Rzeczy pakowałem w tarpa i gumami mocowałem na platformie. Jak tak teraz na to patrzę to śmiesznie to wyglądało, takie obwieszony rower...no i brodę już miałem.:P






Cały czas lżej i mniej bagażu. Wciąż bez kasku. Uszyłem sobie pierwsze sakwy z codury (podróbka), byłem w stanie odkręcić bagażnik. Jeździłem w butach SPD z miękką podeszwą. Wciąż jeździłem na el Nino.












W tzw. międzyczasie zakupiłem szosówkę i trochę ciąłem asflaty na lekko. W zasadzie bardzo mi się podobała taka jazda. Po 200km dziennie z bagażem na luzaku.


Teraz cały czas jeżdżę w stylu bikepacking. Mam nowe, usztywniane sakwy z oryginalnej cordury.  Mam nowy kask (bez futra:), który noszę zawsze kiedy idę na rower. Jeżdżę w typowych ubraniach rowerowy, w SPD (już podeszwa karbonowa). Po wypadku mam nowe, lekkie koła. Nową ramę, powietrzny lekki amortyzator, napęd na poziomie Deore.


A na koniec, dosłownie kilka dni temu amortyzator wymieniłem na lekki, aluminiowy, sztywny widelec Mosso. Doszedłem do wniosku, że w najbliższym czasie nie zamierzam pchać się w ciężki teren (choć amortyzator leży i czeka na okazję by go założyć) i nie potrzebuję ugięcia z przodu. Rower zyskał natomiast na niezawodności oraz odszedł dobry kilogram z wagi.
A jak u Was wygląda ewolucja jeśli o wyjazdy rowerowe chodzi?:)