niedziela, 28 grudnia 2014

Dolina Nadziei

Nadzieja - życzenie zaistnienia określonego stanu rzeczy i niepewność, że tak się stanie.

15-16 listopada były dniami wolnymi od pracy. Czy na myśl może przyjść coś innego niż ruszyć rowerem w trasę? Choćby miałaby tylko 200km i dwa dni, z pewnością warto. Miałem dylemat czy chcę ruszyć nad morze czy może w jakieś niedalekie pagórki. W piątek wieczorem na komputerze zrobiłem rozeznanie i stanęło na pagórkach. Bardzo za morzem się stęskniłem, w Gdyni miałem go na co dzień. Szum fal, jego zapach, piasek na plaży i przede wszystkim wrażenie ogromu spowodowane horyzontem, gdzie woda łączyła się bezpośrednio z niebem. Niestety najbliższe wybrzeże czyli okolice Skegness, jest bardzo brzydkie i w większej części ogrodzone jako tereny wojskowe, nie chciałem tracić nerwów i oczu na patrzenie na takie widoki. 
Tym samym ruszyłem do Hope Valley, Doliny Nadziei. Sam siebie pytałem czy wyjazd ten tchnie ją we mnie z nową siłą czy też odbierze jej resztki. Każdy ma bowiem jakieś plany oraz właśnie nadzieję na ich spełnienie. 

Zaczęło się wcześnie, ponieważ już o 05:30. Było jeszcze ciemno, kiedy wbijałem się w ubrania rowerowe i ruszałem kilka mil do Kettering. Corby jest niestety jakby z boku głównej linii kolejowej. Z Corby pociągiem więc musiałbym i tak dojechać najpierw do Kettering i tam przesiąść się do pociągu jadącego do Sheffield. Kierując się trochę wysokim ego (jestem rowerzystą, takie kawałki jeżdżę rowerem!) oraz troszkę ekonomią (pociągi w UK wcale tanie nie są) postanowiłem pojechać na kołach. Droga poszła szybko i na miejscu, w automacie, odebrałem zakupiony przez Internet bilet.
Opcja niezwykle wygodna. Kupujemy i płacimy przez Internet, dostajemy numer, wpisujemy go w automacie i odbieramy karteczkę. Rowerzyści w pociągach spółki East Midlands zawsze wsiadają do pierwszego przedziału, gdzie jest wygodny wagon bagażowy z miejscem na dwa-trzy rowery. Pomyślano nawet o pasku zabezpieczającym pojazdy, ganialne! PKP- uczcie się! Przesiadałem się jeszcze w Leicester i dojechałem prosto do Sheffield, skąd już rowerem skierowałem się do mojej Doliny Nadziei. Rozpadało się na pierwszych kilometrach i jak się miało okazać, padało non stop przez dwa dni mojej wycieczki. Przyjąłem to z pokorą, nawet lubię jak pada, jest świeżo, rześko...byle tylko nie wiało. W sakwach i tak wszystko w drybagach, więc o sprzęt się nie bałem. Do deszczu niestety doszła też nisko wisząca mgła. Pewnie więc Dolina Nadziei jest ładna, mnie jednak nie dane było się o tym przekonać. Jazda przebiegała w miłej atmosferze. Boczne, sensownie utrzymane asfalty, mało samochodów. Zjazdy i podjazdy wyciskające nieco sił. W Castletown postanowiłem zjeść poważniejszy posiłek,
jednocześnie wejść na Mam Tor (najwyższy w okolicy szczyt liczący sobie 524 m n.p.m.). Z całą odpowiedzialnością piszę "wejść" ponieważ o podjeżdżaniu nie było mowy. I nie miało tu znaczenia, że słabo z moją formą. Po prostu teren był typowo pieszy. Dopiero po wejściu na grań, mogłem ruszyć po bruku(!!) na sam szczyt. Widoków się nie spodziewałem, mgła był nieprzejednana. Nie otrzymałem nagrody. Przyjąłem z pokorą...w sumie to podejście nie było ciężkie, widać na nagrodę nie zasłużyłem. Po zejściu (bo i o zjeżdżaniu mowy nie było) wróciłem na asfalt i jadąc później jeszcze około 3h po zmroku, nabierając wody z węża ogrodowego przy pubie, rozbiłem się na łące za Ashbourne.

W Anglii jest problem z noclegami na dziko, ponieważ praktycznie każdy teren jest ogrodzony. Wysokim żywopłotem , murkiem z kamieni czy po prostu siatką z bramą. Ja zmuszony byłem wreszcie zwyczajnie przerzucić bagaże przez taką siatkę i na takim prywatnym terenie rozbić się w samym jego rogu. Kiedy wszystko było już gotowe, namiot rozbity, ja przebrany, rzeczy poukładane...usłyszałem hałas. Jak się okazało, jego źródłem były...konie. Stadko koni, które właściciel terenu wypuścił na popas. Zaciekawione i nijak nie przestraszone zwierzęta zaczęły obwąchiwać moje obozowisko. "Z nimi spać nie będę"- pomyślałem. Przerzuciłem więc wszystko na pole obok, za kolejne ogrodzenie i dopiero tam wziąłem się za gotowanie. Cały dzień było chłodno i wilgotno, marzyłem o wieczornym makaronie i gorącej herbacie. Niestety...kuchenka nie chciała współpracować. Walczyłem z nią 3h. Nic. Wlałem więc w siebie trochę Sławnej Pardwy na rozgrzanie i ułożyłem w śpiworze. Ponownie...głód przyjąłem z pokorą. Otoczyło mnie przyjemne ciepło. 
Pomyślałem...w zasadzie po co Ty tu jesteś? Źle Ci było w ciepłym pokoju? Musiałeś idioto marznąć, męczyć się i moknąć cały dzień? Po co? Tylko po to by teraz spać na ziemi...a jutro wystawić się na sponiewieranie przez pogodę drugi raz? Wyjrzałem przez wejście namiotu, ujrzałem w ciemności ścianę lasu. Dojrzałem grube, silnie zakorzenione drzewa. Były proste, wyniosłe, zdrowe i nieugięte- nie poddawały się wiatrom. Gdzieniegdzie zdarzyły się jednak takie...z korzeniami na wierzchu. Powykręcane, częściowo obeschnięte i chylące się ku ziemi. W sumie jak z ludźmi. Niektórzy są zakorzeni w jednym miejscu, są w tym miejscu Panami i Paniami. Są pewni i silni. Trafiają się jednak też i tacy, których korzenie tak silnie w jednym miejscu nie trzymają. Oni nie mają swojego miejsca. Na chwilę wrosną to tu, to tam. Ktoś powie, mają świetnie! Żyją pełną piersią! Tyle zobaczą! Dlaczego więc są jak te drzewa...inni? Częściowo obumarli? Czyżbym był jednym z drzew z korzeniami na wierzchu? Czyżbym naprawdę był obeschnięty? Nie ma ich wiele, tak jak i takich ludzi wielu nie ma, bo taka forma nie jest łatwa.* 

Dzień zakończyłem z 85km na liczniku. Dużo? Mało? Kto by się przejmował liczbami.


Noc minęła znośnie. Było nawet przyjemnie. W sumie to wyspałem się jak suseł.:) Obudził mnie...a jak! Deszcz uderzający o tropik. Dość szybko spakowałem manatki. Na śniadanie miałem żel oraz baton energetyczny. Popiłem zimną wodą i ruszyłem w drogę. Poważniej zjadłem dopiero pod Co-Operative w Longford. Energetyk oraz cheeseburger błyskawiczny. Musiałem wyglądać marnie, ponieważ ekspedientka sama zaproponowała, że wrzuci mi go do mikrofali bym nie jadł na zimno.
Małe uczynki niosą na skrzydłach! Spokojnym tempem zmęczonego i wyziębniętego rowerzysty zmierzałem do domu. Sprintów nie było bo i obuty byłem w terenowce 1.95 cala. Moje slicki 1.5 calowe wybuchły ze zużycia i nie zdążyłem zdecydować się na jakieś nowe. Szosowców spotkałem wielu, ale odchodzili mi jakby każdy z nich miał na nazwisko Kwiatkowski, albo co najmniej Bodnar. Lunęło jak z cebra już w Corby. Oberwanie chmury, ale mi zostało z 1.5 mili. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. W pokoju zameldowałem się około 15:00. Ociekałem wodą...ale czy nadziei przybyło? Być może...ociekać jednak nią nie ociekałem.
Drugi dzień był płaski, wykręciłem 111km. 


*Porównanie z drzewami zaczerpnąłem z jednego z ciekawszych moim zdaniem blogów podróżniczych "Głodny Światojad...". Blog dziewczyny, z którą miałem kiedyś okazję zamienić dwa słowa przy okazji Kolosów w Gdyni. Może mi to wybaczy.:)

czwartek, 25 grudnia 2014

Podsumowanie roku 2014.

Bałem się tego posta. Bałem się go pisać i bałem się upublicznić. Z kronikarskiego jednak obowiązku...opiszę w skrócie i ocenię mój 2014 rok.

W lutym obroniłem tytuł inżyniera po 3.5 roku nauki na Akademii Morskiej. Napisałem pracę inżyniersk
ą na temat logistyki wypraw rowerowych. Po obronie wyjechałem do Anglii do pracy...i jakoś zostałem. Pracuję tu w fabryce...pisząc ten post pęka mi 10 miesięcy. Wszystko dlatego, że nie dostałem się na studia II stopnia na kierunku dziennikarstwa na UG. Cóż...za głupi się okazałem. Czy wyjazd ten był dobrą decyzją? Ciężko mi na tę chwilę powiedzieć...pod pewnymi względami i owszem. Mam jednak świadomość, że utraciłem pewną szansę...utraciłem już na zawsze...

Ale przejdźmy do podsumowania i oceny.

Styczeń i luty były miesiącami walki z pracą inżynierską. Ze znajomymi morsowaliśmy. W styczniu opowiadałem o Czarnym-Bałtyckim w gdyńskim Infoboxie.

Szycie...szyję cały czas. Wprowadziłem do oferty bivibagi z tyveku. Dwa rodzaje: jeden klasyczny, minimalistyczny; drugi natomiast z siatką przeciw owadom i z podłogą z cordury. Ciekawe i nowatorskie w Polsce produkty. Prócz tego powstały tarpy z silnylonu. Tu jestem zadowolony.:)

W lutym w Poznaniu zdobyłem drugie miejsce w kategorii "Europa i świat" na gali Rowertouru za wyprawę Czarne-Bałtyckie 2013.

W wakacje wraz z siostrą i wujkiem ruszyliśmy do Maroka, Hiszpanii i na Gibraltar. Bardzo miła wycieczka, z której przywiozłem sporo zdjęć i mnóstwo miłych wspomnień oraz znajomości.

Zainteresowałem się hamakowaniem i jednocześnie odezwałem się do polskiego Lesovika, producenta hamaków. Rafał i Gosia są niesamowici! Coś czuję, że współpraca nam się ułoży.
I to byłoby na tyle...

Co ocenę obniży?

Najpierw sportowo. Pustka. Pobiegłem zaledwie jedną dyszkę w Gdyni nie bijąc swojej życiówki. Żadnego Harpagana, żadnego wyścigu rowerowego. Nic.

Teraz treningowo. W tym roku po prostu nie biegałem. Rowerem jeżdżę, krótkie trasy i w sumie uzbierało mi się niecałe...2000km. Tak, dobrze czytacie. W roku. Zimą nic nie jeździłem, żadnych dłuższych tras. Trochę ćwiczę na siłowni i na basenie, tak trochę.

Blog zaniedbany. W zeszłym roku 54 posty. W tym nawet 40 nie złamałem. Miałem prowadzić na bieżąco bikestatsa, ale co tu prowadzić jak nic nie jeżdżę? Skasowałem tam konto. Nie chcę by coś...na prowadzenie czego zdecydowałem się sam z siebie, leżało odłogiem. To jest niekonsekwencja, lepiej by tego nie było w ogóle.

Kolejny rok bez żadnego kursu.

Jedyny dłuższy wyjazd rowerowy tego roku to 200km w dwa dni przez Hope Valley w Anglii.

Moja szafa turystyczna rozrasta się w bardzo szybkim tempie. Zbroję się na przyszły rok. Na test czeka namiot Mountain Hardwear EV2, kurtka Incredilite od Cumulusa, śpiwór zimowy mojego własnego projektu, telefon satelitarny, kuchenka benzynowa Primus Gravity II MF...i jeszcze sporo, sporo więcej.

Coż...rok bardzo jałowy. Cały mój czas pochłonęła praca. Mam ogromny niedosyt. Wiem doskonale, że mój rozwój w tym roku stanął w miejscu. Ocena? Pamiętacie...skala 1-10. Za 2014 rok należy mi się mocne 4.



niedziela, 21 grudnia 2014

Porlex Tall- turystyczny...młynek do kawy.:)

Dziś zajmę się trochę luksusem, smakiem i swego rodzaju… przerostem formy nad treścią (?). Może przesada uznacie…ale nic nie poradzę, że od kiedy spróbowałem naprawdę dobrej kawy, taką tylko piję. Wszelkie siki w postaci kawy rozpuszczalnej czy popularnych na półkach kaw ze zmiotek odpadają. Ciężko powiedzieć czy smak jest naprawdę dużo lepszy czy tylko mnie w głowie się coś przestawiło. Na pewno dużą rolę odgrywa tu też cały rytuał sporządzenia tego ciemnego napoju, ostatecznie…wszystko, na co poświęca się więcej (niż zwykle) czasu, musi być dobre. Dziś odłożymy minimalizm lekko na bok.  Zwykle przecież nie wozimy ze sobą w teren młynka do kawy, proszę Was.;)

Każdy kawosz powie Wam, że nie ma to jak kupowanie kawy w ziarnach i mielenie odmierzonej jej
ilości bezpośrednio przed parzeniem. Taki sposób postępowania umożliwia zachowanie i wydobycie z ziaren maximum aromatu. Ja z początku, od razu przy zakupie kawy prosiłem o jej zmielenie. Zaczytałem się jednak w internetach i doszedłem do burżujskiego wniosku: kupuję młynek, ponieważ wcześniej zmielona kawa tak szybko wietrzeje!! (OMG!:) I to nie byle jaki młynek, o nie! Na pewno nie kupię elektrycznego młynka nożowego, one przegrzewają ziarna poza tym zamiast miażdżyć kawę, to ją tną. Taki sposób rozdrabniania nie gwarantuje dobrego wydobycia aromatu. Potrzebuję młynka ceramicznego, ręcznego! Chciałem coś małego, prostego, wykonanego z materiałów wysokiej jakości…i oczywiście dobrze wyglądającego. Musiało być prosto, elegancko i minimalistycznie.

Porlex to firma japońska, ale dostępna w Polsce w wielu internetowych sklepach. Szczególnie tych specjalizujących się w dobrych kawach właśnie. Porlex ma w swojej ofercie dwa ciekawe młynki do kawy.
Porlex Tall 077-POR-TAL
Porlex Mini 050-POR-JAP
Wersja Tall młynka umożliwia mielenie na raz 30 - 34 gram kawy, czyli akurat na cztery standardowe espresso. Ponieważ dla mnie espresso standardowe to za mało, po moim własnym przeliczeniu wychodzą dwie kawy.:) Wersja Mini to 20-24g- to ilość w zasadzie na dwa espresso, czyli jedna kawka. Dla naszej dwójki wybrałem wersję Tall i jesteśmy z niej zadowoleni.

Budowa młynka jest taka, jaka być powinna, czyli spartańsko prosta. Z zewnątrz to po prostu tuba z blachy nierdzewnej z pięciokątnym wypustkiem u góry. Średnica naszego młynka to 50mm, wysokość 185mm i waga 265g (tyle, co tarp!!:). Tuba ta dzieli się na trzy części: wieczko części górnej, górną część gdzie wsypujemy ziarna kawy z żarnami ceramicznymi oraz część dolną gdzie zbiera się zmielona kawa. Kawę mieli się za pomocą dołączonej rączki ze stali, którą nasadza się na wspomnianą wypustkę a trzyma za plastikowy obracany „kapturek”.
Żarna ceramiczne są wymienne i bez problemu można dokupić ich nowy komplet, choć moje (używane około dwóch miesięcy codziennie) wyglądają wciąż idealnie- nie wiem więc, po jakim czasie wymagana będzie ich wymiana.
Wykorzystanie stali nierdzewnej sprawia bardzo miłe wrażenie dla dłoni. Przedmiot wydaje się solidny już od pierwszego dotknięcia, poza tym naprawdę wygodnie myje się go z olejku kawowego, czego nie można powiedzieć o młynkach plastikowych.
Całość jest idealnie wręcz spasowana, mielenie jest wygodne, choć śliska, okrągła obudowa potrafi czasem wyśliznąć się z dłoni przy lżejszym ścisku. Taką jednak cenę płaci się za elegancki, niczym nieskłócony wygląd stali nierdzewnej. Dla mnie jednak to nie problem.
Młynek posiada regulację mielenia. Odbywa się ona za pomocą pokrętła znajdującego się wewnątrz, poprzez jego odkręcanie o określoną ilość usłyszanych „klików”. Na opakowaniu pokazane są cztery stopnie zmielenia, ponieważ jednak regulacja jest drobniejsza, spokojnie można uzyskać efekty pośrednie i docelowo mieć (jak naliczyłem) 24 stopnie. Ja używam młynka na poziomie 6, ponieważ parzę kawę w kawiarce. Grubsze zmielenie polecane jest dla osób używających prasek francuskich czy ekspresów przelewowych. Drobniejsze przy kawiarkach właśnie, gdzie operuje się już nieznacznym ciśnieniem. Pył kawowy stosujemy przy ekspresach ciśnieniowych, gdzie ciśnienie jest znaczne.

„Wciąż w drodze…” to jednak blog typowo outdoorowy. Jak więc młynek sprawdza się w terenie?
No właśnie…tak, jak napisałem na początku: na wycieczki nie wozi się zwykle takich rzeczy. Tym bardziej, jak się liczy każdy gram w sakwach czy plecaku. Ale przychodzi taki czas, kiedy jest słoneczna, chłodna sobota. Kiedy jest wolne i dwoje podróżników chce uciec od zgiełku miasta. Wtedy zabieramy kuchenkę, młynek, kawiarkę i naszą ulubioną kawkę Blue Mountain prosto z Jamajki. Pakujemy koc, dwa kubeczki i coś do przekąszenia. Zwykle z początku bawimy się przysłoną i czasami naświetlania, próbując uchwycić źdźbło trawy jak najpiękniej się da. Później natomiast siadamy w słońcu i pijemy kawę.
W takich sytuacjach cieszę się, że Porlex jest:
-ręczny (żadnych rozładowanych baterii, ani odgłosów zakłócających tych, z natury),
-ma obły prosty kształt, który idealnie pakuje się do plecaka,
-ma wytrzymałą obudowę, która nie pęknie mocniej ściśnięta między kawiarką, a statywem foto.

Czy wart jest 180zł? A ile dla Was warta jest chwila odpoczynku na łonie natury, smak dobrej kawy i ciepło drugiej osoby? Ostatecznie…czasem możemy sobie przecież podarować trochę luksusu? Nawet tego wyimaginowanego…prawda?;)

niedziela, 14 grudnia 2014

Nowości sprzętowe i nie vol.1

Po pierwsze:
Jeśli jeszcze nic nie wiecie to właśnie mówię. Moja ulubiona firma Cumulus wprowadza do swojej oferty śpiwory...syntetyczne! Przez 25lat siedzenia w puchu chłopaki zapakowali do pertexowego shella Climashield Apex. Wyniki mogą być bardzo ciekawe!


Po bardzo ciekawej kurtce Incredilite i testowanej przeze mnie Windy Wendy przyszedł czas na puchową kamizelkę. Proszę! Oto Minilite GL!
140g wagi
53g puchu 850cuin
najlżejszy Pertex Quantum GL

Zapraszam na cumulusowego facebooka: https://www.facebook.com/cumulusoutdoor?fref=ts
I na stronę internetową: www.cumulus.pl

Po drugie:
Nawiązałem kontakt z Lesovikiem z Czerniewic. Jesteśmy wstępnie ustawieni na testy ich hamaka Ultralight i może czegoś więcej.:)
Tym samym zapraszam do przejrzenia lesovikowskiej strony www: www.lesovik.eu
Natomiast to, o czym chciałem zawiadomić to Vanka. Jak już będę miał swoje mieszkanie to na pewno zamiast łóżka będzie tam wisiał taki hamak:

100% naturalna bawełna
liny jutowe
poduszka z wypełnieniem syntetycznym
krajka poliestrowo-bawełniana

Zdjęcia są własnością Cumulus i Lesovik.

sobota, 13 grudnia 2014

Prysznic? Oczywiście, że jest!

Już gęba nie śmiała mi się tak, jak rano. Marrakesz traktowałem po macoszemu. Doskonale
wiedziałem, że nie może zaoferować nic więcej niż Fez. Takie mam podejście do miast. Kraków, Praga…Gdańsk i Bratysława? Dla mnie, wybaczcie, ale to wszystko jedno. Dlaczego więc jeżdżę po różnych tych miastach zapytacie? By to zmienić…w każdym z nich chcę znaleźć coś swojego, coś wyjątkowego. Niestety…do tej pory nie znalazłem. Nie znalazłem nic swojego w żadnym mieście. Znalazłem w Bieszczadach, znalazłem nad Bałtykiem, znalazłem w Tatrach i na Mazurach. Nie jestem fanem miast, oj nie jestem.

W Marakeszu wylądowaliśmy pod wieczór. Dziewczyny z Niemiec zapowiedziały, że znają tu bardzo miły i klimatyczny hostel, do którego i nas zabiorą. Oczywiście o ile będą wolne miejsca. Przystaliśmy na tę propozycję z chęcią, ponieważ nie uśmiechało nam się bujać po nocy po Marrakeszu w poszukiwaniu taniego miejsca do spania. Pierwszym celem było jednak dostać się na Plac Dżema el-Fna. Ponieważ to wokół niego zlokalizowane są zarówno suki, jaki i większość infrastruktury turystycznej. Na pierwszy ogień poszła taksówka. Podeszliśmy do jednej i zaczęły się dyskusje z kierowcą, który to standardowo rzucił kosmiczną sumę. Mimo naszych targów ( a było nas 5 osób) nie zechciał opuścić ceny do rozsądnego (wg nas) poziomu. Cóż…zrezygnowaliśmy. Jana i Katherina zagadnęły natomiast (po francusku!!) przechodzące kobiety. Pytały o autobus jadący na interesujący nas plac. Zapytane dziewczyny chętnie zaprowadziły nas na przystanek, gdzie w automacie zakupiliśmy bilety i po około 20minutach jazdy zameldowaliśmy się na el-Fna. W głowie było jedno: mieć gdzie spać. Jak się okazało, dziewczyny nocowały wcześniej w hostelu Rainbow. Tam też poszliśmy. Okazało się, że hostel jest jednak pełen. Ponieważ Jana z Katheriną miały obiecane miejsca to one zostały (za 50MAD na dachu ze śniadaniem), my natomiast musieliśmy znaleźć coś innego. Finalnie Martyna z Piotrem zostali w Rainbow z bagażami, ja natomiast ruszyłem w medynę węszyć. Pomógł w tym Garmin, który na mapie miał zaznaczone dwa hostele (mieszczące się do tego praktycznie naprzeciw siebie). Wybrałem z nich hostel Medina, gdzie bez śniadania, nocleg na dachu kosztował nas 30MAD. Warunki były bardzo przyzwoite, tylko recepcjonista nic nie robił sobie z faktu, że spisując nasze dane z paszportów, na monitorze miał wyświetlone strony fb zalatujące typowo homo.:) 

Nasz pierwszy dzień w Marakeszu to wizyta na dworcu kolejowym. Zakupiliśmy bilety do
Casablanki. Przeszliśmy się tam pieszo, trafiliśmy bez problemu po znakach drogowych posilając się czysto dla pewności GPS-em w telefonie wujasa. W drodze powrotnej zaszliśmy do Carrefoura oraz parku miejskiego. Sklep jak sklep, natomiast park bardzo przyjemny, zadbany, czysty. Polecam przysiadkę na jednej z ławek. Po południu byliśmy umówieni z dziewczynami na shopping. Ja od samego początku myślałem o kupnie skórzanej torby podróżnej. W Europie skórzana galanteria jest dość droga, w Maroko natomiast po przeliczeniu waluty, torebki czy torby wychodzą tanio. Oczywiście nie powalają dbałością o szczegóły, nie mają drogich logo…ale skóra naturalna to jednak klasa. W Fezie widziałem naprawdę bardzo ładny model kosztujący 600MAD, pewny byłem, że coś bym stargował. Wtedy jednak zakupu nie dokonałem, nie byłem przekonany do jego słuszności. W Marrakeszu w zasadzie znalazłem pasującą mi torbę, nie byłem do niej w 100% przekonany, ale kupiłem za 500MAD (targi zaczęły się od 1200MAD:). Uznałem, że najwyżej ją odsprzedam…Rozchodzi się o jakiś własny wizerunek. W zasadzie, od zawsze, mój był następujący:
-koszulka techniczna,
-spodnie turystyczne,
-buty turystyczne,
-plecak.
Uznałem, że może czas coś zmienić? Człowiek dorasta…koszula, chinosy, brogsy i skórzana torba? I wiecie…torbę w Polsce odsprzedałem z zyskiem. To chyba jednak nie dla mnie. Będę trzymał się plecaka, takie duże dziecko, wśród eleganckich rówieśników…

Spacerowaliśmy też po samym placu el-Fina, oglądaliśmy to, na co ostatniego wieczora nie zwracaliśmy uwagi szukając noclegu. Troszkę straganów, sporo grających grup muzycznych, gawędziarze, zaklinacze wężów, tłumy ustawione w kole i próbujące wyłowić butelkę napoju dla siebie za pomocą „wędki” (Długiego kija ze sznurkiem na końcu, którego przywiązane było plastikowe kółeczko. Należało zarzucić to kółeczko na szyjkę butelki.) Cóż…aż strach wyjmować aparat, aż strach nawet na czymkolwiek zawiesić wzrok, a co dopiero przystanąć. Cały biznes po prostu wygląda tak, że nawet jeśli przystaniecie i nijak nie będzie zwracać uwagi na grający zespół, przystaniecie dajmy na to by porozmawiać w grupie…błyskawicznie znajdzie się ktoś zbierający kaskę. I nie jest to na zasadzie, co łaska i jeśli w ogóle łaska. Musisz dać, ponieważ inaczej zbierający się od Ciebie nie odczepi głośno się bulwersując i krzycząc. I nie przejdą jakieś drobniaki. Cena jest ceną. Marokańczycy nie mają żadnych zahamowań przy takich zagrywkach, żadnych skrupułów i wstydu przy wyciąganiu rąk po pieniądze. To niestety psuje całą zabawę i przyjemność. Weszliśmy też w miejsce nazwane przeze mnie „białe namioty”. Są to jadłodajnie. To, co się tam wydarzyło, kiedy zostaliśmy otoczeni przez naganiaczy, ciągnięci za ręce w różnych kierunkach, krzyki w różnych językach…to wytrąciło mnie z równowagi. Gwałtownie się wyszarpałem i zwyczajnie uciekłem. Już naprawdę nie było mi do śmiechu. Zdaję sobie sprawę, że popsułem tym samym humor innym, szczególnie poznanym dziewczynom, ale trudno. Wszystko ma swoje granice. Natarczywość i nachalność moje granice tolerancji tam przekroczyły. Udaliśmy się do restauracji na berber whisky, zrobiliśmy ostatnie wspólne zdjęcie i po wyjściu pożegnaliśmy na dobre. 3 dni spędzone wspólnie były bardzo miłe. Dziękuję!

Kolejnego dnia, porannym pociągiem, ruszyliśmy na wybrzeże. Do Casablanki.
Pociągi z Marrakeszu do Casablanki odjeżdżają co 2h, podróż trwa 3h i kosztuje 90MAD. Pociągi w Maroku (przewoźnik ONCF) są wygodne, wagony klimatyzowane i czyste. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych sposobów podróżowania po tym kraju. Myśmy podróżowali drugą klasą i jest ona o niebo bardziej zachęcająca niż „nasza” druga klasa PKP. To uświadomiło mi jak nisko stoją polskie koleje…skoro już nawet te afrykańskie, marokańskie biją je na głowę.

W Casablance wysiadamy na dworcu głównym i ruszamy w miasto w poszukiwaniu hostelu. Casablanka to styl art deco. Idąc bulwarem Mohammeda V faktycznie mija się budowle z tego okresu. Zgeometryzowane i bogate w zdobienia budynki przyciągają wzrok. Wzdłuż bulwaru biegnie linia tramwajowa, dla leniwych jak znalazł, ponieważ jedne z tańszych hosteli znajdują się w małych uliczkach odchodzących od niego właśnie. Najtańsze kwatery to okolice hal handlowych. Są małe, wciśnięte między sklepiki, brudne i nie oferują noclegu na dachu. Byliśmy nieco zawiedzeni tym faktem. Co więcej, akurat w tych najtańszych nie mieli trzech miejsc. Poszliśmy więc dalej, wciąż posiłkując się przewodnikiem Bezdroży (tak, jak napisałem we wpisie o sprzęcie- przewodnik pod względem opisu budżetowych hosteli jest genialny) w kierunku dwóch bliźniaczych lokalizacji. Myśmy wybrali akurat Hotel de Foucauld, ponieważ miał wolny pokój trzyosobowy. Zapłaciliśmy 280MAD, czyli po jakieś 93MAD za osobę. Cena jak na standard wysoka, nawet bardzo wysoka, ale tak to w Casablance już jest. Ceny europejskie, a standard gorzej niż afrykański. Co więcej, jakie hostele, takie i całe miasto. Jest brudno, unosi się niemiły zapach, wszystko jest w budowie albo w chwili obecnej, albo było i zostało niedokończone. Tym samym spacerując po ulicach tego miasta, mnóstwo budowli straszy pustymi otworami okiennymi i tymi, gdzie powinny zostać wstawione drzwi. Miejscami wygląda to tak, jak po ataku bronią biologiczną. Niemiłe wrażenie. Do Casa warto jednak przyjechać, a to za sprawą ogromnego meczetu Hassana II. Z całą odpowiedzialnością napiszę: jest ogromny, wielki i potężny. Możecie uzmysłowić sobie tę wielkość spoglądając na zdjęcie, te po prawo to bloki…czteropiętrowe. Otoczenie meczetu jest bardzo zadbane i przyjemne. Miejscowi tam przychodzą, by posiedzieć, poczytać książkę, zjeść coś. Dzieci biegają i grają w piłkę. Miejsce spotkań i spacerów. Drugi dzień zaplanowaliśmy na plażę. Była ona zaznaczona na mapie. Z naszego hostelu był to ładny kawałek drogi, ale my lubimy chodzić. Poszliśmy więc. W Casablance zobaczycie Porsche, zobaczycie Ferrari…zobaczycie też inne luksusowe samochody. Takie też nas mijały w czasie tej, dość długiej, przechadzki nad Ocean Atlantycki. Z początku wpadliśmy w rejon plaż hotelowych, myśmy jednak chcieli dostać się na plażę publiczną- miejską. Taką też znaleźliśmy. Była zaśmiecona i zatłoczona. Mimo to bardzo urokliwa, a to za sprawą skał niby wyrastających w wielu miejscach z piasku. Ponieważ duża część plażowiczów rozkładała się właśnie na tych skałkach, postąpiliśmy w ten sposób i my. Znaleźliśmy jedną dla siebie i rozłożyliśmy na niej swój kram. 
W kraju islamu kobiety się nie rozbierają. Nawet na plaży Marokanki chodzą ubrane w dżalabije, niektóre nawet mają zasłonięte twarze. Tak ubrane opalają się i kąpią. Mężczyźni generalnie noszą spodenki luźne i zakrywające kolana. Martyna ani Piotr nie mieli ochoty się kąpać, ja natomiast do oceanu wskoczyłem bardzo chętnie. To była ucieczka od lejącego się z nieba żaru! W wodzie spędziłem sporo czasu odpływając kawałek dalej od plaży i walcząc z solidnymi falami. Poczuliśmy dopiero później…spaloną skórę naturalnie. Słońce operuje bardzo mocno! Siostra i wujek smarowali się chyba jakimś filtrem, ja generalnie nie używam, spaliliśmy się bardzo podobnie boleśnie. Do tej pory w Maroko nie mieliśmy specjalnie styczności z europejskim jedzeniem. W Casablance poszliśmy do PizzaHut. Za 90MAD pizza i za 10MAD napój. Dwoma plackami we trzy osoby najedliśmy się na kolację. Wystrój oraz rodzaje pizz dokładnie takie, jakie można dostać w Polsce.

Pociąg z Casa do Tangeru kursuje co 2h zaczynając od 05:35. Zapłaciliśmy 125MAD. W Tangerze znaleźliśmy tani hostel dość szybko. Hostel Americana w starej medynie, bardzo niedaleko portu. Zawołali 60MAD od osoby za pokój 3 osobowy. Szukając tego hostelu przypałętał się do nas jakiś gość. Myśmy chodzili z przewodnikiem i mapą i szukali hostelu, a on za nami. Dotarłszy do recepcji Americany zadowolony, że nas doprowadził na miejsce wyciągną rękę po pieniądze. Wszystko, co od nas dostał to zdrowy ochrzan. Nie pomogły nawet naciągania na „jestem biednym studentem”. Dość kłamstw i naciągania! Na pytanie natomiast o prysznic w hostelu, recepcjonista zaprowadził nas na górę. Była tam łazienka w postaci bardzo wąskiego korytarza, na końcu którego była muszla klozetowa. W połowie był kranik, pod którym stało wiadro. To był nasz prysznic…mydliny natomiast leciały na zewnątrz budynku przez otwór w rogu na wysokości podłogi. W sumie luksus, ponieważ podłoga była ułożona lekko skośnie ku temu otworowi.;) Później zrobiliśmy sobie przechadzkę po mieście, wymieniliśmy ostatnie dirhamy, ponieważ trzeba pamiętać, że waluty tej nie wymienimy nigdzie poza samym Maroko, a jej wywóz swoją drogą jest karalny. Karalne jest też wywożenie zwierząt oraz świeżych owoców i warzyw. Martyna jednak przemyciła osiem owoców kaktusa i nie ucięli jej głowy maczetą. Można? Można.:) 

Zahaczyliśmy o „herbaciarnię” gdzie można napić się berber whisky, później zapalić haszu i cóż…żegnaj Afryko! Wsiedliśmy na prom i drogą znaczoną przez kilwater popłynęliśmy do Hiszpanii!


wtorek, 9 grudnia 2014

Bliza- aktualizacja.

Bliza- dla przypomnienia, jest to odznaka "miłośnika latarni morskich" od Towarzystwa Narodowego Muzeum Morskiego. Akcja polega na tym, by kupić paszport Bliza oraz przy odwiedzaniu latarni morskich polskiego wybrzeża, zbierać w nim pieczątki.

Paszport umożliwia zdobycie trzech odznak.
Pierwsza (brązowa) przyznawana jest po zdobyciu 5 latarni przez 2 lata.
Zdobycie wszystkich 13 latarni upoważnia do przypięcia sobie odznaki srebrnej, która umożliwia bezpłatne, ponowne zwiedzanie latarni morskich.
Dodatkowo, udowodnienie zwiedzania minimum 3 latarni zagranicznych, umożliwia zdobycie odznaki złotej. Ta upoważnia do bezpłatnego zwiedzania latarni morskich oraz wolnego wstępu na wystawy organizowane przez Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku oraz muzeum Latarnictwa i Ratownictwa Morskiego w Świnoujściu.

Ja, szczerze, już myślałem, że mój paszport z odznaką gdzieś przepadły przy okazji przeprowadzek. Ale jednak nie, znalazłem zarówno jedno jak i drugie, z czego niezmiernie się cieszę. Mnie, do odznaki srebrnej brak jeszcze Gąsek, Gdańska i Krynicy Morskiej. To pierwszy cel na przyszły rok! Polsko! To jest u Ciebie do załatwienia!:) Tymczasem zechcę zebrać 3 zagraniczne...

Zdjęcie od Jacka- Turysty wykonane podczas wspólnej wycieczki rowerowej do Krynicy Morskiej 06 stycznia 2013r. (https://picasaweb.google.com/104503767823112509381/WielbAdziGarb?authkey=Gv1sRgCP342IP6g_ep7gE#5830318631798106018)

niedziela, 23 listopada 2014

Pustynia nie ma zapachu.

Supratour zajeżdża do Merzougi w okolicach 06:00. Już wysiadając z autobusu wiem, że będzie mi się tu podobało. Jest CISZA i niczym nie śmierdzi. W zasadzie…tam nie ma żadnego zapachu. Pustynia i rozrzucone na niej domki z gliny naprawdę nie pachną, ani nie śmierdzą. Tu nie ma zapachu. Miasto śmierdzi spalinami, wieś też ma swój zapach, las pachnie lasem i wilgocią. A pustynia nie ma zapachu…potęguje to odczucie pustki. Bezkresnej pustki.

Z początku zaczęliśmy poszukiwania hostelu. By było sensownie tanio i przede wszystkim, by można było spać na dachu. Zakochaliśmy się w tym sposobie noclegu. Znalazł się w zasadzie sam. Siedział na przystanku autobusowym i nie narzucał się. O nie. Od niechcenia powiedział, że noclegi na dachu za 25MAD i ewentualnie noclegi na pustyni z przejazdem wielbłądem. Nie zaczepiał, nie ciągną za rękę, nie krzyczał. Powiedział. To było coś! I za nim poszliśmy do Petit Prince. Hotel jest spory. Na dachu mnóstwo miejsca i powiem Wam, że dach ten się uginał. Był zrobiony z gałęzi leżących na belkach i całość pokryta jakby gliną? Wrażenie bardzo dziwne. Mieliśmy łazienki i toaletę i zaraz
obok jakby dziedziniec, gdzie były rozwieszone linki do suszenia ubrania. Do użytku gości jest też świetlica. Duża sala z wieloma miejscami do leżenia, pomiędzy nimi stoliki i wiatraki przy suficie. Oczywiście są też zwykłe pokoje, ale ceny niestety Wam nie podam, ponieważ my od razu zaczęliśmy rozmowę o wycieczce na pustynię. Apropos samego pomysłu: ja chciałem generalnie sam iść w pustynię. Znaleźć tam jakąś kępę drzew (bez śmiechu, bo są!!), rozpalić malutkie ognisko (na ile opału się znajdzie), zjeść w jego blasku i kimnąć się na piasku. Brak mi takich prostych zajawek. Tak po prostu pójść, zjeść, zasnąć. Martyna z Piotrem, a także Jana z Katheriną skłaniali się jednak ku zorganizowanej wycieczce. Aż tak asertywny nie jestem (choć wciąż nad tym pracuję) więc i tamtym razem zgodziłem się dołączyć do większości. Przy herbacie zaczęliśmy targi. Z początku usłyszeliśmy cenę 450MAD za wycieczkę, która zacząć się miała o 19:00, mieliśmy na wielbłądach pojechać 1.5h w pustynię. Na miejscu biwaku przenocować w berberyjskich namiotach posilając się wcześniej solidną kolacją. Była nas piątka, w związku z czym zdecydowaliśmy się targować ostro i tym sposobem zeszliśmy jedną trzecią. Docelowo zapłaciliśmy 300MAD za osobę. To była godzina lekko po 07:00, mieliśmy więc duuuużo czasu wolnego. Na czas samej wycieczki wielbłądowej, oraz na czas jej oczekiwania bagaże mogliśmy zostawić w jednym z pomieszczeń, które stanowiło trochę składzik, a trochę pokój sypialny. Plan wyglądał następująco: teraz zrobimy sobie krótki spacer na pustynię sami, później zakupy przed wycieczką zorganizowaną i odpoczynek w pomieszczeniu w czasie największego upału, czyli okolic 16:00.

Zabraliśmy tylko niezbędne przedmioty i ruszyliśmy w pustynię, która zaczynała się zaraz za
ogrodzeniem! I znów…wrażenie ogromne. Dookoła piasek, dookoła wydmy, dookoła tylko żółto i niebiesko. Słońce nie było jeszcze zbyt wysoko, piasek był sensownie chłodny, szło się naprawdę miło. Robiłem dużo zdjęć, kręciłem sporo ujęć. Pustynia bardzo przypadła mi do gustu. Po krótkim odpoczynku, który urządziliśmy sobie na jednej z wyższych wydm, Katherina i Jana zdecydowały, że będą powoli wracały do hotelu. Myśmy zdecydowali, że ruszamy na majaczącą z dala wydmę gigant. Na pustyni jednak bardzo ciężko dobrze oszacować odległość i jak to zwykle bywa, cel naszej przechadzki okazał się być dużo dalej niż się spodziewaliśmy, a wody w butelkach szybko ubywało. A słońce było coraz wyżej. A piasek coraz bardziej gorący. A wiatr zapytacie? Był. Czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.:D Po pokonaniu kolejnej, nie wiem nawet której, wydmy naszym oczom ukazało się spore wypłaszczenie na środku którego jak gdyby nic stała sobie…studnia z wodą. Do polania się od góry do dołu wodą nie było trzeba mnie przekonywać! Ale ulga!! Urządziłem sobie nawet video z basket challenge, podczas to którego nominowałem papieża i Władimira Putina, ale zapomniałem o przestawieniu ostrości w aparacie z autofocusa na manual i ostre są drzewa za mną zamiast mnie. Dlatego nie upubliczniam.;) Oblany wodą wyschłem w…niecałe 15min. Ale przynajmniej koszulka zrobiła się znów miękka, ponieważ najpierw nasączona i później odparowana z potu była sztywna jak zbroja.

…ale…

Nieubłagalnie przyszedł czas pustych butelek z wodą co oznaczało konieczność powrotu. A ten prosty nie był. Suszyło w gardle, człowiek się pocił. Piasek był natomiast jak patelnia. I ta patelnia pokonała moje sandały Teva Hurricane III, po prostu się rozkleiły pod wpływem gorąca.  Z lekka się umęczyliśmy, ale dotarliśmy do drzwi hotelu. Mijaliśmy po drodze sporo osób, które zakopywały się w gorącym piasku i do tego przykrywały kocami. Ponoć tak leczą tu reumatyzm. Wygrzewają się. I ponoć działa.

W hotelu, w świetlicy, zastaliśmy zmęczone, śpiące dziewczyny. Martyna z Piotrem też sobie przycięli komara, a ja wziąłem się za zapiski w notesie (to na ich podstawie piszę teraz:). W
pomieszczeniu było nawet znośnie. Było nawet bardzo przyjemnie, tak sennie, ciepło, sielsko, cicho i spokojnie. Gdybym był pisarzem, poetą…kimś kto do pracy potrzebuje spokojnego, odludnego miejsca, siedziałbym właśnie w tej świetlicy w Petit Prince. Na wielbłądach nie zapewniali wody, poza tym tego dnia nic praktycznie nie jedliśmy. Zachciało nam się sklepu. Ruszyliśmy w osadę. Piszę osadę, bo raczej ciężko to nazwać wsią. I sklep się znalazł. Można było tam kupić wodę, JEDNĄ konserwę rybną, która leżała baaardzo długo na ladzie. Zdążyła wręcz wyblaknąć. Można było wziąć Fantę i jakieś takie niby ciastka…w bułce…z nadzieniem. I to w zasadzie wszystko, co było na wyposażeniu sklepu. Woda w normalnej cenie za 6MAD (kupując w hotelu zapłacicie 9MAD). Niestety nie określę Wam lokalizacji sklepu, ponieważ oni raczej nie mają tam nazw dróg szutrowych.;) Przed wyjazdem wielbłądzim zrobiłem sobie jeszcze pranie. Wyglądało następująco: namoczyłem spodnie, namydliłem, wypłukałem, rozwiesiłem. Namoczyłem koszulkę, namydliłem, wypłukałem, rozwiesiłem. Założyłem suche spodnie, umyłem ręce, twarz i włosy, ubrałem suchą koszulkę. Wszystko…w 20min.:)

Do naszej piątki dołączyła jeszcze grupa pięciu(?) chłopaków z Austrii i Szwajcarii. Każdy dostał dromadera i tym razem karawaną ruszyliśmy ponownie w nieprzebyte piaski. Na wielbłądzie w sumie spoko, ale po pół godzinie to tyłek jest tak obity, jak nawet nie jest po miesięcznej wyprawie rowerowej na sztywniaku. I zakwasy po wewnętrznej części ud straszne. „Wrażenia takie se.” Oczywiście atrakcja genialna i polecam.;) Po półtorej godzinie dotarliśmy do miejsca, skąd było było widoczne nasze obozowisko. Zsiedliśmy z wielbłądów, które zostały zabrane w jakieś tajemnicze miejsce na popas. Nam natomiast polecono wspiąć się na wysoką wydmę by obejrzeć zachód słońca. Słońca były już ostatki, jednak zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, była też chwilka by pomyśleć i zeszliśmy na dół, do obozu. Obóz nie przypominał obozu, jaki dla mnie jest obozem. Chatki były
zbite z desek i przykryte pledami/kocami. Po środku stał stolik, dookoła niego taborety, była brama do obozu, była kuchnia na uboczu, było światło z żarówek. Zasiedliśmy do stołu i zostaliśmy poczęstowani na wstępie berber whisky. Później długo czekaliśmy i zjedliśmy solidne tajin z ziemniakami, marchewką i kurczakiem. Powiem tak: najważniejsze, że zapchałem brzuchala.;) Później jeszcze owoce i czas na koncert. A koncert zrobił wrażenie! Chłopaki grali naprawdę bardzo fajnie (w tym momencie polecam wrócić do filmu z Maroka). Widoczny na filmie Berber w okularach okazał się być inteligentnym mężczyzną. Po studiach i ze znajomością angielskiego, niemieckiego, francuskiego, kilka słów duknął po polsku i oczywiście mówił w swoim „jakimś tam” dialekcie charakterystycznym dla tej- wschodniej części Maroko. Byłem pod wrażeniem! Pełni wrażeń padliśmy na prycze świadomi jutrzejszej wczesnej pobudki.

Ponieważ wyjazd autokaru Supratour z Merzougi jest o 08:00, a trzeba być wcześniej, a myśmy byli 1.5h wielbłądem od przystanku, a…dlatego pobudka była już o 05:30. I wiecie co? Kropiło (bo w nocy była burza! Tak, burza na pustyni!!) i silnie wiało. Pogoda całkowicie niepustynna. Jazda na wielbłądzie po pustyni? Szybko znikające i znów pojawiające się pomiędzy chmurami gwiazdy nad głową? Rześki wiatr i tylko jego szum w uszach? Dookoła nicość? Już wiem, po co był ten cały wyjazd. Właśnie po ten moment! Właśnie tu był cel tej podróży.

Z Merzougi wyjechaliśmy dokładnie o 08:00. Następny przystanek? Marrakesz!

wtorek, 4 listopada 2014

Szosowcy:ja, 1:1.

Dziś wreszcie wolne. Od 12dni wolne. Zdecydowałem się skorzystać z wyjątkowo ładnej, jak na ten okres, pogody w Anglii i ruszyć na rower. Wstępnie planowałem lekką pętelkę z jednym solidniejszym podjazdem o długości ledwo 20km. Tak na spokojnie. By dość szybko wrócić i siąść do pisania. Z tego też powodu zabrałem ze sobą tylko klucze do domu. Trochę nieodpowiedzialnie powiecie? Troszkę tak. Żadnych narzędzi, dętki zapasowej. Nawet telefonu nie wziąłem, a o czymś do zjedzenia lub picia nie myślałem kompletnie.

Pierwsze kilometry spowodowały taki szeroki uśmiech na mojej twarzy, że śmiałem się jakbym był
po trawce. Wiecie…śmiejesz się bez sensu jednocześnie wiedząc, że jest to głupie. Śmiechu nie da się pohamować…Słoneczko, ciepło, prawie bezwietrznie, noga podaje. Decyzję podjąłem błyskawicznie i w Harringworth zamiast w prawo skręcam w lewo i jadę na 70km nad jezioro Rutland. Moją ulubioną miejscówkę w najbliższej okolicy. Miałem nadzieję, że drogę pamiętam i dam radę bez GPS-a. Miałem nadzieję, że żadnej awarii po drodze nie złapię. Miałem też nadzieję, że nie stanie się też nic takiego bym musiał dzwonić po pomoc. Na końcu wreszcie, liczyłem na to, że zjedzone śniadanie wystarczy na te kilometry. Trochę na wariackich papierach. Nie lubię tak, ale ponoć spontany też są dobre. „Ostatecznie to tylko 70km”- mówiłem sobie.

Po drodze mnóstwo małych podjazdów. Małych, ale dość stromych, które z lekka dają w kość. Lubię takie zrobić na stojaka, choć kosztuje to trochę więcej sił niż wysoka kadencja z siodełka. Nic jednak nie zakłóca niesamowitej atmosfery wąskich, bocznych asfaltów. Takie są chyba tylko w Anglii. Dobrze utrzymane, biegną między wysokimi żywopłotami. Dookoła tylko pola. Drogi są tak wąskie, że dwa większe samochody będą miały problem by się minąć, brak wymalowanych białych pasów, czasem tylko trafi się napis SLOW. Surowo, pięknie. Często zdarzają się też długie szpalery drzew. To, co u nas w Polsce powoli się usuwa. A już od dawna przycina gałęzie sięgające zbyt daleko nad asfalt. Tutaj? Drzewa bardzo często złączają się nad jezdnią tworząc jedyny w swoim rodzaju tunel. Jazda w jego cieniu to atrakcja sama w sobie! Tak…surowo…to jest dobre słowo…tu się jeździ…surowo.

Docierając powoli nad jezioro zobaczyłem sporo przed sobą rowerzystę na szosówce. Byłem co
prawda na góralu z dwucalowymi oponami terenowymi, ale postanowiłem gonić. Takie urozmaicenie.:) Dogoniłem, objechałem i dumny z siebie dojechałem do bramki, która oznaczała wjazd na szutrową ścieżkę dookoła jeziora.

Rutland jest dużym jeziorem nad, którego brzegiem są ścieżki rowerowe (terenowe), są ścieżki spacerowe, można wynająć rowery, rowery wodne, żaglówki czy łódki. Można łowić ryby. Pływać nie można, z czego bardzo jestem niezadowolony. Mam tam taką swoją jedną ławeczkę, na której zawsze przysiądę i posłucham ciszy. Szum drzew i szum fal, śpiew ptaków, koncert cykad i koników polnych. Taki odpoczynek od miasta i fabryki. Koi zmysły.

Okrążam jezioro i na chwilkę wjeżdżam na główną drogę Corby- Stamford. Ten 14km odcinek jest niemiły z racji dużej ilości samochodów i braku pobocza. Tu, w Anglii, ani razu nie widziałem pobocza na głównych drogach. Szybko jednak znów odbijam na Harringworth i z burczącym brzuchem zmierzam do domu. Średnia z lekka spada i nagle słyszę z tyłu charakterystyczne dla kół Mavica, głośne cykanie bębenka. Do tego taki głuchy dźwięk pedałowania i jazdy na mało gładkim asfalcie. Już wiem co zaraz będzie. 3…2…1… i mija mnie wycinak jadący na moim marzeniu: Pinarello Dogma. Cudowny matowy czarny kolor roweru tylko mi mignął i zniknął za zakrętem. Szybko przyszło…szybko poszło. Szosowcy: ja, 1:1.:)

Do domu wracam z lekka zmęczony. Mogłem zabrać choćby batona i puszeczkę coli. BUM!  

środa, 22 października 2014

Maroko...czy naprawdę spoko?

W Fezie autobus zajechał na dworzec znajdujący się bardzo blisko medyny. Ucieszyło nas to, ponieważ hostel mieliśmy zaraz przy bramie Ab Boujloud. Wysiedliśmy z autobusu i pierwsze, co nas uderzyło to śmieci i smród. Nie, to nie był brzydki zapach. To był naprawdę smród. Może pod wpływem tego odoru, może po prostu z własnej głupoty, popełniliśmy błąd. Tak, jakbyśmy byli na wyścigu, a nie na wakacjach. Od razu zdecydowaliśmy się jechać do centrum, do biura Supratour (naszego przewoźnika do Merzougi). Chcieliśmy od razu zabookować sobie bilety w dalszą drogę. Było już blisko zachodu słońca, byliśmy zmęczeni jazdą w upale i kurzu. Mimo to ruszyliśmy Petit Taxi ze wszystkimi bagażami na wariata do biura. Ja, ponieważ plecak miałem mały wziąłem go zwyczajnie ze sobą między kolana, wujka plecak wylądował w bagażniku. Martyny wór kierowca
wrzucił natomiast na bagażnik na dach. Plecak nie był nijak zabezpieczony przed wypadnięciem i trochę się obawialiśmy czy zwyczajnie nie zostanie gdzieś na jezdni przy mocniejszym hamowaniu lub na wyboju. Kierowca skwitował to krótko: „No worries”.:) I pojechaliśmy. Bez taksometru. Kiedy zwróciłem mężczyźnie uwagę by go włączył odpowiedział tylko, że się dogadamy.

-Ok- pomyślałem- i tak nie dostaniesz więcej niż 15MAD. Tyle właśnie z centrum do medyny płaciłem jadąc z Szelą. I to jest dobry sposób, poznać ceny z miejscowym. Przecież nikt nie lubi się go brzydko mówiąc „rucha na hajs”. Czy się mylę?

Dobiliśmy targu z kierowcą, wysiedliśmy pod biurem i skierowaliśmy się prosto do kasy. „System blocked”, biletów nie zarezerwujemy. Koniec kropka. Czy jutro rano jak przyjdziemy to będą wolne miejsca na pojutrze? Będą? Ok, super. Będziemy jutro rano. Tyle właśnie załatwiliśmy. Jakbyśmy byli na wyścigu. A można było spokojnie iść do hostelu, przespać się i odwiedzić biuro następnego dnia. Na wakacjach, a wciąż w pośpiechu…

Taxówką wróciliśmy od razu pod bramę Boujloud i do hostelu Cascade trafiliśmy bez najmniejszego problemu. Znajduje się zaraz obok bramy po prawej stronie. Jest dobrze oznaczony. Mimo to: współrzędne GPS specjalnie dla Was: N34°03.698’ W004°59.013’. Czy są miejsca na dachu? Są. Za 40MAD. W pokoju za 100MAD. Bierzemy dach, dostajemy materac i koc. Standard. Nowością jest tylko to, że gość ma obowiązek znoszenia swojego posłania każdego ranka do małego składzika. Nawet, jeśli zostaje na tydzień. Toalety znajdują się w budynku, więc za każdym razem trzeba zejść na dół. Dach, pod jakim śpimy w Cascade jest zrobiony tylko z bambusa, w przypadku deszczu będzie więc przemakał.

My zjadamy pyszne tajin za 40MAD (najpierw sałatka z pomidora, sałaty i ogórka, później grillowana papryka z gotowanymi pomidorami i na koniec tajin: mięso mielone, jajko sadzone i sos pomidorowy, na koniec spory półmisek z owocami), popijamy to berber whisky za 7MAD i padamy zmęczeni przy akompaniamencie modlitw muezinów. Następny dzień rozpoczynamy od wycieczki do budki naprzeciw hostelu po placek z masłem i serem za 5MAD. Później zaraz obok do sklepiku po wodę za 6MAD i tak wyposażeni ruszamy ponownie do centrum. Tym razem piechotą zwiedzając przy okazji dzielnicę żydowską oraz znajdujący się na jej terenie bazar. Szczególne wrażenie robi na mnie dział z rybami i mięsem. Warunki są tu maksymalnie niehigieniczne, muchy latają nad wyłożonymi płatami mięsa, unosi się odór zgnilizny, a jeden ze sprzedawców po skaleczeniu się wielkim nożem masarskim…owinął sobie ranę torebką foliową. Krew cieknąca na zmielone mięso nikogo nie odstraszała od zakupów.


Po 40min marszu docieramy do dworca kolejowego, a zaraz naprzeciwko znajduje się biuro Supratour. System działa, ale na dziś biletów nie ma. Są dopiero na pojutrze. Ale zaraz zaraz, wczoraj wieczorem mówił Pan, że na dziś będą, a nie ma nawet na jutro? Ale z marokańską obsługą to jak kopać się z koniem…Pracownika biura nie interesuje, że w kolejce czekają
klienci. I to nie jeden zagubiony, ale trójka lub więcej. Co z tego, on teraz rozmawia z kumplami, nie ma czasu na obsługę. A Ty stoisz i czekasz. Taka mentalność, dla Europejczyka (tym bardziej dla mnie, któremu wbijano przez 3.5 roku na studiach standardy usług) może być sporym szokiem i pozostawić negatywne wrażenie. Bierzemy bilety na pojutrze, kupujemy też od razu bilety z Merzougi do Marrakeszu na zaplanowany dzień. Powoli wracając do hostelu wstępujemy jeszcze do Carrefoura. Do sporego centrum handlowego w zasadzie, którego tylko małą częścią był sam Carrefour. Po sklepach nie chodziliśmy, mieliśmy natomiast ochotę spróbować jakiegoś marokańskiego piwka. Śmiesznie to może brzmi. Chcieliśmy spróbować alkoholu z państwa muzułmańskiego, gdzie jego spożywanie jest zakazane. Ale da się. W Carrefour nie ma półki z alkoholem w głównej hali sklepu. Jego sprzedaż odbywa się w małym pomieszczeniu znajdującym się na poziomie parkingu podziemnego. Piwko jest dość drogie w porównaniu do Polski. Zdecydowaliśmy się na trunek o nazwie Casablanca, ponoć jedno z lepszych marokańskich, jednak też jedno z droższych (20MAD czyli ponad 7zł za zwykłego lagera). Dodatkowo, wejście do środka pozwoliło choć na chwilę uciec od upału lejącego się z nieba. A jest w okolicach 14:00 i około 38 stopni. W cieniu.

Zmęczeni marszem docieramy do hostelu. Robimy sobie krótką przerwę, jednak zachęceni zdjęciami z przewodnika ruszamy na poszukiwania farbiarni. Na mapce mamy je zaznaczone, ale sama mapka jest o „kant dupy” potłuc. Zagłębiamy się mimo to w labirynt największej medyny w Maroko licząc na łut szczęścia. Szczęście spłatało nam jednak figla. Owszem, znaleźliśmy drogowskaz na farbiarnie, było nawet przy nim zdjęcie samej atrakcji (ładne kolorki w okrągłych kadziach). Oczywiście zaraz przypałętał się „przewodnik”, za którym idąc między wysypiskiem śmieci, a składem złomu dotarliśmy do farbiarni. Okazało się, że miejsce nie ma nic wspólnego ze zdjęciem, którym zachęcał nas młodzian. W farbiarni było śmierdząco, brudno i szaro. Żadnych barwników. I kadzie nie były okrągłe, a kwadratowe. Niezrażony naszymi minami wyrażającymi jednoznacznie rozczarowanie „przewodnik” zaciągnął nas jeszcze na wzgórze, by pokazać panoramę medyny i na koniec jeszcze do sklepiku z perfumami swojego „kogoś”. Wujka, dziadka…zmęczony i rozczarowany nawet nie wnikałem. W sklepie wzięliśmy udział w „przedstawieniu”, po którym i tak nic nie kupiliśmy. Wujek lubi pachnieć jak spaghetti i później na jakimś straganie kupił sobie jakieś aromatyczne olejki, ale ja jeśli już mam się czymś pryskać to wybieram raczej mocnego Antaeusa.;) Zapłaciliśmy naszemu przewodnikowi i lekko zniesmaczeni wróciliśmy na „swój” dach.

Jeśli czytaliście inne relacji z wyjazdów do Maroka, to może się Wam zdawać, że to niezły fun. Idziecie sobie klimatyczną, wąską uliczką i wszyscy do Was krzyczą, zachęcają do czegoś, uśmiechy ludzi, łapie Was przewodnik i gdzieś ciągnie, później wprowadza do sklepu swojego ojca, ten częstuje herbatą, pokazuje produkty, które sprzedaje. No bajka po prostu! Tak egzotycznie, atrakcyjnie! A jakie są fakty? Nie chcę generalizować, ale fakty są takie, że Ci ludzie patrzą na turystów jak na chodzące symbole dolara. To nie jest gościnność, to nie jest chęć pokazania Wam ich kultury. To jest chęć wyciągnięcia z Was kasy. Częstowanie herbatą i „show”, jakie odbywa się w
sklepach mają za zadanie wywołanie w Was poczucia: „no skoro sprzedawca się tak starał, wypiliśmy od niego tą herbatę, zabraliśmy mu czas, to już coś kupmy”. I nawet nie myślicie o cenie. Niech ma, skoro jest taki miły. Wybaczcie, ale taka jest rzeczywistość. Nie polubiłem Marokańczyków, ich mentalność, sposób bycia w ogóle nie przypadł mi do gustu. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że kiedy gdzieś jadę to chcę się prześliznąć po ludziach najlepiej za darmo. To nie jest tak, że jestem wielkim podróżnikiem, niech mnie zapraszają do siebie do domów, częstują jedzeniem, a ja pojadę dalej zadowolony, że zaoszczędziłem na obiedzie. To nie tak. Ale jeśli czegoś nie potrzebuję to nie potrzebuję. Nie chcę dżalabiji, nie chcę chaszu ani nie chcę teraz nic jeść! Chcę pochodzić, zagłębić się w klimat. Chcę porozmawiać z ludźmi bez świadomości, że na koniec rozmowy wyciągną do mnie ręce po pieniądze. A jak nie zapłacę to powiedzą „zmarnowałeś mój czas”. Nie wymyśliłem sobie tego, coś takiego usłyszałem.

Chyba wywaliłem z siebie już całą żółć. Wracajmy więc do Fezu. Resztę dnia spędzamy w takim jakby „living roomie” w hostelu popijając miętową herbatę. W tzw. miedzyczasie do hostelu wchodzą dwie znajome twarze, Niemki, które spały obok nas na dachu w Mauretani. Witamy się ponownie uśmiechami, nie mamy pojęcia, że niedługo poznamy swoje imiona. Wieczorem wychodzimy jeszcze obejrzeć rozświetloną medynę i zasypiamy. Następnego dnia nie odpuszczam farbiarni. Studiuję jeszcze raz mapkę i ponownie, przyznam szczerze że nie bez zniechęcenia, ruszam w medynę. Brniemy tym razem głębiej niż zazwyczaj i nie zniechęcają nas kończące się stragany. Tym sposobem trafiamy, tam gdzie chcieliśmy- farbiarnie Chouara. Wstęp na taras jednego ze sklepów z wyrobami skórzanymi to koszt 50MAD za 3 osoby. Na tarasie w zasadzie nie czuje się smrodu, jednak dla co bardziej wrażliwych można dostać gałązki mięty. Z góry bardzo ładnie widać całe farbiarnie połączone z garbiarnią. Różnokolorowe, naturalne barwniki w okrągłych kadziach robią niesamowite wrażenie. Zdecydowanie polecam widok! Usatysfakcjonowani i obrobieni w zdjęcia wracamy do hostelu, jednak w głowach mamy jedno stwierdzenie mężczyzny, który wprowadzał nas na taras nad farbiarniami. „Wszystko jest naturalne i trafia do…rzeki”. Wujek uparł się, że chce tę rzekę zobaczyć. Tym samym po obiedzie ruszamy, już wieczorową porą, poza medynę, na most nad rzekomą rzeką. Docieramy na miejsce, choć podczas spaceru nie czuję się specjalnie bezpiecznie. To znaczy nie boję się, ale przechodzimy przez dawno zapomniane, lub wręcz nigdy nie odkryte przez Europę obszary medyny, gdzie miejscowi patrzą się na nas z lekka krzywo, a dzieciaki biegają i zaczepiają. To nie było miłe wrażenie. Rzeka również takiego nie sprawia, przypomina bardziej czarny ściek. Samo koryto to typowe wysypisko śmieci, a najlepsze jest to, że w niedaleko nas spora grupa Marokańczyków rozkręca wieczorny piknik. Wracamy chodnikiem
biegnącym wzdłuż murów medyny, wymieniając między sobą wrażenia, raczej niezbyt pozytywne. Po powrocie do hostelu kierujemy się jeszcze na chwilkę do living roomu i czytamy w przewodniku o Merzoudze pytając się jednocześnie obsługi hostelu czy dobrze zrobiliśmy, e tam jedziemy. Zainteresowane dziewczyny z Niemiec pytają, kiedy się tam wybieramy. Okazuje się,  że one ruszają na pustynię tego samego dnia. Tym samym przestajemy być dla siebie Polacy- Niemcy. Od wtedy jesteśmy Katherina i Jana oraz Martyna, Piotr i Rafał. Kolejny dzień kończymy na dachu. Świeże powietrze, miękkie materace i ciepła noc…


Ostatni dzień pobytu w Fezie jest typowo wypoczynkowy, wymieniamy w pobliskim kantorze
nieco więcej pieniędzy, mając świadomość, że Merzouga to już z lekka koniec świata. W hostelu Cascade, który wyjątkowo przypadł nam do gustu robimy sobie zdjęcie z przemiłymi pracownikami, zostawiamy im na pamiątkę kartki z miłymi słowami, które umieszczają pod szklanymi blatami stołów. Gdyby ktoś z Was kiedyś zawitał do hostelu Cascade, mam pewność, że gdzieś tam je odnajdziecie. Pakujemy się i ruszamy pieszo do centrum, do biura Supratour na autokar do Merzougi odjeżdżający codziennie o 21:00. Warto być około 30min przed odjazdem, ponieważ trzeba wcześniej zdać bagaż, za który zapłacimy 5MAD. Zdając bagaż w kilka osób (tak jak my, w trójkę) zapłacicie raz. Koszt biletu to 190MAD. O Merzoudze czytaliśmy w przewodniku Bezdroży mnie więcej w takim tonie: mała wioseczka na pustyni, bardzo wysokie ceny za hotele, ciężko dojechać, ciężko też się wydostać, należy uważać na nierzadko agresywnych miejscowych, kiedy odmawia im się skorzystania z
zaproponowanych usług…nie zdziwicie się chyba, że z lekka się naszego celu obawialiśmy. Siedzenia z autokarze rozkładane, klimatyzacja, czysto, głowa leci…muzyka w uszach…zasypiam.

środa, 15 października 2014

Film z Maroka!

W tak zwanym międzyczasie powstał film z mojej ostatniej wycieczki odbytej z Martyną i Piotrem. Moim wujkiem i kuzynką. Zapraszam!

niedziela, 5 października 2014

Lodówka na dachu i granat w autobusie...

-Happy holiday Rafal!- takie głosy rozlegają się dookoła na fabrycznym korytarzu, kiedy odbijam kartę o 13:50 w środę.

Szybko rowerem wracam do domu. Po zjedzeniu obiadu, pakuję plecak i dopinam resztę drobnych spraw. W nocy śpię nadzwyczaj spokojnie, co zwykle przed wyjazdami się nie zdarza. Ale tym razem jadę all inclusive. Czym wiec miałbym się stresować?

Na Stansted ruszam z Piotrkiem i po krótkiej przerwie w Burger Kingu, docieram na lotnisko. Mimo, że nie zdaję bagażu do luku, odprawa trwa długo i już na początku mamy opóźnienie ponad 40min. Stoję spokojnie w kolejce do gate-a czytając jakąś darmową gazetę z lotniska. Wokół same ciemne karnacje. Pasażerowie samolotu od razu zdradzają kierunek lotu. Afryka wita mnie już w Anglii. Przy kontroli paszportów już w kabinie samolotu wita mnie uśmiech Polki, która pracuje jako stewardessa w Ryanairze.
-Najmniej egzotyczne nazwisko w tym zestawieniu- kwituje.
Lot przesypiam ze słuchawkami w uszach. Po zmroku ląduję na feskim lotnisku, będącym jeszcze mniejszym niż warszawski Modlin. Jest tam w zasadzie jeden pas startowy z „rondem”, na końcu którego zawracają samoloty i podjeżdżają pod „arrivals”. A to wszystko pośród pustki wyschniętych, karłowatych krzaków.

Przy wjeździe do Maroka nie potrzeba wiz. Potrzeba jedynie paszportu, oraz już na lotnisku trzeba wypełnić odpowiedni druczek. Królestwo Maroka wymaga następujących informacji:
-imię i nazwisko
-data i miejsce urodzenia
-cel wjazdu do Maroka
-zawód (ponoć najlepiej jest wpisywać proste zawody typu piekarz, mechanik…)
-adres w Maroko (ja podałem pierwszy lepszy hotel z przewodnika)

Kolejka do wyjścia dłuży się niesamowicie. Każdy pojedynczy podróżny jest wpisywany do systemu,
stąd tak długi czas obsługi. Już na lotnisku można wymienić pieniądze, co też czynię. Wiedziony doświadczeniem wymieniam tylko taką sumę, która niezbędna mi będzie do przetrwania do jutra. Na lotniskach bowiem, kurs zwykle jest mniej korzystny. Orientuję się również, że w kantorach można spokojnie wymienić funty. Niepotrzebnie więc biegałem i wymieniałem walutę angielską na dolary. Spokojnie można przywieźć ze sobą funta szterlinga bądź euro. Wychodzę z lotniska i od razu napadają mnie taksówkarze. Ledwo udało mi się od nich uwolnić. Poinformowali mnie jednak, że autobus, o którym czytałem w Internecie o tej porze już nie kursuje. Niezrażony ruszyłem jednak do głównej ulicy. Spytałem, tym razem, parkingowego, który poinformował mnie gdzie jest przystanek autobusowy. Chciałem dowiedzieć się sam, kiedy był ostatni odjazd i o której jest pierwszy autobus jutro do centrum Fezu. Przystanek znalazłem i owszem, jednak próżno szukać tam było jakiegokolwiek rozkładu jazdy. Siadłem więc na krawężniku i zastanawiałem się co też mógłbym zrobić. Planowałem bowiem, albo iść do centrum (około 12km) albo przespać się w okolicznych krzakach i jutro pojechać do Fezu. Za taxówkę wołano 150-200MAD. Dosiadł się do mnie Szela. Okazał się być miejscowym, który pracuje przy ładowaniu bagaży do luków samolotów.
-Bus…5 minutes- powiedział, spoglądając na zegarek. 
Od razu mnie pocieszył. 5 minut później faktycznie podjechał autobus linii 16. Kosztował 4MAD. Finalnie Szela zapłacił za nas dwóch. Ja natomiast zapłaciłem za taxi z centrum do medyny 15MAD. W medynie zaczął mnie prowadzić po jakiś wąskich uliczkach, wreszcie otwierając nijak
nieoznakowane drzwi, mówiąc że jego kolega przyjmuje tutaj turystów. Wewnątrz budynek prezentował się okazale. Wszędzie pełno mozaiek, przestronne pokoje. Kilka pięter i widok na medynę z tarasu. Tylko cena…400MAD. Ugięły mi się kolana jak to usłyszałem. Miałem też w świadomości to że zwyczajnie schrzaniłem sprawę. Pozwoliłem się wprowadzić gdzieś w labirynt wąskich uliczek największej medyny w Maroko. Nie pytając o cenę, pozwoliłem sobie zaścielić łóżko. Cenę zacząłem ustalać dopiero po tym wszystkim. Udało się stargować do 300MAD, co wcale mnie nie pocieszyło. Cóż…nauczka. Zjadłem zaserwowaną kolację. Wziąłem zimny prysznic.
Przespałem noc, która była na tyle gorąca, że śpiąc jedynie w bokserkach, nawet tylko pod prześcieradłem było mi za gorąco. Następnego rana moi gospodarze zabrali mnie do centrum. Poszliśmy na śniadanie, na które składał się placek z kuskusu z masłem (około 6MAD) i mocna kawa (7MAD). Później rozstaliśmy się i oni poszli na zakupy, ja natomiast na autobus do Szefszawanu, gdzie miałem spotkać się z kuzynką i wujkiem. Niestety na 10:00 biletów już nie było. Udało mi się
kupić miejsce w autokarze na godzinę 12:30. Miałem więc trochę czasu by pochodzić po Fezie. W samym mieście w zasadzie nie ma co zwiedzać. Klimat naturalnie jest inny niż gdziekolwiek indziej, gdzie byłem, ale daleko jeszcze do sytuacji, kiedy nie wiadomo co fotografować i na no patrzeć. Ot ulice, samochody, zabudowania w lekko kolonialnym stylu, ludzie biegają. Ja kupiłem sobie natomiast trochę owoców z kaktusa, placek pszenny (1.5MAD), wodę (1.5l za 6MAD) i siadłem by je zjeść na drugie śniadanie. Siadłem w parku…gdzie…no właśnie. Śmierdziało. Naprawdę śmierdziało. Uderzyło mnie to. W medynie śmierdziało, tutaj też…Za autobus z Fezu do Szefszawanu przewoźnika CTM zapłaciłem 75MAD plus 5MAD za plecak. Czekając na przyjazd klimatyzowanego autokaru poznaję parę z Krakowa, poznałem ich po torbie z napisami po polsku. Podróż do Szefszawanu, błękitnego miasta położonego pośród gór Atlasu Niskiego trwała natomiast około 4.5h. Autokar, którym jechaliśmy był wyjątkowo komfortowy. Klimatyzowane, rozkładane i dość szerokie siedzenia. W połowie kierowca zrobił półgodzinną przerwę na stacji, gdzie można było wypić kawę lub herbatę i zjeść grillowane mięso (20-30MAD). Szefszawan widać już z daleka, miasteczko położone na zboczu, zdaje się że
jedne domy stoją na dachach drugich. SMS od Martineza: „Specjalnie dla Ciebie zeszliśmy z centrum na przystanek autobusowy i czekamy”. Jeszcze chwila i witamy się prażeni popołudniowym słońcem. Podejmujemy decyzję, że najpierw spróbujemy zakupić bilety do Fezu, później natomiast szukamy hostelu w medynie. Niedziela oznaczała pozamykane kasy dwóch przewoźników na dworcu
autobusowym, ruszamy tym samym do medyny. Moim zdaniem taxi na takiej trasie to gruba przesada, tym samym ruszamy z buta. Po około 40minutach jesteśmy na miejscu. Wzięliśmy się za poszukiwanie naszego hostelu- Mauretani. Myśmy się trochę nachodzili, ale dla Was mam namiary GPS: N35°10.086' W005°15.787'. Hostel Mauretania kosztował nas 40MAD za nocleg na dachu. Warunki all inclusive! Zapewniają materac i koc. Śpi się na świeżym powietrzu pod zadaszeniem z folii. Toaleta i prysznic również zlokalizowane są na górze. Z prysznica leci woda znajdująca się w ogromnym kanistrze również znajdującym się na…dachu, a tym samym ogrzewanym za dnia przez słońce. Wieczorem wychodzimy pozwiedzać medynę. Bez kozery od razu powiem, jest najładniejszą
w całym Maroku! Jeśli uważacie, że nie ma co jechać do Szefszawanu „tylko” z powodu niebieskich domów, to się mylicie. Wszystkie inne medyny, czy to Feska czy w Marrakeszu pozostawią u Was negatywne odczucia brudu, biedy i smrodu. Zauważyłem, że w Szefszawanie ludzie cierpią na
dziwny do wytłumaczenia wstręt do zdjęć. Wystarczyło nawet, że zwróciłem tylko wyłączony aparat z zakrytym obiektywem w czyjąś stronę i już słyszałem „no foto!!”. Chcą zrobić timelapsa na zatłoczonym placu przed kazbą podszedł do mnie policjant i kazał zwinąć sprzęt. Zwiedzamy zakątki, zwiedzamy stragany i pod wieczór padamy zmęczeni upałem na materace. Kolejny dzień i nasza poranna wizyta na dworcu autobusowym przynosi złe wiadomości, ponieważ wszystkie
dzisiejsze autokary są już pełne. Wolne miejsca są dopiero na kolejny dzień na okolice 10:00. Kupujemy bilety za 70MAD u innego przewodnika i wracamy do medyny coś przekąsić. W takich temp. nie chciało nam się specjalnie jeść, spokojnie wystarczały nam świeże placki pszenne z
serkiem topionym, pomidorem i do tego woda lub napój. I sporo owoców. Obok nas na dachu rozkładają się dwie Niemki. Witamy się uśmiechem i standardowym „How r u?”. Następny dzień oznaczał przejazd autokarem do Fezu. Na dworcu jesteśmy jakiś czas wcześniej i obserwujemy nadjeżdżające autobusy. W pewnym momencie nadjeżdża typowy „trup”. Z całym przekonaniem oświadczyłem, że to na pewno nie nasz. Jednak ponieważ ludzie zaczęli się gromadzić dookoła, poszedł i wujek z biletem dopytać się kierowcy dokąd jedzie. I okazało się moi drodzy, że autobus jest nasz. Trup kompletny. Znikąd wzięli się pakowacze plecaków, którzy za bagaż zażyczyli sobie po 20MAD. Naiwny uznałem, że widocznie u tego przewoźnika płaci się za bagaż więcej. Zapłaciłem. Dopiero później, jadąc, rozmawialiśmy, że nawet nie wiadomo skąd ci ludzie byli. Równie dobrze mogli sobie
przyjść z ulicy i kazać sobie płacić. Jak widać, ponownie dałem się naciągnąć. Rozmyślania jednak przerwała nam…lodówka. Wędrowała ona mianowicie na dach autobusu. Nie tylko ona z resztą, ponieważ tragarze ładowali tam też łóżko, meble i materace. Czyżby ktoś się przeprowadzał…autobusem? WTF?! Podróż była brudna, lepka od potu i wytrzęsiona na wybojach. W połowie trasy dosiadła się też do nas marokańska rodzinka. Mama z małym dzieckiem, które nogi miało na moich kolanach, reszta Smyka natomiast leżała na kolanach maminych. Była też starsza córka, która po zakończeniu jazdy wcisnęła nam do ręki owoc granata.

CDN…