poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Poradnik lekkiego życia II: Kuchnia.

   Posiłek to nieodłączna, a często nawet najprzyjemniejsza część podróży. Moje wyprawy rowerowe od dłuższego czasu zachowują tradycję wieczornego makaronu spożytego po całym dniu solidnej jazdy. Do tego obowiązkowa tabliczka czekolady przed snem. Czas odpoczynku, regeneracji sił, pełnego żołądka. A na ostatniej wyprawie rowerowej towarzysz Kamil wprowadził coś nowego:
podgrzana fasolka w sosie chilli z chlebem. Nasza broń przeciwko zimnym i wilgotnym wrześniowo-październikowym porankom. Tak to już z jedzeniem jest, co człowiek to inne menu. Co kraj to inne menu…

   Najprostsza metoda, często krytykowana, przeze mnie jednak z powodzeniem stosowana to po prostu menu zimne. Tego typu sposób żywienia spokojnie można stosować w cieplejsze okresy roku w czasie krótkich wycieczek np. na majówkę, wycieczki do tygodnia, kiedy codziennie mamy dostęp do sklepu. Podstawą diety będzie wtedy niewątpliwe chleb i wszelkie dodatki do niego. I bardzo dobrze. Lubisz salceson, kupuj sobie salceson. Lubisz chipsy, zjedz sobie chipsy do tego. Owoce? Ok. W Gruzji zajadałem
się hachapuri, na Ukrainie chałwą słonecznikową. Na Słowacji piłem hetolitry Kofoli. Sprawa jest prosta. Z ekwipunku pt. „kuchnia” nie zabieramy nic. No…prawie nic. Przydaje się scyzoryk. W przypadku podróży samolotem, kiedy do podróżnego bagażu nie można zabrać noża też nie panikuj. Kupisz na miejscu. Tak robiłem w Gruzji. Kupiłem za grosze zwykły nożyk kuchenny, który przed powrotem zwyczajnie wyrzuciłem (marnotrawstwo, wiem, ale można go komuś oddać np.). Nie posiadając nic, małą odskocznią od zimnego jedzenia może być ognisko i wszystko, co można zawiesić na kiju, ruszcie zbudowanym ze świeżych gałązek czy po prostu wrzucić w popiół. Wtedy przydaje się zapalniczka, którą możemy kupić po prostu razem z kiełbaskami, kiedy w planach już ognisko będzie. Ognisko daje już ogromne pole do popisu! Ziemniaki z popiołu lub placki pieczone w popiele. Kiełbaski, boczek czy ryba powieszona na ruszcie ze świeżych gałązek. W rozpołowiony wzdłuż kij można też włożyć chleb z serem żółtym i mamy grzanki. Pieczone nad ogniskiem
jabłko, pomidor, papryka, pieczarki, razem w postaci szaszłyków…W ognisku można podgrzać konserwę, fasolkę czy zupę z puszki. Łyżka, która czasem przydaje się do „wykończenia” jogurtu, podgrzanej w ognisku zupy z puszki (większość puszek nie wymaga aktualnie otwieracza, warto na to zwrócić jednak uwagę) czy fasolki możemy wykonać z kory brzozowej. Korę można zastąpić nawet folią zerwaną z kubeczka od jogurtu czy większym liściem. Pośmiejecie się…po cóż tak się bawić jak można wziąć po prostu najzwyklejszą łyżkę jednorazową, która waży ledwo 2g. Ano można, ja podaję tylko możliwość, co zrobić kiedy takiej mieć nie będziemy, a zechce się nam nieplanowanej grochówki.;)
   Oczywiście ogniska nie można rozpalić sobie wszędzie gdzie byśmy chcieli, warto zwrócić na to uwagę. Przy nieumiejętnej zabawie w „kuchnię ogniskową” możemy po pierwsze narazić się na mandat, po drugie natomiast na zainteresowanie miejscowych. Jeśli, że tak się wyrażę grunt jest niepewny, możemy spróbować rozpalić małe ognisko w głębszym dołku, tak by płomienie nie wykraczały ponad grunt. Wymaga to wykopania dołka, ale cóż to za problem? Grubszy kijek, ręce, stara puszka…
   Pierwszym akapitem chcę Wam uzmysłowić, że wszelkie dobro oferowane w sklepach turystycznych, internecie czy katalogach znanych turystycznych marek wcale nie jest niezbędne. Znam to uczucie, otwierasz katalog, a tam: tytanowy Spork i garnki z radiatorem, wiatroodporna zapalniczka, kuchenka na benzynę, na gaz, kubek termiczny…i wydaje się, że żeby ruszyć w świat najpierw trzeba to wszystko nabyć. Później
dokupić do tego wielki plecak, by całe to dobro nosić. No i do biletu dokupić oczywiście jeszcze bagaż rejestrowany. W większości przypadków jednak wcale tak nie jest. Trzeba po prostu sobie to uświadomić, przejść ten etap. Ja na szczęście już go przeszedłem…Kolejnym etapem natomiast jest wiedza zastępująca cały ten bagaż. Umiejętność rozpalenia ogniska, oprawienia ryby, przygotowania mąki na placek. 
Podsumowując: jeśli wiem, że nie będę korzystał z samolotu zabieram swojego ulubionego Victorinoxa Waitera (ma korkociąg, więc jeśli go nie biorę, to albo winko z kartonu albo wciskamy korek do środkaJ, jeśli mam akurat w domu to też zapalniczkę (zdecydowanie najlepsze są miniBic jednak warto chronić je przed wilgocią) i zwykłą jednorazową łyżkę plastikową. Jeśli zapalniczki i łyżki akurat nie mam, ruszam bez nich i łyżkę jeśli potrzebuję to albo robię sam, albo jednorazową „pożyczam” z jakiegoś lokalu czy budki z jedzeniem. Jeśli potrzebuję zapalniczkę, zwyczajnie ją kupuję. Jeśli lecę samolotem, scyzoryk też zostaje w domu, kupuję prosty nożyk na miejscu. Takie podejście ma jeszcze jedną zaletę: korzystam też z miejscowych knajpek, próbuję lokalnego jedzenia, które na ulicy jest tanie; mam kontakt z miejscowymi.

   Takie podejście nie zawsze jednak przejdzie. Generalnie im cięższe warunki, tym sprzęt odgrywa większe znaczenie. Wybierając się na dłuższą niż tygodniowa wyprawę, z nocowaniem na dziko, z trasą biegnącą często z dala od większych miast należy postarać się o gotowanie samowystarczalne. Potrzeba więc sprzętu. W takiej sytuacji stosuję przede wszystkim gaz. Gaz staram się stosować kiedy tylko mogę. Nie brudzi on garnków, jest prostszy w obsłudze, maszynki gazowe są mniejsze i lżejsze niż benzynowe. Same zalety. W
moim przypadku jest to akurat marna, ale służy mi już 6lat podróbka MSR Pocket Rocket. Do tego zabieram najzwyklejszy garnek aluminiowy 0.8l, za przykrywkę robi mi odpowiednio poskładany kilkakrotnie kawałek folii aluminiowej oraz Spork w poliwęglanu firmy Sea to Summit (oddzielne sztućce nie są potrzebne, a do tego ciężkie). Korzystam z butli GoSystem 220g oraz 445g. Zwykle dziennie gotuję raz, wieczorem przygotowuję obiadokolację na ciepło, co trwa około 30min. Czasem z rana podgrzewam coś na śniadanie przez około 10-15min. Przy takim używaniu większa butla starcza mi spokojnie na 3 tygodnie wyjazdu, mniejsza na połowę tego. Jeszcze tego nie stosowałem, ale bardzo pewnym, niezależnym od wilgoci źródłem ognia jest krzesiwo. W najbliższym czasie przetestuję jak sprawdza się do rozpalania kuchenek. Zabieram tylko jedno naczynie, jeśli miałbym ochotę (co jeszcze mi się nie zdarzyło) by zrobić sobie makaron oraz w tym samym czasie np. herbatę to pewien jestem, że herbatę zaparzyłbym sobie w bidonie, Nalgence czy po prostu przeciętej butelce PET (wiem, teoretycznie nie są odporne na wrzątek, ale da się to zrobić, sprawdziłem). Stosuję garnek aluminiowy, ponieważ jest tani oraz bardzo dobrze przewodzi ciepło i jest lekki. Mówią, że aluminium jest niezdrowe dla człowieka. Szczególnie namaczanie w takich naczyniach lub gotowanie kwaśnych potraw. Że do jedzenia przechodzą związki glinu. Możliwe. Ja się tym nie przejmuję. Patrząc z
perspektywy całego roku, przez ile dni będę używał swojego wyjazdowego garnka? 30 dni na 365? Poza tym kiedyś ludzie mieli tylko garnki aluminiowe i jakoś żyli. Jeśli Was to przeraża, możecie kupić menażki ze stali nierdzewnej (dość ciężkie), z tytanu (drogie i tytan słabo przewodzi ciepło) lub z aluminium anodowanego. Gdybym miał zmieniać garnek na nowy, kupiłbym anodowane aluminium z radiatorem. Dysponując takim wyposażeniem na obiadokolację przygotowuję sobie zwykle makaron z sosem. Sos może być z torebki, ze słoika, podduszony z zebranych czy kupionych na straganach warzyw…na Krymie mieliśmy okazję zjeść makaron z ikrą…na lodowcu Gornegatt jadłem makaron z przecierem z pomidorów z tubki. Po wpisie ŁukaszaSupergana mam natomiast plan by przerzucić się na kasze.

   Kuchenki benzynowe. Dysponuję Primusem Gravity II MF, jest to kuchenka wielopaliwowa, co oznacza, że pali na gazie, na benzynie, nafcie, ropie…Palnik tego typu, szczególnie z butlą stanowi już spory bagaż. Jej użycie jest uzasadnione w dwóch przypadkach. Po pierwsze zima. Skuteczność gazu, jako paliwa do gotowania w zimie spada drastycznie. Niby różni producenci wypuszczają na rynek coś, co zwą mieszanką zimową, ale w praktyce nie oczekujcie cudów. W ujemnych temp. benzyna oraz panik benzynowy natomiast sprawuje się bardzo dobrze. Zastosowanie do takiej kuchenki kartusza gazowego również jest
efektywniejsze w zimie niż w przypadku zwykłego palnika bez wężyka. Można wtedy kartusz postawić na menażkę, w której gotujemy danie i tym samym będzie on ogrzewany przez płomień, który sam wytwarza. Można też kartusz obrócić „do góry nogami” i palić nie gazem, a gazem płynnym. Drugim przypadkiem są podróże samolotem. Niestety kartuszy gazowych nie można przewozić ani w bagażu podręcznym, ani w rejestrowanym. Oczywiście, mogą one być dostępne w kraju docelowym, ale w takim przypadku i tak nie bawię się w szukanie ich po sklepach turystycznych. Zabieram benzynówkę i zwyczajnie „tankuję” na stacji benzynowej za grosze. Jeśli kartusze z gazem dostępne w kraju będącym naszym celem nie są, to innej opcji jak benzynówka nie ma. Kuchenki benzynowe są też dużo tańsze w użytkowaniu. Same w sobie są dużo droższe niż palniki gazowe, jednak koszt w przypadku częstego gotowania zwraca się szybko. Po prostu gaz w kartuszach jednorazowych jest drogi. Benzyna na stacji natomiast kosztuje dużo mniej.

   Na koniec zostawiłem sobie jeszcze paniki w stylu np. MSR Reactor lub JetBoil Sumo. Stosowane są przez alpinistów do gotowania w ciasnych namiotach podczas ataków szczytowych lub do podwieszania ich podczas kilkudniowych wspinaczek. Niezbyt pojmuję jak w takich warunkach radzi sobie gaz jednak
podejrzewam, że jego efektywność spada natomiast zastosowane systemy reaktorów i innych bajerów pozwalają i tak zagotować czy stopić śnieg w akceptowalnym czasie. Jeśli nie planujecie zdobywać gór naprawdę wysokich, albo uprawiać big wall climbingu to odpuśćcie sobie te konstrukcje, są ciężkie i drogie.
   Na drugim końcu stoją natomiast kuchenki w stylu Esbita lub Tatonka Alkohol Burner. Kiedyś się w to bawiłem, ale mają małą skuteczność i nie opłaca się ich nosić „na wszelki wypadek”. Bo wtedy na wszelki wypadek trzeba też mieć choćby metalowy kubek. A jak to się mówi: zabieramy nie to, co może się przydać, ale to, bez czego nie można się obejść. Na wszelki wypadek jest ognisko, albo kanapka. Mimo to, warto wiedzieć jak taki palnik wykonaćsamemu i ewentualnie użyć. Wiedza ostatecznie nic nie waży…

Jakie są Wasze patenty? Pomóżcie! Uzupełnione teksty z „Poradnika…” chcę później umieścić w jednym pdf-ie w formie książki.:)

(Artykuł zostanie uzupełniony o menu w przypadku dłuższych wypraw poza cywilizacją oraz napoje w czasie wypraw oraz przepis na własnej roboty batony energetyczne.)