poniedziałek, 30 czerwca 2014

Karrimor Hot Rock Low.

Czas na zapowiadaną rok wcześniej recenzję butów Karrimor Hot Rock. Buty zakupiłem w angielskim SportDirect za, o ile dobrze pamiętam, 35 funtów. To daje 175zł. Mało jak na buty. Nawet bardzo jak na buty turystyczne. Czyżbym znalazł tak genialną okazję? Powiem szczerze: nie wiem. Posłuchajcie…






Hot Rocki to buty z wyglądu typowo „podejściowe”. Przede wszystkim są niskie. Wykonane z szarego zamszu. Mają gęste sznurowanie (pięć metalowych oczek bezpośrednio w cholewce, jedno metalowe oczko na taśmie i na samym końcu znów metalowe- podwójne oczko) zaczynające się praktycznie od samego czubka. Sam czubek obszyty jest natomiast gumową otoczką chroniącą przed uszkodzeniami. Podobna otoczka ciągnie się wzdłuż podeszwy do tyłu. Język jest wszyty z obu stron i na górze posiada spore logo Karrimora. Podeszwa jest dość agresywnie ponacinana, z przodu posiada dobrze znaną „climbing zone”. Z tyłu obecna jest pętelka z taśmy ułatwiająca zakładanie. Drobne czerwone i żółte wstawki tworzą naprawdę atrakcyjny z wyglądu produkt. Mnie naprawdę bardzo się podoba. Od wewnątrz buty obite są miękką i przyjemną w dotyku siatką, która kryje wewnątrz membranę o nazwie „waterproof”.;) Wykonanie w sumie jest naprawdę na poziomie, szwy zgrabne i proste, żadnych wystających nitek, nie ma się generalnie do czego przyczepić.

Buty kupiłem pod koniec sierpnia 2013r. i zacząłem używać w połowie października. Niedużo. Zaraz przyszła zima i przerzuciłem się na buty zimowe. Chodziłem w nich czasem kiedy były dłuższe okresy bezśnieżne. Na dobre w Hot Rocki wbiłem się ponownie w połowie marca, kiedy używane bardzo długi czas Badury zostały oficjalnie jedynie butami roboczymi. Marzec kwiecień maj…w zasadzie tyle. W czerwcu wskoczyłem w sandały. Czas faktycznego używania podsumowuję więc jako pół roku. Po tym czasie niestety wyszły poważne wady Karrimorów. Największą ich wadą jest przede wszystkim podeszwa. Amortyzacja jest co prawda genialna. Są bardzo miękkie, prawie jak biegowe Salomony! Niestety stopień w jakim już teraz, po tak krótkim czasie używania podeszwa się starła, jest lekko zatrważający. Długo z pewnością nie pociągnie, ale to się dopiero okaże. Poważniejszą wadą jest „coś”. Dokładnie nie wiem co…być może wynika to z mojej wady chodu? Chodząc w Hot Rockach pięta lewej stopy „leci” mi do środka. Po dłuższym marszu stopa zwyczajnie boli. Z prawą stopą wszystko jest ok. Ta wada dyskwalifikuje buty z dłuższych marszów. Ciaśniejsze sznurowanie nic nie daje. Od razu zaznaczam, że w żadnych innych butach nie zauważam nic takiego. Prócz tego po 3 miesiącach przetarły się sznurówki. Zastąpiłem je repikiem z dodatkiem kevlaru oraz zaczęły rdzewieć oczka od sznurówek. Membrana sprawdza się dość dobrze. Ani razu butów nie impregnowałem, ani razu też nie prałem. Na deszczu skarpetki są suche, a i stopy przesadnie się nie pocą. Jestem zadowolony.


Podsumowując: powiem, że nie miałbym obaw zabrać tych butów w góry, w Tatry dajmy na to. Gdyby tylko nie ta dziwna przypadłość z lewą stopą. Możliwe, że trafiłem zwyczajnie na wadliwy egzemplarz? Żałuję jednak wydanych pieniędzy. Kupiłem buty, które aktualnie zakładam tylko w mieście i nawet tam po dłuższym marszu odczuwam ból podczas chodzenia. Cóż mogę doradzić? Kupując te buty, każde od Karriomora nie spodziewajcie się długiej żywotności podeszwy. Ile moja pociągnie…zobaczymy, nie omieszkam Was poinformować. Jednak obowiązkowo przymierzcie je, nie kupujcie przez internet. Przymierzcie w sklepie, pochodźcie dłużej. By nie trafiło się Wam tak jak mi.





niedziela, 29 czerwca 2014

Tanio po Londynie.

Anglia jest droga. Może nie dla Anglików, ale dla Polaków już owszem. Nie oszukacie, trzeba mnożyć razy 5. Jeśli do tego dojdzie hasło Londyn, to może się okazać, że w Polsce na obiad w Londynie, pracujemy 5h. Londyn to metropolia, stolica, to sława i turystyka. A to wszystko razem daje wywindowane ceny. Nie oszukacie. Jak więc zobaczyć to sławne miasto mieszcząc się w sensownej kwocie? Jak zrobić, by decydując się na obniżenie ceny wyjazdu, nie spadł komfort pobytu? Czytajcie!

Dojazd.
Najłatwiej, najszybciej, najtaniej wyjdzie samolot. Linie lotnicze RyanAir. Poza sezonem, czyli w miesiącach wrzesień-kwiecień bilety będą oczywiście tańsze niż w czasie letnim. Ale i latem udaje się czasem wyciągnąć bilety w sensownych cenach. Na dzień dzisiejszy, w 2 minuty, znalazłem ofertę dla studentów. We wrześniu się jeszcze bawicie, więc Londyn na weekend. Wyjeżdżamy w czwartek po szkole/pracy. Z powrotem jesteśmy w niedzielę przed południem, tak by do domu dojechać jeszcze z Warszawy na niedzielę wieczór i być gotowym na poniedziałek.

I tydzień później, z Gdańska, trochę drożej.

 

Oczywiście na lotnisko trzeba dojechać. Z pod Pałacu Kultury odjeżdżają busy firmy ModlinBus. Radzę rezerwować je od razu z biletem na samolot, czyli jak najszybciej ponieważ wtedy można dużo zaoszczędzić. Jednak jeśli coś się stanie/zapomnicie, cokolwiek, to zwykle na miejscu, już w autobusie też awaryjnie można kupić bilet. Mnie kosztował 36zł. Pod Pałac Kultury w Warszawie natomiast bez problemów dojedziecie oczywiście pociągami wysiadając na Warszawa Śródmieście/Centralna. Później tylko kilka kroków i jesteście na parkingu. Powrót jest dokładnie w to samo miejsce.

Z Gdyni/Sopotu/Gdańska na lotnisko dojedziecie autobusami. Z Gdyni Główej jedzie 510, z Gdańska Głównego 210, natomiast z Sopotu Kamiennego Potoku SKM jest 122. Akurat ten ostatni jest lekko bez sensu. Jest też linia nocna Gdańsk Główny-Gdańsk Wrzeszcz, linia N3. Nie miejcie wątpliwości, te autobusy mają swoje bilety, nie kupujcie więc standardowych jednorazowych.;)

Ze Stansted do centrum Londynu jeździłem natomiast EasyBusem. Tak samo jak z naszym warszawskim przewoźnikiem, tak i tutaj im szybciej zakupicie bilety przez internet, tym będzie taniej. EasyBusem dojedziecie na Baker Street zaraz obok muzeum Sherlocka Holmesa. Przystanek, z którego odjedziecie busem tego samego przewoźnika na lotnisko z Londynu nie jest po drugiej strony Baker Street, a kilka ulic dalej! Dokładnie obejrzyjcie mapkę umieszczoną na bilecie.

Bilety, zarówno na samolot jak i busy trzeba mieć wydrukowane. Jeśli nie macie tego jak zrobić w domu to wiem, że w informacji turystycznej na lotnisku Stansted można to zrobić za 3 funty. Jak na lotniskach w Polsce, niestety nie wiem. Dajcie znać w komentarzach!

Bagaż.
Mój konik.:D Jak ktoś mnie zapyta jak wygląda sprawa bagażu rejestrowanego, kiedy jedziemy do Londynu na kilka dni na zwiedzanie to miejcie parasol, parsknę śmiechem i ślina też niekontrolowanie poleci. Taka wycieczka, by była opłacalna finansowo MUSI odbyć się tylko z bagażem podręcznym. Nie bójcie się, da się i to bez bólu. Ponieważ od początku piszę o „Rajanie” to i krótka informacja: limit bagażu podręcznego: plecak/torba 10 kg i maksymalne wymiary 55 x 40 x 20 cm oraz 1 mała torebka o maksymalnych wymiarach 35 x 20 x 20 cm. W praktyce? Polecam plecak 20l oraz ewentualnie aparat w 
pokrowcu. Torba na ramię jest niewygodna przy noszeniu, obciąża tylko jedną stronę ciała. Torba na kółkach, gdy przyjdzie iść gdzieś dalej okaże się kompletnie nietrafionym pomysłem, ponieważ na wątpliwej jakości chodników w PL i UK będzie skakała i klinowała się na dziurach. Poza tym ma jakieś rączki, kółka…generalnie elementy bardzo zawodne. Szkoda nerwów na wakacjach. Wygodny i solidnie wyszyty plecak zapewni przyjemny marsz. Oczywiście do samolotu nie weźmiemy większych butelek z płynem niż 100ml (polecam sklep Rossman, mają tam miniaturki popularnych kosmetyków), a wszystkie należy schować do torebki strunowej (lepiej wziąć swoje, ponieważ na lotniskach są dostępne za 1 funta lub 1 euro). A zestaw 100 takich woreczków na popularnym serwisie aukcyjnym można kupić za dyszkę z przesyłką. Żadnych noży, nożyczek. Przy odprawie wyjmujemy z bagażu torebkę strunową z płynami/kosmetykami/lekami, oraz całą elektronikę. Wyjmujemy wszystko z kieszonek, zdejmujemy płaszcze, pasek (metalowa klamra), czasem każą też zdjąć buty. Generalnie nie ma się czego obawiać, odprawa to pestka. Moja mama tak stwierdziła po pierwszym swoim locie, przewożąc do tego w bagażu sporej wielkości nóż kuchenny (nieświadomie).:D

Czy jest coś takiego, co warto zabrać akurat do Londynu? Chyba nie, kurka przeciwdeszczowa bo czasem potrafi popadać, ale to mamy przecież zawsze…aparat fotograficzny też…wygodne buty są bardzo ważne. Generalnie bagaż standard.

Nocleg.
Sensownie tanio może być na dwa sposoby. Albo daleko od centrum, albo wątpliwie luksusowo. Ja zawsze decyduję się na tą drugą opcję. Tym samym będąc pierwszy raz w Londynie spałem w sali 18-osobowej w The Duke of York kawałek na północ od Hyde Parku. Było przyjemnie, a co najważniejsze były tam zamykane na klucz szafki na bagaże. Noc w okolicach 12 funtów na piętrowym łóżku. Spoko. Śniadanie w cenie. Łazienka na korytarzu.
Drugi raz spałem w The Royal Bayswater London zaraz przy Hyde Parku, niedaleko Duka. Oba mają o tyle dobrą lokalizację, że są dość blisko Hyda, Muzeum Naturalnego oraz przystanku na Baker Street. W Bayswaterze nie ma szafek zamykanych w pokoju. Za 2 funty za dobę można wykupić sobie małą zamykaną szafeczkę przy recepcji. To poważny minus, jednak dwie łazienki były w sali 20 osobowej, a nie na korytarzu. W Baywaterze płaciłem około 14-18 funtów za noc ze śniadaniem.

W tego typu hostelach dostajemy pościel: poszewkę na poduszkę, jedno prześcieradło na materac i drugie, którym się przykrywamy i dopiero na nie narzucamy kołdrę. Pokoje są zwykle koedukacyjne. Śniadanie w takich hostelach stanowi szwedzki stół w jakiejś sporej jadalni. Mamy chleb tostowy, toster, marmoladę, masło, kawę, herbatę, mleko i płatki. Jeśli dokupimy sobie sami np. jakąś wędlinę, ser żółty…możemy sobie zrobić kanapek na cały dzień, ponieważ zwykle tego, co jest na szwedzkim stole jest pod dostatkiem i starczy dla wszystkich na śniadanie i na kanapki na podróż. Nawet jeśli nie ma mowy o śniadaniu w internecie, czy nie powiedzą Wam w recepcji to zapytajcie sami. Ja raz tego nie zrobiłem i śniadanie jadłem na własny rachunek. Kuchnia też jest zwykle dostępna, więc jak ktoś miałby ochotę samemu zrobić sobie kolację czy obiad, to jest gdzie. Kuchenka, czajnik elektryczny, wszystkie garnki, patelnie itp. Wi-fi zwykle jest, ale płatne funta za dobowy dostęp. W obu hostelach była możliwość płatności kartą. Obsługa wymaga pozostawienia 10funtów zwrotnej kaucji za kartę magnetyczną w gotówce. Warunki w wieloosobowych salach mogą niektórych odstraszać, ale nie przesadzajmy. Warto mieć zatyczki do uszu, bo ludzie potrafią nieźle chrapać. Warto mieć klapki pod prysznic, by nie nabawić się grzyba. Warto mieć też małą czołóweczkę, by poświecić sobie nią jak wrócimy późno na kwaterę. Zapalając główne światło pobudzimy wszystkich. W nocy, kiedy śpię, wszystkie wartościowe rzeczy mam w saszetce pod kołdrą.
Plusem takich sal jest możliwość spotkania wielu ciekawych osób. Koreańczyka, który mieszkał już w hostelu pół roku i miał swoje garnki pod łóżkiem. Angola szykującego się na rozmowę kwalifikacyjną w garniturze.:)

Komunikacja.
Londyn to kawał molocha. Możesz po nim chodzić w dwóch przypadkach. Jesteś sadomaso, albo trenujesz bieganie lub rowery. W innym przypadku będziesz przeklinał każdy krawężnik, przy okazji którego trzeba podnieść nogę wyżej i skamlał po pierwszym dniu od zakwasów. Żeby obskoczyć kilka atrakcji dziennie, trzeba się nachodzić, a odległości są spore. Jeśli zdecydujecie się zapłacić troszkę więcej to za 8.29 funta można zakupić tzw. travel ticket. Można go kupić w kasach na każdej stacji metra. Upoważnia on do korzystania z metra i autobusów dowolną ilość razy do 04:45 następnego dnia po zakupie. Sprawa o tyle wygodna, że siatka metra w Londynie jest zajebiście rozbudowana, a autobusów jest jeszcze więcej. Tym sposobem można naprawdę dostać się wszędzie i to bardzo szybko. Poza tym, przejazd metrem londyńskim czy autobusem piętrowym to atrakcja sama w sobie. W przypadku autobusów należy zawsze wsiadać drzwiami z przodu i pokazać kierowcy bilet, w przypadku metra wkładamy go normalnie do czytnika przy bramkach.

Druga fajna opcja to Barclays Cycle Hire. Publiczne rowery. Parkingów, gdzie można rower wypożyczyć oraz go oddać jest ZATRZĘSIENIE. Ceny nie są kosmiczne. Jeśli wiecie, że pojedynczy przejazd, po którym rower odstawiacie na parking będzie krótszy niż 30min to dostęp do rowerów na 24h można kupić za 2 funty. Jeśli zdarzy się tak, że roweru nie odstawicie w przeciągu 30min to płacicie ekstra funta za spóźnienie do godziny, 4 funty za opóźnienie rzędu półtorej godziny itd. wszystko jest na tabliczkach. Czytamy uważnie. Przy odstawianiu roweru upewnijcie się, że zapali się zielona lampka. Jeśli tak się nie stanie to będą Was dalej naliczać. Ruch w Londynie jest ogromny, więc jazda po lewej stronie i wśród korków musi być bardzo uważna. Zawsze to jednak nowe doświadczenie.

Co zobaczyć?
Są dwa rodzaje atrakcji, które zainteresują budżetowego turystę. Jedne do zrobienia sobie przy nich zdjęcia bo trzeba i drugie, gdzie wejdziemy do środka, po prostu za darmo. Do grupy pierwszej należy naturalnie Big Ben z przyległym Westminster Palace, kawałek dalej Westminster Abbey i London Eye po drugiej stronie Tamizy. Warto podejść pod Buckingham Palace, oraz na tłoczny Piccadilly Circus. Następnie zajść do dzielnicy City i obejrzeć modernistyczny gmach Loydsa i popularne jajko oraz katedrę św. Pawła oraz Tower of London i Tower Bridge.

Druga grupa to warte zwiedzenia: Muzeum Naturalne (wielkie to to, żeby wszystko zobaczyć trzeba naprawdę dużo czasu, warto wejść, ale by wejść to trzeba przyjść z pół godziny wcześniej ponieważ w weekendy kolejki potrafią być bardzo długie), Galeria Narodowa (mieści się na Trafalgar Square, Słoneczniki van Gogha i inne takie, mnie tam to mega nudziło bo i się nie znam:), British Museum, Houses of Parialment, Museum od London, Tate Modern, Muzeum Wiktorii i Alberta (zaraz przy Muzeum Natury)- w tych nie byłem. Doczytajcie sobie jeśli się wybieracie, duzi jesteście.;)

Zakupy.
Jak ktoś lubi pamiątki to jest dużo tego rodzaju sklepów, znajdziecie bez problemu. Ale mnie bardziej chodzi o zakupy spożywcze. Od zawsze kupowałem wszystko w Tesco. Jest Tesco Metro (większy wybór) i Tesco Express (mniejsze). Nie są to ogólnie tanie sklepy, ale na poziomie innych ceny są ok. Mapę Londynu weźmiecie za darmo w każdej kasie metra, jest to mapa od wypożyczalni rowerów i jest na tyle dokładna, że spokojnie starcza, w kasie jest też mapa metra- bardzo przydatna.

Jedzenie.
Możecie żywić się tylko kanapkami zrobionymi na śniadaniu w hostelu. Oczywiście, że możecie, jednak polecam wejść do typowo angielskiego pubu i za około 10-11funtów zjeść solidny angielski obiad. Na talerzu dostaniecie kawał mięsa, zwykle jest to wołowina lub wieprzowina. Gotowane groszek z marchewką, pieczone ziemniaki i yorkshire pudding (czarki upieczone w formach z ciasta zbliżonego do naleśnikowego). Takie danie zwykle jest „daniem dnia” i porcja jest naprawdę solidna. Do tego wybierzcie piwo z kija i obiadokolacja na wypasie! Możecie wybrać się też na tradycyjne „fish and chips”. Smażona w grubej panierce ryba z frytkami podawane na wynos w budkach to koszt 8-10funtów. Da się najeść. My Polacy spokojnie na obiad możemy sobie zamówić typowe angielskie śniadanie. Kosztuje ono około 6 funtów i składa się na nie: fasolka w sosie pomidorowym, dwie kiełbaski (kiełbaski mają niedobre), dwa tosty do zjedzenia z masłem i marmoladą, porcja duszonych pieczarek i jajka sadzone. SubWay w Anglii jest dość tani, za 5 funtów można mieć dużą kanapkę z dolewką coli, to jeśli ktoś by chciał tak na zimno.

Na zakończenie powiem tylko: warto. Warto wyskoczyć na szybki weekend do dużego świata, warto posiedzieć w Hyde Parku, wypić Guinessa z kija, przespacerować się nad Tamizą. Macie okazję to się nie zastanawiajcie, bo umrzecie widząc jedynie swoją zakichaną mieścinę. Duży świat na zdjęciach to nie to samo co „dotknięty”.

piątek, 27 czerwca 2014

Mój rower

Bardzo często dostaję od Was maile z zapytaniem o mój rower. Że coś widzicie na zdjęciach, ale nie jesteście pewni. Że nie możecie znaleźć takiego w katalogach. Pytacie jak co się sprawuje i dlaczego akurat wybrałem taki, a nie inny komponent. Interesuje Was czy coś bym zmienił. Ponieważ akurat wczoraj założyłem nowy napęd oraz gruntownie rower przeserwisowałem, zdecydowałem się od razu nakreślić dla Was kilka słów o tej maszynie.

Po pierwsze nie trudźcie się, nie znajdziecie takiego w żadnym katalogu. Swój rower składałem sam od zera.
Po drugie z racji tego, że nie mam stałego miejsca, mieszkania czy innego niepotrzebnego problemu, mam JEDEN uniwersalny rower. W innym wypadku oczywiście mógłbym mieć typowego górala z pełną amortyzacją w teren, karbonową szosę na gładkie asflaty i do tego majdanu jeszcze wyprawowca pod sakwy. Mógłbym…ale nie chcę.

Dobrze. Zacznijmy więc od początku. Podstawą roweru jest rama Accent Tormenta. Posiada same zalety. Jest aluminiowa: nie rdzewieje i jest lekka. Posiada mocowanie pod V-brake i dwa koszyki na bidon. Stery 1 i 1/8 cala i geometrię umożliwiającą zasadzenie tej ramie widelca sztywnego (niższego niż amortyzator).  Myślałem swego czasu (moja rama wymaga wymiany prędzej czy później z racji wgniotka, jaki pozostawiła jedna z firm kurierskich po transporcie roweru PL->UK) o ramie karbonowej i powiem tak, na pewno byłaby sztywniejsza, nieco lżejsza i lans. Ale po pierwsze byłaby droższa. Po drugie nie miałaby mocowania pod fałki (znalazłem jedną karbonową ramę z piwotami! RDX) i byłaby wytrzymała. Dużo osób myśli, że jak się kupuje karbon to od razu trzeba o niego dbać jak o jajko i nie nadaje się pod sakwy. Dupa, błąd! Spokojnie może być obiążana ciężkimi sakwami i jeździć po bezdrożach. Jedna tylko jest w tym prawda i dotyczy ona wrażliwości karbonu na uderzenia punktowe. Karbon z tego względu dobry jest na wyścigowe maszyny, które wyjmuje się z sypialni (takie rowery na bank stoją w sypialniach, gdzie sypiają faceci bez włosów na nogach!!), zakłada na bagażnik na dachu samochodu, jedzie na miejsce startu, ciśnie bez opamiętania od startu do mety, wygrywa, później pocałunek niezłych laseczek i znów na dach i do sypialni obok łóżka. Wyprawowiec będzie natomiast pakowany w pudło, wysyłany kurierem, nadawany, jako bagaż sportowy w samolocie, rozkładany i owijany folią by przewieźć go w pociągu…a wtedy bardzo łatwo o tego typu uszkodzenia, choćby uderzenia jednej części o drugą (nie powiecie mi bowiem, że na zakończenie wyprawy rowerowej i powrót samolotem z małego lotniseczka gdzieś na polu, wyjmiecie folię bąbelkową z sakwy, co?). Myślałbym też poważnie o tytanie. Generalnie rama to rama, jeśli ma ponad to, co napisałem, geometrię, która Wam odpowiada to jest ok i nie ma się co podniecać nie wiadomo czym. Kupić coś za rozsądne pieniądze.

Do ramy założyłem lekki, aluminiowy widelec sztywny. Jeżdżę na nim praktycznie rok i był on jednym z moich najlepszych zakupów. Naprawdę nie tęsknię za amortyzatorem, choć od wyprawy w Alpy nie wjeżdżałem w żaden cięższy teren. Widelec sztywny jest lżejszy, nie wymaga serwisu, nie zabiera energii na podjazdach, jest pewniejszy niż amortyzator bo nie mam w nim żadnych mechanicznych części. Same, same, zalety. A jeśli jeździcie po asfalcie i lekkim terenie, to spokojnie wystarczy, a za amortyzację będą odpowiadały grubsze opony. Nie ma mocowania na lowridera, ale i tak nie używam.

Kołami Was zaskoczę. Od trzech lat jeżdżę na Mavickach Crossride-ach. Dobre koła. Są dość lekkie z racji małej ilości szprych. I tu mi zarzucicie! Po 22 szprychy na koło pod sakwy?! Herezja! Ano tak: ja jestem lekki (68kg, pod koniec wyprawy 65kg), rower lekko ponad 10kg, bagaż 6kg. A Crosride-y są sztywne i wytrzymałe. Mają za sobą 2000km po alpejskich terenach, mnóstwo kilometrów po asfalcie i przez 3lata ani razu ich nie centrowałem. Od czasu do czasu muszę zniwelować luz w piastach i na tym kończy się ich serwis. Mają łożyska maszynowe, więc odpada zabawa z kulkami, bieżniami, wypłukanym smarem…
Jedna z najważniejszych rzeczy w rowerze: opony i dętki. Na asfaltach jeżdżę na Kendach Kwestach. Waga w okolicach 550-600g, na drucie, 1.5cala. Ciężkie i łapię na nich gumy. Nie polecam. Następne będą chyba Schwalbe Kojak. W teren zakładam Kendy Komodo 450-500g wagi i 1.95 cala, Kevlar. Fajne, dobrze się trzymają, nie łapię na nich kapci, wytrzymałe. Polecam. 45zł za sztukę! Dętki żadne ultra-hiper light. Dętki muszą być normalne z Prestą, bo tak wypada.

Napęd mojego roweru złożyłem na poziomie Deore. Uważam, że jest to idealna cenowo grupa. Dość lekka, jednak wtrzymała (XTR jest oczywiście lżejszy, ale idzie za tym również mniejsza wytrzymałość). Mam 9 rzędów i jest to dla mnie i tak aż nadto. Wcześniej miałem 7 i też było spoko. Na 9 przerzuciłem się tylko dlatego, że brak już nowych części dobrej jakości do napędów mniej-rzędowych. A szkoda, szkoda. Przystępność cenowa jest dla mnie dość istotna, ponieważ napęd zmieniam średnio po 12-13 tyś. kilometrów czyli co półtora roku. Gdybym miał 1200zł wykładać na nowego XTR-a to by bolało. A tak: kaseta, łańcuch, kółeczka przerzutki i blat korby (najczęściej używany) to jakieś 220zł. Nic, ale to kompletnie nic więcej do turystyki nie potrzeba, grupa Deore ma większość technologii z wyższych grup (2-way-release, Shadow). Oczywiście, fajnie popatrzeć sobie na rowery z lepszym napędem, ale mnie tam patrzenie wystarcza. W tym roku wybrałem HII, nie wiem czy dobrze, różnicy w stosunku do Octanlik-a, którego miałem wcześniej nie odczuwam, a łożyska ponoć są dużo słabsze. Zobaczymy. W moim rowerze siedzi jeszcze przerzutka przednia LX, którą chcę w najbliższym czasie też wymienić na Deore by była jednolitość, no i pedały M520, których nie polecam z racji konieczności posiadania specjalnego klucza do ich serwisu. Lepiej zainwestować w M540, 30zł droższe, a serwis umożliwia zwykły francuz. Wybieram zdecydowanie SPD, tak się przyzwyczaiłem, tak lubię. Znam jednak wielu, którzy odchodzą mi na platformach, więc to jedynie kwestia przyzwyczajenia. Nie do przemilczenia jest natomiast fakt, że używając platform możemy jeździć w dowolnych butach, wygodnych też do chodzenia. Miejcie to na uwadze. Ja platformy zakładam na zimę by jeździć w normalnych butach zimowych, dochodzi do tego jeszcze większa pewność na śliskich drogach. 

Na hamulcach trochę się przejechałem, ponieważ kupiłem Avidy SD SL. Ze względu na ich wagę. Niestety klamki szybko złapały przeszkadzający luz, a ramiona kilku osobom zrobiły już niemiły dżołk. Moje są póki co ok, ale posiadają one bolec (ten, który wchodzi w otwory przy piwotach) wykonany z aluminium, ponoć często pęka. Teraz wybrałbym SD 7 (bolec mają stalowy) i klamki Shimano XTR, których dźwignie są na łożyskach maszynowych. Używam zdecydowanie wsuwek i to miękkich, szybko się zużywają, ale wolę kupić ich nową parę niż nową parę kół no i pewniej w deszczu.

Siodło to druga z trzech rzeczy, na którą zwracam wielką uwagę. W moim przypadku 148mm San Marco Blaze. Wygodne bo twarde i szerokie, idealne byłoby gdyby miało jeszcze dziurę by nie uciskało na prostatę bo po jakimś czasie ponoć Szeryf się buntuje później. Także jeszcze szukam. Grube, miękkie siodła powodują otarcia, są do niczego. 




O sztycach było tu:

I to jest ważna sprawa, kupcie dobrą sztycę. I broń Was wszystkich boże nie jakąś amortyzowaną. Ja wiem, że normalni ludzie nie lubią jak ich dupa boli, ale amortyzowane szybko łapią luzy, skrzypią, niewygodnie się zakłada do nich podsiodłówki.

Kokpit to trzecia z najważniejszych rzeczy. Musi być wygodny. Po prostu musi. U mnie są to stery maszynowe, bezobsługowe; sztywny mostek (regulowane skrzypią), prosta kierownica (klasyk) i ultrawygodne gripy Ergona z krótkimi rogami (dla mnie te małe różki są całkowicie wystarczające). Ergony dość szybko się wycierają, co za taką cenę nie powinno mieć miejsca- złodzieje, albo za dużo jeżdżę. Dopiero w tym roku kupiłem lemondkę. Zdecydowałem się na TranZ-X JD-TB01. Głupotę zrobiłem i już Wam piszę dlaczego. Po kilku pierwszych przejażdżkach zauważyłem, że i tak trzymam ręce na samych końcach uchwytów. Powinienem kupić więc coś w rodzaju TranZ-X 802. Do tego na samym szczycie mógłbym zamontować lampkę bo na kierownicy nie ma już na nią miejsca. Głupek, głupek, głupek. GPS-a Etrex-a 20 zamontowanego mam na mostku i jest to najwygodniejsze miejsce jakie może być, a sam odbiornik genialnie kompaktowy i przydatny. Polecam. Jak widzicie nie używam licznika. Nie lubię dublowania sprzętu nawet wtedy, kiedy wiem, że GPS nie jest tak dokładny jak licznik. Nie jest, wiem o tym i widzę dokładnie, ale mnie tam taka różnica we wskazaniach kompletnie nie robi różnicy.


No i teraz już wszystko wiecie. W trzech słowach: ma być sensownie lekko, sensownie prosto i sensownie tanio. To, w jaką stronę, przechylicie szalę, zależy tylko od Was. Ja poszedłem w wagę, ponieważ waga moja i ekwipunku jest niska. Mogłem sobie na to pozwolić. No i...wiem, maszyna jest kozacka. Poświęcam jej sporo uwagi, dlatego.