środa, 22 października 2014

Maroko...czy naprawdę spoko?

W Fezie autobus zajechał na dworzec znajdujący się bardzo blisko medyny. Ucieszyło nas to, ponieważ hostel mieliśmy zaraz przy bramie Ab Boujloud. Wysiedliśmy z autobusu i pierwsze, co nas uderzyło to śmieci i smród. Nie, to nie był brzydki zapach. To był naprawdę smród. Może pod wpływem tego odoru, może po prostu z własnej głupoty, popełniliśmy błąd. Tak, jakbyśmy byli na wyścigu, a nie na wakacjach. Od razu zdecydowaliśmy się jechać do centrum, do biura Supratour (naszego przewoźnika do Merzougi). Chcieliśmy od razu zabookować sobie bilety w dalszą drogę. Było już blisko zachodu słońca, byliśmy zmęczeni jazdą w upale i kurzu. Mimo to ruszyliśmy Petit Taxi ze wszystkimi bagażami na wariata do biura. Ja, ponieważ plecak miałem mały wziąłem go zwyczajnie ze sobą między kolana, wujka plecak wylądował w bagażniku. Martyny wór kierowca
wrzucił natomiast na bagażnik na dach. Plecak nie był nijak zabezpieczony przed wypadnięciem i trochę się obawialiśmy czy zwyczajnie nie zostanie gdzieś na jezdni przy mocniejszym hamowaniu lub na wyboju. Kierowca skwitował to krótko: „No worries”.:) I pojechaliśmy. Bez taksometru. Kiedy zwróciłem mężczyźnie uwagę by go włączył odpowiedział tylko, że się dogadamy.

-Ok- pomyślałem- i tak nie dostaniesz więcej niż 15MAD. Tyle właśnie z centrum do medyny płaciłem jadąc z Szelą. I to jest dobry sposób, poznać ceny z miejscowym. Przecież nikt nie lubi się go brzydko mówiąc „rucha na hajs”. Czy się mylę?

Dobiliśmy targu z kierowcą, wysiedliśmy pod biurem i skierowaliśmy się prosto do kasy. „System blocked”, biletów nie zarezerwujemy. Koniec kropka. Czy jutro rano jak przyjdziemy to będą wolne miejsca na pojutrze? Będą? Ok, super. Będziemy jutro rano. Tyle właśnie załatwiliśmy. Jakbyśmy byli na wyścigu. A można było spokojnie iść do hostelu, przespać się i odwiedzić biuro następnego dnia. Na wakacjach, a wciąż w pośpiechu…

Taxówką wróciliśmy od razu pod bramę Boujloud i do hostelu Cascade trafiliśmy bez najmniejszego problemu. Znajduje się zaraz obok bramy po prawej stronie. Jest dobrze oznaczony. Mimo to: współrzędne GPS specjalnie dla Was: N34°03.698’ W004°59.013’. Czy są miejsca na dachu? Są. Za 40MAD. W pokoju za 100MAD. Bierzemy dach, dostajemy materac i koc. Standard. Nowością jest tylko to, że gość ma obowiązek znoszenia swojego posłania każdego ranka do małego składzika. Nawet, jeśli zostaje na tydzień. Toalety znajdują się w budynku, więc za każdym razem trzeba zejść na dół. Dach, pod jakim śpimy w Cascade jest zrobiony tylko z bambusa, w przypadku deszczu będzie więc przemakał.

My zjadamy pyszne tajin za 40MAD (najpierw sałatka z pomidora, sałaty i ogórka, później grillowana papryka z gotowanymi pomidorami i na koniec tajin: mięso mielone, jajko sadzone i sos pomidorowy, na koniec spory półmisek z owocami), popijamy to berber whisky za 7MAD i padamy zmęczeni przy akompaniamencie modlitw muezinów. Następny dzień rozpoczynamy od wycieczki do budki naprzeciw hostelu po placek z masłem i serem za 5MAD. Później zaraz obok do sklepiku po wodę za 6MAD i tak wyposażeni ruszamy ponownie do centrum. Tym razem piechotą zwiedzając przy okazji dzielnicę żydowską oraz znajdujący się na jej terenie bazar. Szczególne wrażenie robi na mnie dział z rybami i mięsem. Warunki są tu maksymalnie niehigieniczne, muchy latają nad wyłożonymi płatami mięsa, unosi się odór zgnilizny, a jeden ze sprzedawców po skaleczeniu się wielkim nożem masarskim…owinął sobie ranę torebką foliową. Krew cieknąca na zmielone mięso nikogo nie odstraszała od zakupów.


Po 40min marszu docieramy do dworca kolejowego, a zaraz naprzeciwko znajduje się biuro Supratour. System działa, ale na dziś biletów nie ma. Są dopiero na pojutrze. Ale zaraz zaraz, wczoraj wieczorem mówił Pan, że na dziś będą, a nie ma nawet na jutro? Ale z marokańską obsługą to jak kopać się z koniem…Pracownika biura nie interesuje, że w kolejce czekają
klienci. I to nie jeden zagubiony, ale trójka lub więcej. Co z tego, on teraz rozmawia z kumplami, nie ma czasu na obsługę. A Ty stoisz i czekasz. Taka mentalność, dla Europejczyka (tym bardziej dla mnie, któremu wbijano przez 3.5 roku na studiach standardy usług) może być sporym szokiem i pozostawić negatywne wrażenie. Bierzemy bilety na pojutrze, kupujemy też od razu bilety z Merzougi do Marrakeszu na zaplanowany dzień. Powoli wracając do hostelu wstępujemy jeszcze do Carrefoura. Do sporego centrum handlowego w zasadzie, którego tylko małą częścią był sam Carrefour. Po sklepach nie chodziliśmy, mieliśmy natomiast ochotę spróbować jakiegoś marokańskiego piwka. Śmiesznie to może brzmi. Chcieliśmy spróbować alkoholu z państwa muzułmańskiego, gdzie jego spożywanie jest zakazane. Ale da się. W Carrefour nie ma półki z alkoholem w głównej hali sklepu. Jego sprzedaż odbywa się w małym pomieszczeniu znajdującym się na poziomie parkingu podziemnego. Piwko jest dość drogie w porównaniu do Polski. Zdecydowaliśmy się na trunek o nazwie Casablanca, ponoć jedno z lepszych marokańskich, jednak też jedno z droższych (20MAD czyli ponad 7zł za zwykłego lagera). Dodatkowo, wejście do środka pozwoliło choć na chwilę uciec od upału lejącego się z nieba. A jest w okolicach 14:00 i około 38 stopni. W cieniu.

Zmęczeni marszem docieramy do hostelu. Robimy sobie krótką przerwę, jednak zachęceni zdjęciami z przewodnika ruszamy na poszukiwania farbiarni. Na mapce mamy je zaznaczone, ale sama mapka jest o „kant dupy” potłuc. Zagłębiamy się mimo to w labirynt największej medyny w Maroko licząc na łut szczęścia. Szczęście spłatało nam jednak figla. Owszem, znaleźliśmy drogowskaz na farbiarnie, było nawet przy nim zdjęcie samej atrakcji (ładne kolorki w okrągłych kadziach). Oczywiście zaraz przypałętał się „przewodnik”, za którym idąc między wysypiskiem śmieci, a składem złomu dotarliśmy do farbiarni. Okazało się, że miejsce nie ma nic wspólnego ze zdjęciem, którym zachęcał nas młodzian. W farbiarni było śmierdząco, brudno i szaro. Żadnych barwników. I kadzie nie były okrągłe, a kwadratowe. Niezrażony naszymi minami wyrażającymi jednoznacznie rozczarowanie „przewodnik” zaciągnął nas jeszcze na wzgórze, by pokazać panoramę medyny i na koniec jeszcze do sklepiku z perfumami swojego „kogoś”. Wujka, dziadka…zmęczony i rozczarowany nawet nie wnikałem. W sklepie wzięliśmy udział w „przedstawieniu”, po którym i tak nic nie kupiliśmy. Wujek lubi pachnieć jak spaghetti i później na jakimś straganie kupił sobie jakieś aromatyczne olejki, ale ja jeśli już mam się czymś pryskać to wybieram raczej mocnego Antaeusa.;) Zapłaciliśmy naszemu przewodnikowi i lekko zniesmaczeni wróciliśmy na „swój” dach.

Jeśli czytaliście inne relacji z wyjazdów do Maroka, to może się Wam zdawać, że to niezły fun. Idziecie sobie klimatyczną, wąską uliczką i wszyscy do Was krzyczą, zachęcają do czegoś, uśmiechy ludzi, łapie Was przewodnik i gdzieś ciągnie, później wprowadza do sklepu swojego ojca, ten częstuje herbatą, pokazuje produkty, które sprzedaje. No bajka po prostu! Tak egzotycznie, atrakcyjnie! A jakie są fakty? Nie chcę generalizować, ale fakty są takie, że Ci ludzie patrzą na turystów jak na chodzące symbole dolara. To nie jest gościnność, to nie jest chęć pokazania Wam ich kultury. To jest chęć wyciągnięcia z Was kasy. Częstowanie herbatą i „show”, jakie odbywa się w
sklepach mają za zadanie wywołanie w Was poczucia: „no skoro sprzedawca się tak starał, wypiliśmy od niego tą herbatę, zabraliśmy mu czas, to już coś kupmy”. I nawet nie myślicie o cenie. Niech ma, skoro jest taki miły. Wybaczcie, ale taka jest rzeczywistość. Nie polubiłem Marokańczyków, ich mentalność, sposób bycia w ogóle nie przypadł mi do gustu. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że kiedy gdzieś jadę to chcę się prześliznąć po ludziach najlepiej za darmo. To nie jest tak, że jestem wielkim podróżnikiem, niech mnie zapraszają do siebie do domów, częstują jedzeniem, a ja pojadę dalej zadowolony, że zaoszczędziłem na obiedzie. To nie tak. Ale jeśli czegoś nie potrzebuję to nie potrzebuję. Nie chcę dżalabiji, nie chcę chaszu ani nie chcę teraz nic jeść! Chcę pochodzić, zagłębić się w klimat. Chcę porozmawiać z ludźmi bez świadomości, że na koniec rozmowy wyciągną do mnie ręce po pieniądze. A jak nie zapłacę to powiedzą „zmarnowałeś mój czas”. Nie wymyśliłem sobie tego, coś takiego usłyszałem.

Chyba wywaliłem z siebie już całą żółć. Wracajmy więc do Fezu. Resztę dnia spędzamy w takim jakby „living roomie” w hostelu popijając miętową herbatę. W tzw. miedzyczasie do hostelu wchodzą dwie znajome twarze, Niemki, które spały obok nas na dachu w Mauretani. Witamy się ponownie uśmiechami, nie mamy pojęcia, że niedługo poznamy swoje imiona. Wieczorem wychodzimy jeszcze obejrzeć rozświetloną medynę i zasypiamy. Następnego dnia nie odpuszczam farbiarni. Studiuję jeszcze raz mapkę i ponownie, przyznam szczerze że nie bez zniechęcenia, ruszam w medynę. Brniemy tym razem głębiej niż zazwyczaj i nie zniechęcają nas kończące się stragany. Tym sposobem trafiamy, tam gdzie chcieliśmy- farbiarnie Chouara. Wstęp na taras jednego ze sklepów z wyrobami skórzanymi to koszt 50MAD za 3 osoby. Na tarasie w zasadzie nie czuje się smrodu, jednak dla co bardziej wrażliwych można dostać gałązki mięty. Z góry bardzo ładnie widać całe farbiarnie połączone z garbiarnią. Różnokolorowe, naturalne barwniki w okrągłych kadziach robią niesamowite wrażenie. Zdecydowanie polecam widok! Usatysfakcjonowani i obrobieni w zdjęcia wracamy do hostelu, jednak w głowach mamy jedno stwierdzenie mężczyzny, który wprowadzał nas na taras nad farbiarniami. „Wszystko jest naturalne i trafia do…rzeki”. Wujek uparł się, że chce tę rzekę zobaczyć. Tym samym po obiedzie ruszamy, już wieczorową porą, poza medynę, na most nad rzekomą rzeką. Docieramy na miejsce, choć podczas spaceru nie czuję się specjalnie bezpiecznie. To znaczy nie boję się, ale przechodzimy przez dawno zapomniane, lub wręcz nigdy nie odkryte przez Europę obszary medyny, gdzie miejscowi patrzą się na nas z lekka krzywo, a dzieciaki biegają i zaczepiają. To nie było miłe wrażenie. Rzeka również takiego nie sprawia, przypomina bardziej czarny ściek. Samo koryto to typowe wysypisko śmieci, a najlepsze jest to, że w niedaleko nas spora grupa Marokańczyków rozkręca wieczorny piknik. Wracamy chodnikiem
biegnącym wzdłuż murów medyny, wymieniając między sobą wrażenia, raczej niezbyt pozytywne. Po powrocie do hostelu kierujemy się jeszcze na chwilkę do living roomu i czytamy w przewodniku o Merzoudze pytając się jednocześnie obsługi hostelu czy dobrze zrobiliśmy, e tam jedziemy. Zainteresowane dziewczyny z Niemiec pytają, kiedy się tam wybieramy. Okazuje się,  że one ruszają na pustynię tego samego dnia. Tym samym przestajemy być dla siebie Polacy- Niemcy. Od wtedy jesteśmy Katherina i Jana oraz Martyna, Piotr i Rafał. Kolejny dzień kończymy na dachu. Świeże powietrze, miękkie materace i ciepła noc…


Ostatni dzień pobytu w Fezie jest typowo wypoczynkowy, wymieniamy w pobliskim kantorze
nieco więcej pieniędzy, mając świadomość, że Merzouga to już z lekka koniec świata. W hostelu Cascade, który wyjątkowo przypadł nam do gustu robimy sobie zdjęcie z przemiłymi pracownikami, zostawiamy im na pamiątkę kartki z miłymi słowami, które umieszczają pod szklanymi blatami stołów. Gdyby ktoś z Was kiedyś zawitał do hostelu Cascade, mam pewność, że gdzieś tam je odnajdziecie. Pakujemy się i ruszamy pieszo do centrum, do biura Supratour na autokar do Merzougi odjeżdżający codziennie o 21:00. Warto być około 30min przed odjazdem, ponieważ trzeba wcześniej zdać bagaż, za który zapłacimy 5MAD. Zdając bagaż w kilka osób (tak jak my, w trójkę) zapłacicie raz. Koszt biletu to 190MAD. O Merzoudze czytaliśmy w przewodniku Bezdroży mnie więcej w takim tonie: mała wioseczka na pustyni, bardzo wysokie ceny za hotele, ciężko dojechać, ciężko też się wydostać, należy uważać na nierzadko agresywnych miejscowych, kiedy odmawia im się skorzystania z
zaproponowanych usług…nie zdziwicie się chyba, że z lekka się naszego celu obawialiśmy. Siedzenia z autokarze rozkładane, klimatyzacja, czysto, głowa leci…muzyka w uszach…zasypiam.

środa, 15 października 2014

Film z Maroka!

W tak zwanym międzyczasie powstał film z mojej ostatniej wycieczki odbytej z Martyną i Piotrem. Moim wujkiem i kuzynką. Zapraszam!

niedziela, 5 października 2014

Lodówka na dachu i granat w autobusie...

-Happy holiday Rafal!- takie głosy rozlegają się dookoła na fabrycznym korytarzu, kiedy odbijam kartę o 13:50 w środę.

Szybko rowerem wracam do domu. Po zjedzeniu obiadu, pakuję plecak i dopinam resztę drobnych spraw. W nocy śpię nadzwyczaj spokojnie, co zwykle przed wyjazdami się nie zdarza. Ale tym razem jadę all inclusive. Czym wiec miałbym się stresować?

Na Stansted ruszam z Piotrkiem i po krótkiej przerwie w Burger Kingu, docieram na lotnisko. Mimo, że nie zdaję bagażu do luku, odprawa trwa długo i już na początku mamy opóźnienie ponad 40min. Stoję spokojnie w kolejce do gate-a czytając jakąś darmową gazetę z lotniska. Wokół same ciemne karnacje. Pasażerowie samolotu od razu zdradzają kierunek lotu. Afryka wita mnie już w Anglii. Przy kontroli paszportów już w kabinie samolotu wita mnie uśmiech Polki, która pracuje jako stewardessa w Ryanairze.
-Najmniej egzotyczne nazwisko w tym zestawieniu- kwituje.
Lot przesypiam ze słuchawkami w uszach. Po zmroku ląduję na feskim lotnisku, będącym jeszcze mniejszym niż warszawski Modlin. Jest tam w zasadzie jeden pas startowy z „rondem”, na końcu którego zawracają samoloty i podjeżdżają pod „arrivals”. A to wszystko pośród pustki wyschniętych, karłowatych krzaków.

Przy wjeździe do Maroka nie potrzeba wiz. Potrzeba jedynie paszportu, oraz już na lotnisku trzeba wypełnić odpowiedni druczek. Królestwo Maroka wymaga następujących informacji:
-imię i nazwisko
-data i miejsce urodzenia
-cel wjazdu do Maroka
-zawód (ponoć najlepiej jest wpisywać proste zawody typu piekarz, mechanik…)
-adres w Maroko (ja podałem pierwszy lepszy hotel z przewodnika)

Kolejka do wyjścia dłuży się niesamowicie. Każdy pojedynczy podróżny jest wpisywany do systemu,
stąd tak długi czas obsługi. Już na lotnisku można wymienić pieniądze, co też czynię. Wiedziony doświadczeniem wymieniam tylko taką sumę, która niezbędna mi będzie do przetrwania do jutra. Na lotniskach bowiem, kurs zwykle jest mniej korzystny. Orientuję się również, że w kantorach można spokojnie wymienić funty. Niepotrzebnie więc biegałem i wymieniałem walutę angielską na dolary. Spokojnie można przywieźć ze sobą funta szterlinga bądź euro. Wychodzę z lotniska i od razu napadają mnie taksówkarze. Ledwo udało mi się od nich uwolnić. Poinformowali mnie jednak, że autobus, o którym czytałem w Internecie o tej porze już nie kursuje. Niezrażony ruszyłem jednak do głównej ulicy. Spytałem, tym razem, parkingowego, który poinformował mnie gdzie jest przystanek autobusowy. Chciałem dowiedzieć się sam, kiedy był ostatni odjazd i o której jest pierwszy autobus jutro do centrum Fezu. Przystanek znalazłem i owszem, jednak próżno szukać tam było jakiegokolwiek rozkładu jazdy. Siadłem więc na krawężniku i zastanawiałem się co też mógłbym zrobić. Planowałem bowiem, albo iść do centrum (około 12km) albo przespać się w okolicznych krzakach i jutro pojechać do Fezu. Za taxówkę wołano 150-200MAD. Dosiadł się do mnie Szela. Okazał się być miejscowym, który pracuje przy ładowaniu bagaży do luków samolotów.
-Bus…5 minutes- powiedział, spoglądając na zegarek. 
Od razu mnie pocieszył. 5 minut później faktycznie podjechał autobus linii 16. Kosztował 4MAD. Finalnie Szela zapłacił za nas dwóch. Ja natomiast zapłaciłem za taxi z centrum do medyny 15MAD. W medynie zaczął mnie prowadzić po jakiś wąskich uliczkach, wreszcie otwierając nijak
nieoznakowane drzwi, mówiąc że jego kolega przyjmuje tutaj turystów. Wewnątrz budynek prezentował się okazale. Wszędzie pełno mozaiek, przestronne pokoje. Kilka pięter i widok na medynę z tarasu. Tylko cena…400MAD. Ugięły mi się kolana jak to usłyszałem. Miałem też w świadomości to że zwyczajnie schrzaniłem sprawę. Pozwoliłem się wprowadzić gdzieś w labirynt wąskich uliczek największej medyny w Maroko. Nie pytając o cenę, pozwoliłem sobie zaścielić łóżko. Cenę zacząłem ustalać dopiero po tym wszystkim. Udało się stargować do 300MAD, co wcale mnie nie pocieszyło. Cóż…nauczka. Zjadłem zaserwowaną kolację. Wziąłem zimny prysznic.
Przespałem noc, która była na tyle gorąca, że śpiąc jedynie w bokserkach, nawet tylko pod prześcieradłem było mi za gorąco. Następnego rana moi gospodarze zabrali mnie do centrum. Poszliśmy na śniadanie, na które składał się placek z kuskusu z masłem (około 6MAD) i mocna kawa (7MAD). Później rozstaliśmy się i oni poszli na zakupy, ja natomiast na autobus do Szefszawanu, gdzie miałem spotkać się z kuzynką i wujkiem. Niestety na 10:00 biletów już nie było. Udało mi się
kupić miejsce w autokarze na godzinę 12:30. Miałem więc trochę czasu by pochodzić po Fezie. W samym mieście w zasadzie nie ma co zwiedzać. Klimat naturalnie jest inny niż gdziekolwiek indziej, gdzie byłem, ale daleko jeszcze do sytuacji, kiedy nie wiadomo co fotografować i na no patrzeć. Ot ulice, samochody, zabudowania w lekko kolonialnym stylu, ludzie biegają. Ja kupiłem sobie natomiast trochę owoców z kaktusa, placek pszenny (1.5MAD), wodę (1.5l za 6MAD) i siadłem by je zjeść na drugie śniadanie. Siadłem w parku…gdzie…no właśnie. Śmierdziało. Naprawdę śmierdziało. Uderzyło mnie to. W medynie śmierdziało, tutaj też…Za autobus z Fezu do Szefszawanu przewoźnika CTM zapłaciłem 75MAD plus 5MAD za plecak. Czekając na przyjazd klimatyzowanego autokaru poznaję parę z Krakowa, poznałem ich po torbie z napisami po polsku. Podróż do Szefszawanu, błękitnego miasta położonego pośród gór Atlasu Niskiego trwała natomiast około 4.5h. Autokar, którym jechaliśmy był wyjątkowo komfortowy. Klimatyzowane, rozkładane i dość szerokie siedzenia. W połowie kierowca zrobił półgodzinną przerwę na stacji, gdzie można było wypić kawę lub herbatę i zjeść grillowane mięso (20-30MAD). Szefszawan widać już z daleka, miasteczko położone na zboczu, zdaje się że
jedne domy stoją na dachach drugich. SMS od Martineza: „Specjalnie dla Ciebie zeszliśmy z centrum na przystanek autobusowy i czekamy”. Jeszcze chwila i witamy się prażeni popołudniowym słońcem. Podejmujemy decyzję, że najpierw spróbujemy zakupić bilety do Fezu, później natomiast szukamy hostelu w medynie. Niedziela oznaczała pozamykane kasy dwóch przewoźników na dworcu
autobusowym, ruszamy tym samym do medyny. Moim zdaniem taxi na takiej trasie to gruba przesada, tym samym ruszamy z buta. Po około 40minutach jesteśmy na miejscu. Wzięliśmy się za poszukiwanie naszego hostelu- Mauretani. Myśmy się trochę nachodzili, ale dla Was mam namiary GPS: N35°10.086' W005°15.787'. Hostel Mauretania kosztował nas 40MAD za nocleg na dachu. Warunki all inclusive! Zapewniają materac i koc. Śpi się na świeżym powietrzu pod zadaszeniem z folii. Toaleta i prysznic również zlokalizowane są na górze. Z prysznica leci woda znajdująca się w ogromnym kanistrze również znajdującym się na…dachu, a tym samym ogrzewanym za dnia przez słońce. Wieczorem wychodzimy pozwiedzać medynę. Bez kozery od razu powiem, jest najładniejszą
w całym Maroku! Jeśli uważacie, że nie ma co jechać do Szefszawanu „tylko” z powodu niebieskich domów, to się mylicie. Wszystkie inne medyny, czy to Feska czy w Marrakeszu pozostawią u Was negatywne odczucia brudu, biedy i smrodu. Zauważyłem, że w Szefszawanie ludzie cierpią na
dziwny do wytłumaczenia wstręt do zdjęć. Wystarczyło nawet, że zwróciłem tylko wyłączony aparat z zakrytym obiektywem w czyjąś stronę i już słyszałem „no foto!!”. Chcą zrobić timelapsa na zatłoczonym placu przed kazbą podszedł do mnie policjant i kazał zwinąć sprzęt. Zwiedzamy zakątki, zwiedzamy stragany i pod wieczór padamy zmęczeni upałem na materace. Kolejny dzień i nasza poranna wizyta na dworcu autobusowym przynosi złe wiadomości, ponieważ wszystkie
dzisiejsze autokary są już pełne. Wolne miejsca są dopiero na kolejny dzień na okolice 10:00. Kupujemy bilety za 70MAD u innego przewodnika i wracamy do medyny coś przekąsić. W takich temp. nie chciało nam się specjalnie jeść, spokojnie wystarczały nam świeże placki pszenne z
serkiem topionym, pomidorem i do tego woda lub napój. I sporo owoców. Obok nas na dachu rozkładają się dwie Niemki. Witamy się uśmiechem i standardowym „How r u?”. Następny dzień oznaczał przejazd autokarem do Fezu. Na dworcu jesteśmy jakiś czas wcześniej i obserwujemy nadjeżdżające autobusy. W pewnym momencie nadjeżdża typowy „trup”. Z całym przekonaniem oświadczyłem, że to na pewno nie nasz. Jednak ponieważ ludzie zaczęli się gromadzić dookoła, poszedł i wujek z biletem dopytać się kierowcy dokąd jedzie. I okazało się moi drodzy, że autobus jest nasz. Trup kompletny. Znikąd wzięli się pakowacze plecaków, którzy za bagaż zażyczyli sobie po 20MAD. Naiwny uznałem, że widocznie u tego przewoźnika płaci się za bagaż więcej. Zapłaciłem. Dopiero później, jadąc, rozmawialiśmy, że nawet nie wiadomo skąd ci ludzie byli. Równie dobrze mogli sobie
przyjść z ulicy i kazać sobie płacić. Jak widać, ponownie dałem się naciągnąć. Rozmyślania jednak przerwała nam…lodówka. Wędrowała ona mianowicie na dach autobusu. Nie tylko ona z resztą, ponieważ tragarze ładowali tam też łóżko, meble i materace. Czyżby ktoś się przeprowadzał…autobusem? WTF?! Podróż była brudna, lepka od potu i wytrzęsiona na wybojach. W połowie trasy dosiadła się też do nas marokańska rodzinka. Mama z małym dzieckiem, które nogi miało na moich kolanach, reszta Smyka natomiast leżała na kolanach maminych. Była też starsza córka, która po zakończeniu jazdy wcisnęła nam do ręki owoc granata.

CDN…