niedziela, 5 października 2014

Lodówka na dachu i granat w autobusie...

-Happy holiday Rafal!- takie głosy rozlegają się dookoła na fabrycznym korytarzu, kiedy odbijam kartę o 13:50 w środę.

Szybko rowerem wracam do domu. Po zjedzeniu obiadu, pakuję plecak i dopinam resztę drobnych spraw. W nocy śpię nadzwyczaj spokojnie, co zwykle przed wyjazdami się nie zdarza. Ale tym razem jadę all inclusive. Czym wiec miałbym się stresować?

Na Stansted ruszam z Piotrkiem i po krótkiej przerwie w Burger Kingu, docieram na lotnisko. Mimo, że nie zdaję bagażu do luku, odprawa trwa długo i już na początku mamy opóźnienie ponad 40min. Stoję spokojnie w kolejce do gate-a czytając jakąś darmową gazetę z lotniska. Wokół same ciemne karnacje. Pasażerowie samolotu od razu zdradzają kierunek lotu. Afryka wita mnie już w Anglii. Przy kontroli paszportów już w kabinie samolotu wita mnie uśmiech Polki, która pracuje jako stewardessa w Ryanairze.
-Najmniej egzotyczne nazwisko w tym zestawieniu- kwituje.
Lot przesypiam ze słuchawkami w uszach. Po zmroku ląduję na feskim lotnisku, będącym jeszcze mniejszym niż warszawski Modlin. Jest tam w zasadzie jeden pas startowy z „rondem”, na końcu którego zawracają samoloty i podjeżdżają pod „arrivals”. A to wszystko pośród pustki wyschniętych, karłowatych krzaków.

Przy wjeździe do Maroka nie potrzeba wiz. Potrzeba jedynie paszportu, oraz już na lotnisku trzeba wypełnić odpowiedni druczek. Królestwo Maroka wymaga następujących informacji:
-imię i nazwisko
-data i miejsce urodzenia
-cel wjazdu do Maroka
-zawód (ponoć najlepiej jest wpisywać proste zawody typu piekarz, mechanik…)
-adres w Maroko (ja podałem pierwszy lepszy hotel z przewodnika)

Kolejka do wyjścia dłuży się niesamowicie. Każdy pojedynczy podróżny jest wpisywany do systemu,
stąd tak długi czas obsługi. Już na lotnisku można wymienić pieniądze, co też czynię. Wiedziony doświadczeniem wymieniam tylko taką sumę, która niezbędna mi będzie do przetrwania do jutra. Na lotniskach bowiem, kurs zwykle jest mniej korzystny. Orientuję się również, że w kantorach można spokojnie wymienić funty. Niepotrzebnie więc biegałem i wymieniałem walutę angielską na dolary. Spokojnie można przywieźć ze sobą funta szterlinga bądź euro. Wychodzę z lotniska i od razu napadają mnie taksówkarze. Ledwo udało mi się od nich uwolnić. Poinformowali mnie jednak, że autobus, o którym czytałem w Internecie o tej porze już nie kursuje. Niezrażony ruszyłem jednak do głównej ulicy. Spytałem, tym razem, parkingowego, który poinformował mnie gdzie jest przystanek autobusowy. Chciałem dowiedzieć się sam, kiedy był ostatni odjazd i o której jest pierwszy autobus jutro do centrum Fezu. Przystanek znalazłem i owszem, jednak próżno szukać tam było jakiegokolwiek rozkładu jazdy. Siadłem więc na krawężniku i zastanawiałem się co też mógłbym zrobić. Planowałem bowiem, albo iść do centrum (około 12km) albo przespać się w okolicznych krzakach i jutro pojechać do Fezu. Za taxówkę wołano 150-200MAD. Dosiadł się do mnie Szela. Okazał się być miejscowym, który pracuje przy ładowaniu bagaży do luków samolotów.
-Bus…5 minutes- powiedział, spoglądając na zegarek. 
Od razu mnie pocieszył. 5 minut później faktycznie podjechał autobus linii 16. Kosztował 4MAD. Finalnie Szela zapłacił za nas dwóch. Ja natomiast zapłaciłem za taxi z centrum do medyny 15MAD. W medynie zaczął mnie prowadzić po jakiś wąskich uliczkach, wreszcie otwierając nijak
nieoznakowane drzwi, mówiąc że jego kolega przyjmuje tutaj turystów. Wewnątrz budynek prezentował się okazale. Wszędzie pełno mozaiek, przestronne pokoje. Kilka pięter i widok na medynę z tarasu. Tylko cena…400MAD. Ugięły mi się kolana jak to usłyszałem. Miałem też w świadomości to że zwyczajnie schrzaniłem sprawę. Pozwoliłem się wprowadzić gdzieś w labirynt wąskich uliczek największej medyny w Maroko. Nie pytając o cenę, pozwoliłem sobie zaścielić łóżko. Cenę zacząłem ustalać dopiero po tym wszystkim. Udało się stargować do 300MAD, co wcale mnie nie pocieszyło. Cóż…nauczka. Zjadłem zaserwowaną kolację. Wziąłem zimny prysznic.
Przespałem noc, która była na tyle gorąca, że śpiąc jedynie w bokserkach, nawet tylko pod prześcieradłem było mi za gorąco. Następnego rana moi gospodarze zabrali mnie do centrum. Poszliśmy na śniadanie, na które składał się placek z kuskusu z masłem (około 6MAD) i mocna kawa (7MAD). Później rozstaliśmy się i oni poszli na zakupy, ja natomiast na autobus do Szefszawanu, gdzie miałem spotkać się z kuzynką i wujkiem. Niestety na 10:00 biletów już nie było. Udało mi się
kupić miejsce w autokarze na godzinę 12:30. Miałem więc trochę czasu by pochodzić po Fezie. W samym mieście w zasadzie nie ma co zwiedzać. Klimat naturalnie jest inny niż gdziekolwiek indziej, gdzie byłem, ale daleko jeszcze do sytuacji, kiedy nie wiadomo co fotografować i na no patrzeć. Ot ulice, samochody, zabudowania w lekko kolonialnym stylu, ludzie biegają. Ja kupiłem sobie natomiast trochę owoców z kaktusa, placek pszenny (1.5MAD), wodę (1.5l za 6MAD) i siadłem by je zjeść na drugie śniadanie. Siadłem w parku…gdzie…no właśnie. Śmierdziało. Naprawdę śmierdziało. Uderzyło mnie to. W medynie śmierdziało, tutaj też…Za autobus z Fezu do Szefszawanu przewoźnika CTM zapłaciłem 75MAD plus 5MAD za plecak. Czekając na przyjazd klimatyzowanego autokaru poznaję parę z Krakowa, poznałem ich po torbie z napisami po polsku. Podróż do Szefszawanu, błękitnego miasta położonego pośród gór Atlasu Niskiego trwała natomiast około 4.5h. Autokar, którym jechaliśmy był wyjątkowo komfortowy. Klimatyzowane, rozkładane i dość szerokie siedzenia. W połowie kierowca zrobił półgodzinną przerwę na stacji, gdzie można było wypić kawę lub herbatę i zjeść grillowane mięso (20-30MAD). Szefszawan widać już z daleka, miasteczko położone na zboczu, zdaje się że
jedne domy stoją na dachach drugich. SMS od Martineza: „Specjalnie dla Ciebie zeszliśmy z centrum na przystanek autobusowy i czekamy”. Jeszcze chwila i witamy się prażeni popołudniowym słońcem. Podejmujemy decyzję, że najpierw spróbujemy zakupić bilety do Fezu, później natomiast szukamy hostelu w medynie. Niedziela oznaczała pozamykane kasy dwóch przewoźników na dworcu
autobusowym, ruszamy tym samym do medyny. Moim zdaniem taxi na takiej trasie to gruba przesada, tym samym ruszamy z buta. Po około 40minutach jesteśmy na miejscu. Wzięliśmy się za poszukiwanie naszego hostelu- Mauretani. Myśmy się trochę nachodzili, ale dla Was mam namiary GPS: N35°10.086' W005°15.787'. Hostel Mauretania kosztował nas 40MAD za nocleg na dachu. Warunki all inclusive! Zapewniają materac i koc. Śpi się na świeżym powietrzu pod zadaszeniem z folii. Toaleta i prysznic również zlokalizowane są na górze. Z prysznica leci woda znajdująca się w ogromnym kanistrze również znajdującym się na…dachu, a tym samym ogrzewanym za dnia przez słońce. Wieczorem wychodzimy pozwiedzać medynę. Bez kozery od razu powiem, jest najładniejszą
w całym Maroku! Jeśli uważacie, że nie ma co jechać do Szefszawanu „tylko” z powodu niebieskich domów, to się mylicie. Wszystkie inne medyny, czy to Feska czy w Marrakeszu pozostawią u Was negatywne odczucia brudu, biedy i smrodu. Zauważyłem, że w Szefszawanie ludzie cierpią na
dziwny do wytłumaczenia wstręt do zdjęć. Wystarczyło nawet, że zwróciłem tylko wyłączony aparat z zakrytym obiektywem w czyjąś stronę i już słyszałem „no foto!!”. Chcą zrobić timelapsa na zatłoczonym placu przed kazbą podszedł do mnie policjant i kazał zwinąć sprzęt. Zwiedzamy zakątki, zwiedzamy stragany i pod wieczór padamy zmęczeni upałem na materace. Kolejny dzień i nasza poranna wizyta na dworcu autobusowym przynosi złe wiadomości, ponieważ wszystkie
dzisiejsze autokary są już pełne. Wolne miejsca są dopiero na kolejny dzień na okolice 10:00. Kupujemy bilety za 70MAD u innego przewodnika i wracamy do medyny coś przekąsić. W takich temp. nie chciało nam się specjalnie jeść, spokojnie wystarczały nam świeże placki pszenne z
serkiem topionym, pomidorem i do tego woda lub napój. I sporo owoców. Obok nas na dachu rozkładają się dwie Niemki. Witamy się uśmiechem i standardowym „How r u?”. Następny dzień oznaczał przejazd autokarem do Fezu. Na dworcu jesteśmy jakiś czas wcześniej i obserwujemy nadjeżdżające autobusy. W pewnym momencie nadjeżdża typowy „trup”. Z całym przekonaniem oświadczyłem, że to na pewno nie nasz. Jednak ponieważ ludzie zaczęli się gromadzić dookoła, poszedł i wujek z biletem dopytać się kierowcy dokąd jedzie. I okazało się moi drodzy, że autobus jest nasz. Trup kompletny. Znikąd wzięli się pakowacze plecaków, którzy za bagaż zażyczyli sobie po 20MAD. Naiwny uznałem, że widocznie u tego przewoźnika płaci się za bagaż więcej. Zapłaciłem. Dopiero później, jadąc, rozmawialiśmy, że nawet nie wiadomo skąd ci ludzie byli. Równie dobrze mogli sobie
przyjść z ulicy i kazać sobie płacić. Jak widać, ponownie dałem się naciągnąć. Rozmyślania jednak przerwała nam…lodówka. Wędrowała ona mianowicie na dach autobusu. Nie tylko ona z resztą, ponieważ tragarze ładowali tam też łóżko, meble i materace. Czyżby ktoś się przeprowadzał…autobusem? WTF?! Podróż była brudna, lepka od potu i wytrzęsiona na wybojach. W połowie trasy dosiadła się też do nas marokańska rodzinka. Mama z małym dzieckiem, które nogi miało na moich kolanach, reszta Smyka natomiast leżała na kolanach maminych. Była też starsza córka, która po zakończeniu jazdy wcisnęła nam do ręki owoc granata.

CDN…  

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawie się czyta jak zawsze. Nie ukrywam że z małą nutką zazdrości. Bo jest czego ;) trzeba się kiedyś tam wybrać.

    OdpowiedzUsuń