niedziela, 23 listopada 2014

Pustynia nie ma zapachu.

Supratour zajeżdża do Merzougi w okolicach 06:00. Już wysiadając z autobusu wiem, że będzie mi się tu podobało. Jest CISZA i niczym nie śmierdzi. W zasadzie…tam nie ma żadnego zapachu. Pustynia i rozrzucone na niej domki z gliny naprawdę nie pachną, ani nie śmierdzą. Tu nie ma zapachu. Miasto śmierdzi spalinami, wieś też ma swój zapach, las pachnie lasem i wilgocią. A pustynia nie ma zapachu…potęguje to odczucie pustki. Bezkresnej pustki.

Z początku zaczęliśmy poszukiwania hostelu. By było sensownie tanio i przede wszystkim, by można było spać na dachu. Zakochaliśmy się w tym sposobie noclegu. Znalazł się w zasadzie sam. Siedział na przystanku autobusowym i nie narzucał się. O nie. Od niechcenia powiedział, że noclegi na dachu za 25MAD i ewentualnie noclegi na pustyni z przejazdem wielbłądem. Nie zaczepiał, nie ciągną za rękę, nie krzyczał. Powiedział. To było coś! I za nim poszliśmy do Petit Prince. Hotel jest spory. Na dachu mnóstwo miejsca i powiem Wam, że dach ten się uginał. Był zrobiony z gałęzi leżących na belkach i całość pokryta jakby gliną? Wrażenie bardzo dziwne. Mieliśmy łazienki i toaletę i zaraz
obok jakby dziedziniec, gdzie były rozwieszone linki do suszenia ubrania. Do użytku gości jest też świetlica. Duża sala z wieloma miejscami do leżenia, pomiędzy nimi stoliki i wiatraki przy suficie. Oczywiście są też zwykłe pokoje, ale ceny niestety Wam nie podam, ponieważ my od razu zaczęliśmy rozmowę o wycieczce na pustynię. Apropos samego pomysłu: ja chciałem generalnie sam iść w pustynię. Znaleźć tam jakąś kępę drzew (bez śmiechu, bo są!!), rozpalić malutkie ognisko (na ile opału się znajdzie), zjeść w jego blasku i kimnąć się na piasku. Brak mi takich prostych zajawek. Tak po prostu pójść, zjeść, zasnąć. Martyna z Piotrem, a także Jana z Katheriną skłaniali się jednak ku zorganizowanej wycieczce. Aż tak asertywny nie jestem (choć wciąż nad tym pracuję) więc i tamtym razem zgodziłem się dołączyć do większości. Przy herbacie zaczęliśmy targi. Z początku usłyszeliśmy cenę 450MAD za wycieczkę, która zacząć się miała o 19:00, mieliśmy na wielbłądach pojechać 1.5h w pustynię. Na miejscu biwaku przenocować w berberyjskich namiotach posilając się wcześniej solidną kolacją. Była nas piątka, w związku z czym zdecydowaliśmy się targować ostro i tym sposobem zeszliśmy jedną trzecią. Docelowo zapłaciliśmy 300MAD za osobę. To była godzina lekko po 07:00, mieliśmy więc duuuużo czasu wolnego. Na czas samej wycieczki wielbłądowej, oraz na czas jej oczekiwania bagaże mogliśmy zostawić w jednym z pomieszczeń, które stanowiło trochę składzik, a trochę pokój sypialny. Plan wyglądał następująco: teraz zrobimy sobie krótki spacer na pustynię sami, później zakupy przed wycieczką zorganizowaną i odpoczynek w pomieszczeniu w czasie największego upału, czyli okolic 16:00.

Zabraliśmy tylko niezbędne przedmioty i ruszyliśmy w pustynię, która zaczynała się zaraz za
ogrodzeniem! I znów…wrażenie ogromne. Dookoła piasek, dookoła wydmy, dookoła tylko żółto i niebiesko. Słońce nie było jeszcze zbyt wysoko, piasek był sensownie chłodny, szło się naprawdę miło. Robiłem dużo zdjęć, kręciłem sporo ujęć. Pustynia bardzo przypadła mi do gustu. Po krótkim odpoczynku, który urządziliśmy sobie na jednej z wyższych wydm, Katherina i Jana zdecydowały, że będą powoli wracały do hotelu. Myśmy zdecydowali, że ruszamy na majaczącą z dala wydmę gigant. Na pustyni jednak bardzo ciężko dobrze oszacować odległość i jak to zwykle bywa, cel naszej przechadzki okazał się być dużo dalej niż się spodziewaliśmy, a wody w butelkach szybko ubywało. A słońce było coraz wyżej. A piasek coraz bardziej gorący. A wiatr zapytacie? Był. Czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.:D Po pokonaniu kolejnej, nie wiem nawet której, wydmy naszym oczom ukazało się spore wypłaszczenie na środku którego jak gdyby nic stała sobie…studnia z wodą. Do polania się od góry do dołu wodą nie było trzeba mnie przekonywać! Ale ulga!! Urządziłem sobie nawet video z basket challenge, podczas to którego nominowałem papieża i Władimira Putina, ale zapomniałem o przestawieniu ostrości w aparacie z autofocusa na manual i ostre są drzewa za mną zamiast mnie. Dlatego nie upubliczniam.;) Oblany wodą wyschłem w…niecałe 15min. Ale przynajmniej koszulka zrobiła się znów miękka, ponieważ najpierw nasączona i później odparowana z potu była sztywna jak zbroja.

…ale…

Nieubłagalnie przyszedł czas pustych butelek z wodą co oznaczało konieczność powrotu. A ten prosty nie był. Suszyło w gardle, człowiek się pocił. Piasek był natomiast jak patelnia. I ta patelnia pokonała moje sandały Teva Hurricane III, po prostu się rozkleiły pod wpływem gorąca.  Z lekka się umęczyliśmy, ale dotarliśmy do drzwi hotelu. Mijaliśmy po drodze sporo osób, które zakopywały się w gorącym piasku i do tego przykrywały kocami. Ponoć tak leczą tu reumatyzm. Wygrzewają się. I ponoć działa.

W hotelu, w świetlicy, zastaliśmy zmęczone, śpiące dziewczyny. Martyna z Piotrem też sobie przycięli komara, a ja wziąłem się za zapiski w notesie (to na ich podstawie piszę teraz:). W
pomieszczeniu było nawet znośnie. Było nawet bardzo przyjemnie, tak sennie, ciepło, sielsko, cicho i spokojnie. Gdybym był pisarzem, poetą…kimś kto do pracy potrzebuje spokojnego, odludnego miejsca, siedziałbym właśnie w tej świetlicy w Petit Prince. Na wielbłądach nie zapewniali wody, poza tym tego dnia nic praktycznie nie jedliśmy. Zachciało nam się sklepu. Ruszyliśmy w osadę. Piszę osadę, bo raczej ciężko to nazwać wsią. I sklep się znalazł. Można było tam kupić wodę, JEDNĄ konserwę rybną, która leżała baaardzo długo na ladzie. Zdążyła wręcz wyblaknąć. Można było wziąć Fantę i jakieś takie niby ciastka…w bułce…z nadzieniem. I to w zasadzie wszystko, co było na wyposażeniu sklepu. Woda w normalnej cenie za 6MAD (kupując w hotelu zapłacicie 9MAD). Niestety nie określę Wam lokalizacji sklepu, ponieważ oni raczej nie mają tam nazw dróg szutrowych.;) Przed wyjazdem wielbłądzim zrobiłem sobie jeszcze pranie. Wyglądało następująco: namoczyłem spodnie, namydliłem, wypłukałem, rozwiesiłem. Namoczyłem koszulkę, namydliłem, wypłukałem, rozwiesiłem. Założyłem suche spodnie, umyłem ręce, twarz i włosy, ubrałem suchą koszulkę. Wszystko…w 20min.:)

Do naszej piątki dołączyła jeszcze grupa pięciu(?) chłopaków z Austrii i Szwajcarii. Każdy dostał dromadera i tym razem karawaną ruszyliśmy ponownie w nieprzebyte piaski. Na wielbłądzie w sumie spoko, ale po pół godzinie to tyłek jest tak obity, jak nawet nie jest po miesięcznej wyprawie rowerowej na sztywniaku. I zakwasy po wewnętrznej części ud straszne. „Wrażenia takie se.” Oczywiście atrakcja genialna i polecam.;) Po półtorej godzinie dotarliśmy do miejsca, skąd było było widoczne nasze obozowisko. Zsiedliśmy z wielbłądów, które zostały zabrane w jakieś tajemnicze miejsce na popas. Nam natomiast polecono wspiąć się na wysoką wydmę by obejrzeć zachód słońca. Słońca były już ostatki, jednak zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, była też chwilka by pomyśleć i zeszliśmy na dół, do obozu. Obóz nie przypominał obozu, jaki dla mnie jest obozem. Chatki były
zbite z desek i przykryte pledami/kocami. Po środku stał stolik, dookoła niego taborety, była brama do obozu, była kuchnia na uboczu, było światło z żarówek. Zasiedliśmy do stołu i zostaliśmy poczęstowani na wstępie berber whisky. Później długo czekaliśmy i zjedliśmy solidne tajin z ziemniakami, marchewką i kurczakiem. Powiem tak: najważniejsze, że zapchałem brzuchala.;) Później jeszcze owoce i czas na koncert. A koncert zrobił wrażenie! Chłopaki grali naprawdę bardzo fajnie (w tym momencie polecam wrócić do filmu z Maroka). Widoczny na filmie Berber w okularach okazał się być inteligentnym mężczyzną. Po studiach i ze znajomością angielskiego, niemieckiego, francuskiego, kilka słów duknął po polsku i oczywiście mówił w swoim „jakimś tam” dialekcie charakterystycznym dla tej- wschodniej części Maroko. Byłem pod wrażeniem! Pełni wrażeń padliśmy na prycze świadomi jutrzejszej wczesnej pobudki.

Ponieważ wyjazd autokaru Supratour z Merzougi jest o 08:00, a trzeba być wcześniej, a myśmy byli 1.5h wielbłądem od przystanku, a…dlatego pobudka była już o 05:30. I wiecie co? Kropiło (bo w nocy była burza! Tak, burza na pustyni!!) i silnie wiało. Pogoda całkowicie niepustynna. Jazda na wielbłądzie po pustyni? Szybko znikające i znów pojawiające się pomiędzy chmurami gwiazdy nad głową? Rześki wiatr i tylko jego szum w uszach? Dookoła nicość? Już wiem, po co był ten cały wyjazd. Właśnie po ten moment! Właśnie tu był cel tej podróży.

Z Merzougi wyjechaliśmy dokładnie o 08:00. Następny przystanek? Marrakesz!

1 komentarz:

  1. W drodze do Merzouga widziałam jedynie zarysy górek ze skał, później zaczęło lekko świtać i zobaczyłam powoli pustynne krajobrazy. Wszystko wyglądało na bardzo suche, nigdzie nie było zieleni. Raz na jakiś czas palma.

    W autobusie jakiś pan proponował nocleg i próbował wcisnąć wizytówkę, ale podziękowałam, bo już mieliśmy. Po wyjściu z autobusu mieliśmy zadzwonić do Mustafy, chłopaka z Merzouga Deser House, z którym byliśmy w kontakcie jeszcze długo przed przyjazdem. To on radził nam wziąć nocny autobus i u niego mieliśmy nocować. Ma 24 lata i zna arabski, berberski, francuski, angielski, portugalski i hiszpański. Wow.
    Nie zdążyliśmy zadzwonić po Musta, bo on już tam na nas czekał. Dom był bardzo blisko, 5 minut drogi od stacji.

    Merzouga rozlega się aż na 15 km i składa się z kilku części. Najwyższa wydma jest przy głównej części, czyli tam, gdzie mieszkał Musta. Ponoć w całej Merzouga mieszka około 1000 rodzin (każda po przynajmniej 4-5 dzieci).

    Z rana jeszcze dospaliśmy i o 10 wyszliśmy z pokoju, wzięliśmy prysznic i pogadaliśmy z dwójką Niemców z pokoju obok. Oni właśnie jechali w stronę gór, do Tinghir. Poznaliśmy tam też Hiszpankę z Girony, 35-latkę, która po raz trzeci jest w Maroko i podróżuje sama. Podczas drugiej wizyty w Maroko trafiła na Mustafę i przyjechała tu ponownie w tym roku odpocząć. Tam zjedliśmy wspólnie śniadanie - chleb z dżemem, oliwą i syropem z daktyli. Przed wyjazdem Niemców nagraliśmy filmik, jak Tuarowie, czyli ludzie pustyni, wiążą chusty na głowach (filmik - w HD!!). Niemcy pojechali, a nasza trójka, Hiszpanka i Mustafa poszliśmy na spacer po okolicy. Przeszliśmy między domami i dotarliśmy do skraju miejscowości, gdzie był cmentarz (dość ciekawy) i wielbłądy. Wróciliśmy inną drogą przez ogród, gdzie ktoś próbował coś uprawiać - między polami poprowadzone były kanaliki, czyli system irygacyjny!

    Wróciliśmy do domu Mustafy i poszliśmy spać. Było juz tak gorąco, że nie dało się wyjść z domu. Można było jedynie spać. Zasnęłam momentalnie. Wstaliśmy i wciąż niestety upał paraliżował. Było tak sucho, mój nos był pełen kurzu i czułam się jak rodzyna. Co chwilę przed domem Mustafy rozlegała się piaskowa burza. Jeden podmuch i wszystko fruwa.
    Piłam dużo wody, była przepyszna xD

    Później, koło 18, poszliśmy na wydmę, aby obejrzeć zachód słońca. Upał nie doskwierał już tak bardzo. Mustafa nie chciał z nami iść, bo był bardzo zmęczony. Ostatnio ponoć miał wycisk z wielbłądami, bo musiał odprowadzać ludzi 4x dziennie w obie strony, a przewodnicy zawsze chodzą pieszo, nie na wielbłądach. Jednak jakiś odcinek drogi dalej spotkaliśmy... Mustafę xD Mimo zmęczenia postanowił jednak pójść z nami. Wdrapanie się na wydmę było bardzo ciężkie, ale daliśmy radę i obejrzeliśmy zachód. Było pięknie, non stop wiało i piasek był wszędzie. Ale i tak było to najlepsze co do tej pory w Maroko widziałam! Po zachodzie słońca inni ludzie sobie poszli, a my poczekaliśmy na gwiazdy. Było przepięknie i cieplutko od piasku. Gdy zaczęło się oziębiać, wróciliśmy do Mustafy do domu.

    Pożegnaliśmy się z Hiszpanką. Sporo z nią rozmawiałam i polubiłam ją. Wie, co w życiu ważne.

    Zaplanowaliśmy, że następnego dnia jedziemy do Boumalne Dades zobaczyć dolinę rzeki, a później w stronę Marakeszu, zobaczy się gdzie.
    Autobus do Marakeszu z rana o 7.


    UWAGA! POLECAM NOCLEGI!!
    Polecam zatrzymanie się u Mustafy. Przemiły z niego chłopak! Wiele dla nas zrobił, więc polecam gorąco, jak wybieracie się do Merzouga, możecie przenocować u niego - moroccocheaptravel@gmail.com cameltrekkingdesert.wordpress.com lub
    http://www.booking.com/hotel/ma/camel-trek-bivouac.en-gb.html?sid=5d8ad8f7cd3758d3f6798fb058f3fce3;dcid=1

    Piszę to, bo naprawdę z niego super gość, ma dużą rodzinę i za taką uczciwość, jaką od niego możecie uzyskać warto wesprzeć tę rodzinę! Chciałabym mu pomóc. Znajdziecie też na tripadvisor jak chcecie poczytać więcej! ;)

    OdpowiedzUsuń