wtorek, 4 listopada 2014

Szosowcy:ja, 1:1.

Dziś wreszcie wolne. Od 12dni wolne. Zdecydowałem się skorzystać z wyjątkowo ładnej, jak na ten okres, pogody w Anglii i ruszyć na rower. Wstępnie planowałem lekką pętelkę z jednym solidniejszym podjazdem o długości ledwo 20km. Tak na spokojnie. By dość szybko wrócić i siąść do pisania. Z tego też powodu zabrałem ze sobą tylko klucze do domu. Trochę nieodpowiedzialnie powiecie? Troszkę tak. Żadnych narzędzi, dętki zapasowej. Nawet telefonu nie wziąłem, a o czymś do zjedzenia lub picia nie myślałem kompletnie.

Pierwsze kilometry spowodowały taki szeroki uśmiech na mojej twarzy, że śmiałem się jakbym był
po trawce. Wiecie…śmiejesz się bez sensu jednocześnie wiedząc, że jest to głupie. Śmiechu nie da się pohamować…Słoneczko, ciepło, prawie bezwietrznie, noga podaje. Decyzję podjąłem błyskawicznie i w Harringworth zamiast w prawo skręcam w lewo i jadę na 70km nad jezioro Rutland. Moją ulubioną miejscówkę w najbliższej okolicy. Miałem nadzieję, że drogę pamiętam i dam radę bez GPS-a. Miałem nadzieję, że żadnej awarii po drodze nie złapię. Miałem też nadzieję, że nie stanie się też nic takiego bym musiał dzwonić po pomoc. Na końcu wreszcie, liczyłem na to, że zjedzone śniadanie wystarczy na te kilometry. Trochę na wariackich papierach. Nie lubię tak, ale ponoć spontany też są dobre. „Ostatecznie to tylko 70km”- mówiłem sobie.

Po drodze mnóstwo małych podjazdów. Małych, ale dość stromych, które z lekka dają w kość. Lubię takie zrobić na stojaka, choć kosztuje to trochę więcej sił niż wysoka kadencja z siodełka. Nic jednak nie zakłóca niesamowitej atmosfery wąskich, bocznych asfaltów. Takie są chyba tylko w Anglii. Dobrze utrzymane, biegną między wysokimi żywopłotami. Dookoła tylko pola. Drogi są tak wąskie, że dwa większe samochody będą miały problem by się minąć, brak wymalowanych białych pasów, czasem tylko trafi się napis SLOW. Surowo, pięknie. Często zdarzają się też długie szpalery drzew. To, co u nas w Polsce powoli się usuwa. A już od dawna przycina gałęzie sięgające zbyt daleko nad asfalt. Tutaj? Drzewa bardzo często złączają się nad jezdnią tworząc jedyny w swoim rodzaju tunel. Jazda w jego cieniu to atrakcja sama w sobie! Tak…surowo…to jest dobre słowo…tu się jeździ…surowo.

Docierając powoli nad jezioro zobaczyłem sporo przed sobą rowerzystę na szosówce. Byłem co
prawda na góralu z dwucalowymi oponami terenowymi, ale postanowiłem gonić. Takie urozmaicenie.:) Dogoniłem, objechałem i dumny z siebie dojechałem do bramki, która oznaczała wjazd na szutrową ścieżkę dookoła jeziora.

Rutland jest dużym jeziorem nad, którego brzegiem są ścieżki rowerowe (terenowe), są ścieżki spacerowe, można wynająć rowery, rowery wodne, żaglówki czy łódki. Można łowić ryby. Pływać nie można, z czego bardzo jestem niezadowolony. Mam tam taką swoją jedną ławeczkę, na której zawsze przysiądę i posłucham ciszy. Szum drzew i szum fal, śpiew ptaków, koncert cykad i koników polnych. Taki odpoczynek od miasta i fabryki. Koi zmysły.

Okrążam jezioro i na chwilkę wjeżdżam na główną drogę Corby- Stamford. Ten 14km odcinek jest niemiły z racji dużej ilości samochodów i braku pobocza. Tu, w Anglii, ani razu nie widziałem pobocza na głównych drogach. Szybko jednak znów odbijam na Harringworth i z burczącym brzuchem zmierzam do domu. Średnia z lekka spada i nagle słyszę z tyłu charakterystyczne dla kół Mavica, głośne cykanie bębenka. Do tego taki głuchy dźwięk pedałowania i jazdy na mało gładkim asfalcie. Już wiem co zaraz będzie. 3…2…1… i mija mnie wycinak jadący na moim marzeniu: Pinarello Dogma. Cudowny matowy czarny kolor roweru tylko mi mignął i zniknął za zakrętem. Szybko przyszło…szybko poszło. Szosowcy: ja, 1:1.:)

Do domu wracam z lekka zmęczony. Mogłem zabrać choćby batona i puszeczkę coli. BUM!  

3 komentarze:

  1. Hej Rafał, nie wiedziałem, że siedzisz w Anglii... Przyjemne zdjęcia. U nas dziś też pogoda dopisała i miło się jechało. Tylko ten wiatr, cholera ;)

    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. He, he...pół roku już pękło.:)

    OdpowiedzUsuń