niedziela, 28 grudnia 2014

Dolina Nadziei

Nadzieja - życzenie zaistnienia określonego stanu rzeczy i niepewność, że tak się stanie.

15-16 listopada były dniami wolnymi od pracy. Czy na myśl może przyjść coś innego niż ruszyć rowerem w trasę? Choćby miałaby tylko 200km i dwa dni, z pewnością warto. Miałem dylemat czy chcę ruszyć nad morze czy może w jakieś niedalekie pagórki. W piątek wieczorem na komputerze zrobiłem rozeznanie i stanęło na pagórkach. Bardzo za morzem się stęskniłem, w Gdyni miałem go na co dzień. Szum fal, jego zapach, piasek na plaży i przede wszystkim wrażenie ogromu spowodowane horyzontem, gdzie woda łączyła się bezpośrednio z niebem. Niestety najbliższe wybrzeże czyli okolice Skegness, jest bardzo brzydkie i w większej części ogrodzone jako tereny wojskowe, nie chciałem tracić nerwów i oczu na patrzenie na takie widoki. 
Tym samym ruszyłem do Hope Valley, Doliny Nadziei. Sam siebie pytałem czy wyjazd ten tchnie ją we mnie z nową siłą czy też odbierze jej resztki. Każdy ma bowiem jakieś plany oraz właśnie nadzieję na ich spełnienie. 

Zaczęło się wcześnie, ponieważ już o 05:30. Było jeszcze ciemno, kiedy wbijałem się w ubrania rowerowe i ruszałem kilka mil do Kettering. Corby jest niestety jakby z boku głównej linii kolejowej. Z Corby pociągiem więc musiałbym i tak dojechać najpierw do Kettering i tam przesiąść się do pociągu jadącego do Sheffield. Kierując się trochę wysokim ego (jestem rowerzystą, takie kawałki jeżdżę rowerem!) oraz troszkę ekonomią (pociągi w UK wcale tanie nie są) postanowiłem pojechać na kołach. Droga poszła szybko i na miejscu, w automacie, odebrałem zakupiony przez Internet bilet.
Opcja niezwykle wygodna. Kupujemy i płacimy przez Internet, dostajemy numer, wpisujemy go w automacie i odbieramy karteczkę. Rowerzyści w pociągach spółki East Midlands zawsze wsiadają do pierwszego przedziału, gdzie jest wygodny wagon bagażowy z miejscem na dwa-trzy rowery. Pomyślano nawet o pasku zabezpieczającym pojazdy, ganialne! PKP- uczcie się! Przesiadałem się jeszcze w Leicester i dojechałem prosto do Sheffield, skąd już rowerem skierowałem się do mojej Doliny Nadziei. Rozpadało się na pierwszych kilometrach i jak się miało okazać, padało non stop przez dwa dni mojej wycieczki. Przyjąłem to z pokorą, nawet lubię jak pada, jest świeżo, rześko...byle tylko nie wiało. W sakwach i tak wszystko w drybagach, więc o sprzęt się nie bałem. Do deszczu niestety doszła też nisko wisząca mgła. Pewnie więc Dolina Nadziei jest ładna, mnie jednak nie dane było się o tym przekonać. Jazda przebiegała w miłej atmosferze. Boczne, sensownie utrzymane asfalty, mało samochodów. Zjazdy i podjazdy wyciskające nieco sił. W Castletown postanowiłem zjeść poważniejszy posiłek,
jednocześnie wejść na Mam Tor (najwyższy w okolicy szczyt liczący sobie 524 m n.p.m.). Z całą odpowiedzialnością piszę "wejść" ponieważ o podjeżdżaniu nie było mowy. I nie miało tu znaczenia, że słabo z moją formą. Po prostu teren był typowo pieszy. Dopiero po wejściu na grań, mogłem ruszyć po bruku(!!) na sam szczyt. Widoków się nie spodziewałem, mgła był nieprzejednana. Nie otrzymałem nagrody. Przyjąłem z pokorą...w sumie to podejście nie było ciężkie, widać na nagrodę nie zasłużyłem. Po zejściu (bo i o zjeżdżaniu mowy nie było) wróciłem na asfalt i jadąc później jeszcze około 3h po zmroku, nabierając wody z węża ogrodowego przy pubie, rozbiłem się na łące za Ashbourne.

W Anglii jest problem z noclegami na dziko, ponieważ praktycznie każdy teren jest ogrodzony. Wysokim żywopłotem , murkiem z kamieni czy po prostu siatką z bramą. Ja zmuszony byłem wreszcie zwyczajnie przerzucić bagaże przez taką siatkę i na takim prywatnym terenie rozbić się w samym jego rogu. Kiedy wszystko było już gotowe, namiot rozbity, ja przebrany, rzeczy poukładane...usłyszałem hałas. Jak się okazało, jego źródłem były...konie. Stadko koni, które właściciel terenu wypuścił na popas. Zaciekawione i nijak nie przestraszone zwierzęta zaczęły obwąchiwać moje obozowisko. "Z nimi spać nie będę"- pomyślałem. Przerzuciłem więc wszystko na pole obok, za kolejne ogrodzenie i dopiero tam wziąłem się za gotowanie. Cały dzień było chłodno i wilgotno, marzyłem o wieczornym makaronie i gorącej herbacie. Niestety...kuchenka nie chciała współpracować. Walczyłem z nią 3h. Nic. Wlałem więc w siebie trochę Sławnej Pardwy na rozgrzanie i ułożyłem w śpiworze. Ponownie...głód przyjąłem z pokorą. Otoczyło mnie przyjemne ciepło. 
Pomyślałem...w zasadzie po co Ty tu jesteś? Źle Ci było w ciepłym pokoju? Musiałeś idioto marznąć, męczyć się i moknąć cały dzień? Po co? Tylko po to by teraz spać na ziemi...a jutro wystawić się na sponiewieranie przez pogodę drugi raz? Wyjrzałem przez wejście namiotu, ujrzałem w ciemności ścianę lasu. Dojrzałem grube, silnie zakorzenione drzewa. Były proste, wyniosłe, zdrowe i nieugięte- nie poddawały się wiatrom. Gdzieniegdzie zdarzyły się jednak takie...z korzeniami na wierzchu. Powykręcane, częściowo obeschnięte i chylące się ku ziemi. W sumie jak z ludźmi. Niektórzy są zakorzeni w jednym miejscu, są w tym miejscu Panami i Paniami. Są pewni i silni. Trafiają się jednak też i tacy, których korzenie tak silnie w jednym miejscu nie trzymają. Oni nie mają swojego miejsca. Na chwilę wrosną to tu, to tam. Ktoś powie, mają świetnie! Żyją pełną piersią! Tyle zobaczą! Dlaczego więc są jak te drzewa...inni? Częściowo obumarli? Czyżbym był jednym z drzew z korzeniami na wierzchu? Czyżbym naprawdę był obeschnięty? Nie ma ich wiele, tak jak i takich ludzi wielu nie ma, bo taka forma nie jest łatwa.* 

Dzień zakończyłem z 85km na liczniku. Dużo? Mało? Kto by się przejmował liczbami.


Noc minęła znośnie. Było nawet przyjemnie. W sumie to wyspałem się jak suseł.:) Obudził mnie...a jak! Deszcz uderzający o tropik. Dość szybko spakowałem manatki. Na śniadanie miałem żel oraz baton energetyczny. Popiłem zimną wodą i ruszyłem w drogę. Poważniej zjadłem dopiero pod Co-Operative w Longford. Energetyk oraz cheeseburger błyskawiczny. Musiałem wyglądać marnie, ponieważ ekspedientka sama zaproponowała, że wrzuci mi go do mikrofali bym nie jadł na zimno.
Małe uczynki niosą na skrzydłach! Spokojnym tempem zmęczonego i wyziębniętego rowerzysty zmierzałem do domu. Sprintów nie było bo i obuty byłem w terenowce 1.95 cala. Moje slicki 1.5 calowe wybuchły ze zużycia i nie zdążyłem zdecydować się na jakieś nowe. Szosowców spotkałem wielu, ale odchodzili mi jakby każdy z nich miał na nazwisko Kwiatkowski, albo co najmniej Bodnar. Lunęło jak z cebra już w Corby. Oberwanie chmury, ale mi zostało z 1.5 mili. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. W pokoju zameldowałem się około 15:00. Ociekałem wodą...ale czy nadziei przybyło? Być może...ociekać jednak nią nie ociekałem.
Drugi dzień był płaski, wykręciłem 111km. 


*Porównanie z drzewami zaczerpnąłem z jednego z ciekawszych moim zdaniem blogów podróżniczych "Głodny Światojad...". Blog dziewczyny, z którą miałem kiedyś okazję zamienić dwa słowa przy okazji Kolosów w Gdyni. Może mi to wybaczy.:)

czwartek, 25 grudnia 2014

Podsumowanie roku 2014.

Bałem się tego posta. Bałem się go pisać i bałem się upublicznić. Z kronikarskiego jednak obowiązku...opiszę w skrócie i ocenię mój 2014 rok.

W lutym obroniłem tytuł inżyniera po 3.5 roku nauki na Akademii Morskiej. Napisałem pracę inżyniersk
ą na temat logistyki wypraw rowerowych. Po obronie wyjechałem do Anglii do pracy...i jakoś zostałem. Pracuję tu w fabryce...pisząc ten post pęka mi 10 miesięcy. Wszystko dlatego, że nie dostałem się na studia II stopnia na kierunku dziennikarstwa na UG. Cóż...za głupi się okazałem. Czy wyjazd ten był dobrą decyzją? Ciężko mi na tę chwilę powiedzieć...pod pewnymi względami i owszem. Mam jednak świadomość, że utraciłem pewną szansę...utraciłem już na zawsze...

Ale przejdźmy do podsumowania i oceny.

Styczeń i luty były miesiącami walki z pracą inżynierską. Ze znajomymi morsowaliśmy. W styczniu opowiadałem o Czarnym-Bałtyckim w gdyńskim Infoboxie.

Szycie...szyję cały czas. Wprowadziłem do oferty bivibagi z tyveku. Dwa rodzaje: jeden klasyczny, minimalistyczny; drugi natomiast z siatką przeciw owadom i z podłogą z cordury. Ciekawe i nowatorskie w Polsce produkty. Prócz tego powstały tarpy z silnylonu. Tu jestem zadowolony.:)

W lutym w Poznaniu zdobyłem drugie miejsce w kategorii "Europa i świat" na gali Rowertouru za wyprawę Czarne-Bałtyckie 2013.

W wakacje wraz z siostrą i wujkiem ruszyliśmy do Maroka, Hiszpanii i na Gibraltar. Bardzo miła wycieczka, z której przywiozłem sporo zdjęć i mnóstwo miłych wspomnień oraz znajomości.

Zainteresowałem się hamakowaniem i jednocześnie odezwałem się do polskiego Lesovika, producenta hamaków. Rafał i Gosia są niesamowici! Coś czuję, że współpraca nam się ułoży.
I to byłoby na tyle...

Co ocenę obniży?

Najpierw sportowo. Pustka. Pobiegłem zaledwie jedną dyszkę w Gdyni nie bijąc swojej życiówki. Żadnego Harpagana, żadnego wyścigu rowerowego. Nic.

Teraz treningowo. W tym roku po prostu nie biegałem. Rowerem jeżdżę, krótkie trasy i w sumie uzbierało mi się niecałe...2000km. Tak, dobrze czytacie. W roku. Zimą nic nie jeździłem, żadnych dłuższych tras. Trochę ćwiczę na siłowni i na basenie, tak trochę.

Blog zaniedbany. W zeszłym roku 54 posty. W tym nawet 40 nie złamałem. Miałem prowadzić na bieżąco bikestatsa, ale co tu prowadzić jak nic nie jeżdżę? Skasowałem tam konto. Nie chcę by coś...na prowadzenie czego zdecydowałem się sam z siebie, leżało odłogiem. To jest niekonsekwencja, lepiej by tego nie było w ogóle.

Kolejny rok bez żadnego kursu.

Jedyny dłuższy wyjazd rowerowy tego roku to 200km w dwa dni przez Hope Valley w Anglii.

Moja szafa turystyczna rozrasta się w bardzo szybkim tempie. Zbroję się na przyszły rok. Na test czeka namiot Mountain Hardwear EV2, kurtka Incredilite od Cumulusa, śpiwór zimowy mojego własnego projektu, telefon satelitarny, kuchenka benzynowa Primus Gravity II MF...i jeszcze sporo, sporo więcej.

Coż...rok bardzo jałowy. Cały mój czas pochłonęła praca. Mam ogromny niedosyt. Wiem doskonale, że mój rozwój w tym roku stanął w miejscu. Ocena? Pamiętacie...skala 1-10. Za 2014 rok należy mi się mocne 4.



niedziela, 21 grudnia 2014

Porlex Tall- turystyczny...młynek do kawy.:)

Dziś zajmę się trochę luksusem, smakiem i swego rodzaju… przerostem formy nad treścią (?). Może przesada uznacie…ale nic nie poradzę, że od kiedy spróbowałem naprawdę dobrej kawy, taką tylko piję. Wszelkie siki w postaci kawy rozpuszczalnej czy popularnych na półkach kaw ze zmiotek odpadają. Ciężko powiedzieć czy smak jest naprawdę dużo lepszy czy tylko mnie w głowie się coś przestawiło. Na pewno dużą rolę odgrywa tu też cały rytuał sporządzenia tego ciemnego napoju, ostatecznie…wszystko, na co poświęca się więcej (niż zwykle) czasu, musi być dobre. Dziś odłożymy minimalizm lekko na bok.  Zwykle przecież nie wozimy ze sobą w teren młynka do kawy, proszę Was.;)

Każdy kawosz powie Wam, że nie ma to jak kupowanie kawy w ziarnach i mielenie odmierzonej jej
ilości bezpośrednio przed parzeniem. Taki sposób postępowania umożliwia zachowanie i wydobycie z ziaren maximum aromatu. Ja z początku, od razu przy zakupie kawy prosiłem o jej zmielenie. Zaczytałem się jednak w internetach i doszedłem do burżujskiego wniosku: kupuję młynek, ponieważ wcześniej zmielona kawa tak szybko wietrzeje!! (OMG!:) I to nie byle jaki młynek, o nie! Na pewno nie kupię elektrycznego młynka nożowego, one przegrzewają ziarna poza tym zamiast miażdżyć kawę, to ją tną. Taki sposób rozdrabniania nie gwarantuje dobrego wydobycia aromatu. Potrzebuję młynka ceramicznego, ręcznego! Chciałem coś małego, prostego, wykonanego z materiałów wysokiej jakości…i oczywiście dobrze wyglądającego. Musiało być prosto, elegancko i minimalistycznie.

Porlex to firma japońska, ale dostępna w Polsce w wielu internetowych sklepach. Szczególnie tych specjalizujących się w dobrych kawach właśnie. Porlex ma w swojej ofercie dwa ciekawe młynki do kawy.
Porlex Tall 077-POR-TAL
Porlex Mini 050-POR-JAP
Wersja Tall młynka umożliwia mielenie na raz 30 - 34 gram kawy, czyli akurat na cztery standardowe espresso. Ponieważ dla mnie espresso standardowe to za mało, po moim własnym przeliczeniu wychodzą dwie kawy.:) Wersja Mini to 20-24g- to ilość w zasadzie na dwa espresso, czyli jedna kawka. Dla naszej dwójki wybrałem wersję Tall i jesteśmy z niej zadowoleni.

Budowa młynka jest taka, jaka być powinna, czyli spartańsko prosta. Z zewnątrz to po prostu tuba z blachy nierdzewnej z pięciokątnym wypustkiem u góry. Średnica naszego młynka to 50mm, wysokość 185mm i waga 265g (tyle, co tarp!!:). Tuba ta dzieli się na trzy części: wieczko części górnej, górną część gdzie wsypujemy ziarna kawy z żarnami ceramicznymi oraz część dolną gdzie zbiera się zmielona kawa. Kawę mieli się za pomocą dołączonej rączki ze stali, którą nasadza się na wspomnianą wypustkę a trzyma za plastikowy obracany „kapturek”.
Żarna ceramiczne są wymienne i bez problemu można dokupić ich nowy komplet, choć moje (używane około dwóch miesięcy codziennie) wyglądają wciąż idealnie- nie wiem więc, po jakim czasie wymagana będzie ich wymiana.
Wykorzystanie stali nierdzewnej sprawia bardzo miłe wrażenie dla dłoni. Przedmiot wydaje się solidny już od pierwszego dotknięcia, poza tym naprawdę wygodnie myje się go z olejku kawowego, czego nie można powiedzieć o młynkach plastikowych.
Całość jest idealnie wręcz spasowana, mielenie jest wygodne, choć śliska, okrągła obudowa potrafi czasem wyśliznąć się z dłoni przy lżejszym ścisku. Taką jednak cenę płaci się za elegancki, niczym nieskłócony wygląd stali nierdzewnej. Dla mnie jednak to nie problem.
Młynek posiada regulację mielenia. Odbywa się ona za pomocą pokrętła znajdującego się wewnątrz, poprzez jego odkręcanie o określoną ilość usłyszanych „klików”. Na opakowaniu pokazane są cztery stopnie zmielenia, ponieważ jednak regulacja jest drobniejsza, spokojnie można uzyskać efekty pośrednie i docelowo mieć (jak naliczyłem) 24 stopnie. Ja używam młynka na poziomie 6, ponieważ parzę kawę w kawiarce. Grubsze zmielenie polecane jest dla osób używających prasek francuskich czy ekspresów przelewowych. Drobniejsze przy kawiarkach właśnie, gdzie operuje się już nieznacznym ciśnieniem. Pył kawowy stosujemy przy ekspresach ciśnieniowych, gdzie ciśnienie jest znaczne.

„Wciąż w drodze…” to jednak blog typowo outdoorowy. Jak więc młynek sprawdza się w terenie?
No właśnie…tak, jak napisałem na początku: na wycieczki nie wozi się zwykle takich rzeczy. Tym bardziej, jak się liczy każdy gram w sakwach czy plecaku. Ale przychodzi taki czas, kiedy jest słoneczna, chłodna sobota. Kiedy jest wolne i dwoje podróżników chce uciec od zgiełku miasta. Wtedy zabieramy kuchenkę, młynek, kawiarkę i naszą ulubioną kawkę Blue Mountain prosto z Jamajki. Pakujemy koc, dwa kubeczki i coś do przekąszenia. Zwykle z początku bawimy się przysłoną i czasami naświetlania, próbując uchwycić źdźbło trawy jak najpiękniej się da. Później natomiast siadamy w słońcu i pijemy kawę.
W takich sytuacjach cieszę się, że Porlex jest:
-ręczny (żadnych rozładowanych baterii, ani odgłosów zakłócających tych, z natury),
-ma obły prosty kształt, który idealnie pakuje się do plecaka,
-ma wytrzymałą obudowę, która nie pęknie mocniej ściśnięta między kawiarką, a statywem foto.

Czy wart jest 180zł? A ile dla Was warta jest chwila odpoczynku na łonie natury, smak dobrej kawy i ciepło drugiej osoby? Ostatecznie…czasem możemy sobie przecież podarować trochę luksusu? Nawet tego wyimaginowanego…prawda?;)

niedziela, 14 grudnia 2014

Nowości sprzętowe i nie vol.1

Po pierwsze:
Jeśli jeszcze nic nie wiecie to właśnie mówię. Moja ulubiona firma Cumulus wprowadza do swojej oferty śpiwory...syntetyczne! Przez 25lat siedzenia w puchu chłopaki zapakowali do pertexowego shella Climashield Apex. Wyniki mogą być bardzo ciekawe!


Po bardzo ciekawej kurtce Incredilite i testowanej przeze mnie Windy Wendy przyszedł czas na puchową kamizelkę. Proszę! Oto Minilite GL!
140g wagi
53g puchu 850cuin
najlżejszy Pertex Quantum GL

Zapraszam na cumulusowego facebooka: https://www.facebook.com/cumulusoutdoor?fref=ts
I na stronę internetową: www.cumulus.pl

Po drugie:
Nawiązałem kontakt z Lesovikiem z Czerniewic. Jesteśmy wstępnie ustawieni na testy ich hamaka Ultralight i może czegoś więcej.:)
Tym samym zapraszam do przejrzenia lesovikowskiej strony www: www.lesovik.eu
Natomiast to, o czym chciałem zawiadomić to Vanka. Jak już będę miał swoje mieszkanie to na pewno zamiast łóżka będzie tam wisiał taki hamak:

100% naturalna bawełna
liny jutowe
poduszka z wypełnieniem syntetycznym
krajka poliestrowo-bawełniana

Zdjęcia są własnością Cumulus i Lesovik.

sobota, 13 grudnia 2014

Prysznic? Oczywiście, że jest!

Już gęba nie śmiała mi się tak, jak rano. Marrakesz traktowałem po macoszemu. Doskonale
wiedziałem, że nie może zaoferować nic więcej niż Fez. Takie mam podejście do miast. Kraków, Praga…Gdańsk i Bratysława? Dla mnie, wybaczcie, ale to wszystko jedno. Dlaczego więc jeżdżę po różnych tych miastach zapytacie? By to zmienić…w każdym z nich chcę znaleźć coś swojego, coś wyjątkowego. Niestety…do tej pory nie znalazłem. Nie znalazłem nic swojego w żadnym mieście. Znalazłem w Bieszczadach, znalazłem nad Bałtykiem, znalazłem w Tatrach i na Mazurach. Nie jestem fanem miast, oj nie jestem.

W Marakeszu wylądowaliśmy pod wieczór. Dziewczyny z Niemiec zapowiedziały, że znają tu bardzo miły i klimatyczny hostel, do którego i nas zabiorą. Oczywiście o ile będą wolne miejsca. Przystaliśmy na tę propozycję z chęcią, ponieważ nie uśmiechało nam się bujać po nocy po Marrakeszu w poszukiwaniu taniego miejsca do spania. Pierwszym celem było jednak dostać się na Plac Dżema el-Fna. Ponieważ to wokół niego zlokalizowane są zarówno suki, jaki i większość infrastruktury turystycznej. Na pierwszy ogień poszła taksówka. Podeszliśmy do jednej i zaczęły się dyskusje z kierowcą, który to standardowo rzucił kosmiczną sumę. Mimo naszych targów ( a było nas 5 osób) nie zechciał opuścić ceny do rozsądnego (wg nas) poziomu. Cóż…zrezygnowaliśmy. Jana i Katherina zagadnęły natomiast (po francusku!!) przechodzące kobiety. Pytały o autobus jadący na interesujący nas plac. Zapytane dziewczyny chętnie zaprowadziły nas na przystanek, gdzie w automacie zakupiliśmy bilety i po około 20minutach jazdy zameldowaliśmy się na el-Fna. W głowie było jedno: mieć gdzie spać. Jak się okazało, dziewczyny nocowały wcześniej w hostelu Rainbow. Tam też poszliśmy. Okazało się, że hostel jest jednak pełen. Ponieważ Jana z Katheriną miały obiecane miejsca to one zostały (za 50MAD na dachu ze śniadaniem), my natomiast musieliśmy znaleźć coś innego. Finalnie Martyna z Piotrem zostali w Rainbow z bagażami, ja natomiast ruszyłem w medynę węszyć. Pomógł w tym Garmin, który na mapie miał zaznaczone dwa hostele (mieszczące się do tego praktycznie naprzeciw siebie). Wybrałem z nich hostel Medina, gdzie bez śniadania, nocleg na dachu kosztował nas 30MAD. Warunki były bardzo przyzwoite, tylko recepcjonista nic nie robił sobie z faktu, że spisując nasze dane z paszportów, na monitorze miał wyświetlone strony fb zalatujące typowo homo.:) 

Nasz pierwszy dzień w Marakeszu to wizyta na dworcu kolejowym. Zakupiliśmy bilety do
Casablanki. Przeszliśmy się tam pieszo, trafiliśmy bez problemu po znakach drogowych posilając się czysto dla pewności GPS-em w telefonie wujasa. W drodze powrotnej zaszliśmy do Carrefoura oraz parku miejskiego. Sklep jak sklep, natomiast park bardzo przyjemny, zadbany, czysty. Polecam przysiadkę na jednej z ławek. Po południu byliśmy umówieni z dziewczynami na shopping. Ja od samego początku myślałem o kupnie skórzanej torby podróżnej. W Europie skórzana galanteria jest dość droga, w Maroko natomiast po przeliczeniu waluty, torebki czy torby wychodzą tanio. Oczywiście nie powalają dbałością o szczegóły, nie mają drogich logo…ale skóra naturalna to jednak klasa. W Fezie widziałem naprawdę bardzo ładny model kosztujący 600MAD, pewny byłem, że coś bym stargował. Wtedy jednak zakupu nie dokonałem, nie byłem przekonany do jego słuszności. W Marrakeszu w zasadzie znalazłem pasującą mi torbę, nie byłem do niej w 100% przekonany, ale kupiłem za 500MAD (targi zaczęły się od 1200MAD:). Uznałem, że najwyżej ją odsprzedam…Rozchodzi się o jakiś własny wizerunek. W zasadzie, od zawsze, mój był następujący:
-koszulka techniczna,
-spodnie turystyczne,
-buty turystyczne,
-plecak.
Uznałem, że może czas coś zmienić? Człowiek dorasta…koszula, chinosy, brogsy i skórzana torba? I wiecie…torbę w Polsce odsprzedałem z zyskiem. To chyba jednak nie dla mnie. Będę trzymał się plecaka, takie duże dziecko, wśród eleganckich rówieśników…

Spacerowaliśmy też po samym placu el-Fina, oglądaliśmy to, na co ostatniego wieczora nie zwracaliśmy uwagi szukając noclegu. Troszkę straganów, sporo grających grup muzycznych, gawędziarze, zaklinacze wężów, tłumy ustawione w kole i próbujące wyłowić butelkę napoju dla siebie za pomocą „wędki” (Długiego kija ze sznurkiem na końcu, którego przywiązane było plastikowe kółeczko. Należało zarzucić to kółeczko na szyjkę butelki.) Cóż…aż strach wyjmować aparat, aż strach nawet na czymkolwiek zawiesić wzrok, a co dopiero przystanąć. Cały biznes po prostu wygląda tak, że nawet jeśli przystaniecie i nijak nie będzie zwracać uwagi na grający zespół, przystaniecie dajmy na to by porozmawiać w grupie…błyskawicznie znajdzie się ktoś zbierający kaskę. I nie jest to na zasadzie, co łaska i jeśli w ogóle łaska. Musisz dać, ponieważ inaczej zbierający się od Ciebie nie odczepi głośno się bulwersując i krzycząc. I nie przejdą jakieś drobniaki. Cena jest ceną. Marokańczycy nie mają żadnych zahamowań przy takich zagrywkach, żadnych skrupułów i wstydu przy wyciąganiu rąk po pieniądze. To niestety psuje całą zabawę i przyjemność. Weszliśmy też w miejsce nazwane przeze mnie „białe namioty”. Są to jadłodajnie. To, co się tam wydarzyło, kiedy zostaliśmy otoczeni przez naganiaczy, ciągnięci za ręce w różnych kierunkach, krzyki w różnych językach…to wytrąciło mnie z równowagi. Gwałtownie się wyszarpałem i zwyczajnie uciekłem. Już naprawdę nie było mi do śmiechu. Zdaję sobie sprawę, że popsułem tym samym humor innym, szczególnie poznanym dziewczynom, ale trudno. Wszystko ma swoje granice. Natarczywość i nachalność moje granice tolerancji tam przekroczyły. Udaliśmy się do restauracji na berber whisky, zrobiliśmy ostatnie wspólne zdjęcie i po wyjściu pożegnaliśmy na dobre. 3 dni spędzone wspólnie były bardzo miłe. Dziękuję!

Kolejnego dnia, porannym pociągiem, ruszyliśmy na wybrzeże. Do Casablanki.
Pociągi z Marrakeszu do Casablanki odjeżdżają co 2h, podróż trwa 3h i kosztuje 90MAD. Pociągi w Maroku (przewoźnik ONCF) są wygodne, wagony klimatyzowane i czyste. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych sposobów podróżowania po tym kraju. Myśmy podróżowali drugą klasą i jest ona o niebo bardziej zachęcająca niż „nasza” druga klasa PKP. To uświadomiło mi jak nisko stoją polskie koleje…skoro już nawet te afrykańskie, marokańskie biją je na głowę.

W Casablance wysiadamy na dworcu głównym i ruszamy w miasto w poszukiwaniu hostelu. Casablanka to styl art deco. Idąc bulwarem Mohammeda V faktycznie mija się budowle z tego okresu. Zgeometryzowane i bogate w zdobienia budynki przyciągają wzrok. Wzdłuż bulwaru biegnie linia tramwajowa, dla leniwych jak znalazł, ponieważ jedne z tańszych hosteli znajdują się w małych uliczkach odchodzących od niego właśnie. Najtańsze kwatery to okolice hal handlowych. Są małe, wciśnięte między sklepiki, brudne i nie oferują noclegu na dachu. Byliśmy nieco zawiedzeni tym faktem. Co więcej, akurat w tych najtańszych nie mieli trzech miejsc. Poszliśmy więc dalej, wciąż posiłkując się przewodnikiem Bezdroży (tak, jak napisałem we wpisie o sprzęcie- przewodnik pod względem opisu budżetowych hosteli jest genialny) w kierunku dwóch bliźniaczych lokalizacji. Myśmy wybrali akurat Hotel de Foucauld, ponieważ miał wolny pokój trzyosobowy. Zapłaciliśmy 280MAD, czyli po jakieś 93MAD za osobę. Cena jak na standard wysoka, nawet bardzo wysoka, ale tak to w Casablance już jest. Ceny europejskie, a standard gorzej niż afrykański. Co więcej, jakie hostele, takie i całe miasto. Jest brudno, unosi się niemiły zapach, wszystko jest w budowie albo w chwili obecnej, albo było i zostało niedokończone. Tym samym spacerując po ulicach tego miasta, mnóstwo budowli straszy pustymi otworami okiennymi i tymi, gdzie powinny zostać wstawione drzwi. Miejscami wygląda to tak, jak po ataku bronią biologiczną. Niemiłe wrażenie. Do Casa warto jednak przyjechać, a to za sprawą ogromnego meczetu Hassana II. Z całą odpowiedzialnością napiszę: jest ogromny, wielki i potężny. Możecie uzmysłowić sobie tę wielkość spoglądając na zdjęcie, te po prawo to bloki…czteropiętrowe. Otoczenie meczetu jest bardzo zadbane i przyjemne. Miejscowi tam przychodzą, by posiedzieć, poczytać książkę, zjeść coś. Dzieci biegają i grają w piłkę. Miejsce spotkań i spacerów. Drugi dzień zaplanowaliśmy na plażę. Była ona zaznaczona na mapie. Z naszego hostelu był to ładny kawałek drogi, ale my lubimy chodzić. Poszliśmy więc. W Casablance zobaczycie Porsche, zobaczycie Ferrari…zobaczycie też inne luksusowe samochody. Takie też nas mijały w czasie tej, dość długiej, przechadzki nad Ocean Atlantycki. Z początku wpadliśmy w rejon plaż hotelowych, myśmy jednak chcieli dostać się na plażę publiczną- miejską. Taką też znaleźliśmy. Była zaśmiecona i zatłoczona. Mimo to bardzo urokliwa, a to za sprawą skał niby wyrastających w wielu miejscach z piasku. Ponieważ duża część plażowiczów rozkładała się właśnie na tych skałkach, postąpiliśmy w ten sposób i my. Znaleźliśmy jedną dla siebie i rozłożyliśmy na niej swój kram. 
W kraju islamu kobiety się nie rozbierają. Nawet na plaży Marokanki chodzą ubrane w dżalabije, niektóre nawet mają zasłonięte twarze. Tak ubrane opalają się i kąpią. Mężczyźni generalnie noszą spodenki luźne i zakrywające kolana. Martyna ani Piotr nie mieli ochoty się kąpać, ja natomiast do oceanu wskoczyłem bardzo chętnie. To była ucieczka od lejącego się z nieba żaru! W wodzie spędziłem sporo czasu odpływając kawałek dalej od plaży i walcząc z solidnymi falami. Poczuliśmy dopiero później…spaloną skórę naturalnie. Słońce operuje bardzo mocno! Siostra i wujek smarowali się chyba jakimś filtrem, ja generalnie nie używam, spaliliśmy się bardzo podobnie boleśnie. Do tej pory w Maroko nie mieliśmy specjalnie styczności z europejskim jedzeniem. W Casablance poszliśmy do PizzaHut. Za 90MAD pizza i za 10MAD napój. Dwoma plackami we trzy osoby najedliśmy się na kolację. Wystrój oraz rodzaje pizz dokładnie takie, jakie można dostać w Polsce.

Pociąg z Casa do Tangeru kursuje co 2h zaczynając od 05:35. Zapłaciliśmy 125MAD. W Tangerze znaleźliśmy tani hostel dość szybko. Hostel Americana w starej medynie, bardzo niedaleko portu. Zawołali 60MAD od osoby za pokój 3 osobowy. Szukając tego hostelu przypałętał się do nas jakiś gość. Myśmy chodzili z przewodnikiem i mapą i szukali hostelu, a on za nami. Dotarłszy do recepcji Americany zadowolony, że nas doprowadził na miejsce wyciągną rękę po pieniądze. Wszystko, co od nas dostał to zdrowy ochrzan. Nie pomogły nawet naciągania na „jestem biednym studentem”. Dość kłamstw i naciągania! Na pytanie natomiast o prysznic w hostelu, recepcjonista zaprowadził nas na górę. Była tam łazienka w postaci bardzo wąskiego korytarza, na końcu którego była muszla klozetowa. W połowie był kranik, pod którym stało wiadro. To był nasz prysznic…mydliny natomiast leciały na zewnątrz budynku przez otwór w rogu na wysokości podłogi. W sumie luksus, ponieważ podłoga była ułożona lekko skośnie ku temu otworowi.;) Później zrobiliśmy sobie przechadzkę po mieście, wymieniliśmy ostatnie dirhamy, ponieważ trzeba pamiętać, że waluty tej nie wymienimy nigdzie poza samym Maroko, a jej wywóz swoją drogą jest karalny. Karalne jest też wywożenie zwierząt oraz świeżych owoców i warzyw. Martyna jednak przemyciła osiem owoców kaktusa i nie ucięli jej głowy maczetą. Można? Można.:) 

Zahaczyliśmy o „herbaciarnię” gdzie można napić się berber whisky, później zapalić haszu i cóż…żegnaj Afryko! Wsiedliśmy na prom i drogą znaczoną przez kilwater popłynęliśmy do Hiszpanii!


wtorek, 9 grudnia 2014

Bliza- aktualizacja.

Bliza- dla przypomnienia, jest to odznaka "miłośnika latarni morskich" od Towarzystwa Narodowego Muzeum Morskiego. Akcja polega na tym, by kupić paszport Bliza oraz przy odwiedzaniu latarni morskich polskiego wybrzeża, zbierać w nim pieczątki.

Paszport umożliwia zdobycie trzech odznak.
Pierwsza (brązowa) przyznawana jest po zdobyciu 5 latarni przez 2 lata.
Zdobycie wszystkich 13 latarni upoważnia do przypięcia sobie odznaki srebrnej, która umożliwia bezpłatne, ponowne zwiedzanie latarni morskich.
Dodatkowo, udowodnienie zwiedzania minimum 3 latarni zagranicznych, umożliwia zdobycie odznaki złotej. Ta upoważnia do bezpłatnego zwiedzania latarni morskich oraz wolnego wstępu na wystawy organizowane przez Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku oraz muzeum Latarnictwa i Ratownictwa Morskiego w Świnoujściu.

Ja, szczerze, już myślałem, że mój paszport z odznaką gdzieś przepadły przy okazji przeprowadzek. Ale jednak nie, znalazłem zarówno jedno jak i drugie, z czego niezmiernie się cieszę. Mnie, do odznaki srebrnej brak jeszcze Gąsek, Gdańska i Krynicy Morskiej. To pierwszy cel na przyszły rok! Polsko! To jest u Ciebie do załatwienia!:) Tymczasem zechcę zebrać 3 zagraniczne...

Zdjęcie od Jacka- Turysty wykonane podczas wspólnej wycieczki rowerowej do Krynicy Morskiej 06 stycznia 2013r. (https://picasaweb.google.com/104503767823112509381/WielbAdziGarb?authkey=Gv1sRgCP342IP6g_ep7gE#5830318631798106018)