niedziela, 28 grudnia 2014

Dolina Nadziei

Nadzieja - życzenie zaistnienia określonego stanu rzeczy i niepewność, że tak się stanie.

15-16 listopada były dniami wolnymi od pracy. Czy na myśl może przyjść coś innego niż ruszyć rowerem w trasę? Choćby miałaby tylko 200km i dwa dni, z pewnością warto. Miałem dylemat czy chcę ruszyć nad morze czy może w jakieś niedalekie pagórki. W piątek wieczorem na komputerze zrobiłem rozeznanie i stanęło na pagórkach. Bardzo za morzem się stęskniłem, w Gdyni miałem go na co dzień. Szum fal, jego zapach, piasek na plaży i przede wszystkim wrażenie ogromu spowodowane horyzontem, gdzie woda łączyła się bezpośrednio z niebem. Niestety najbliższe wybrzeże czyli okolice Skegness, jest bardzo brzydkie i w większej części ogrodzone jako tereny wojskowe, nie chciałem tracić nerwów i oczu na patrzenie na takie widoki. 
Tym samym ruszyłem do Hope Valley, Doliny Nadziei. Sam siebie pytałem czy wyjazd ten tchnie ją we mnie z nową siłą czy też odbierze jej resztki. Każdy ma bowiem jakieś plany oraz właśnie nadzieję na ich spełnienie. 

Zaczęło się wcześnie, ponieważ już o 05:30. Było jeszcze ciemno, kiedy wbijałem się w ubrania rowerowe i ruszałem kilka mil do Kettering. Corby jest niestety jakby z boku głównej linii kolejowej. Z Corby pociągiem więc musiałbym i tak dojechać najpierw do Kettering i tam przesiąść się do pociągu jadącego do Sheffield. Kierując się trochę wysokim ego (jestem rowerzystą, takie kawałki jeżdżę rowerem!) oraz troszkę ekonomią (pociągi w UK wcale tanie nie są) postanowiłem pojechać na kołach. Droga poszła szybko i na miejscu, w automacie, odebrałem zakupiony przez Internet bilet.
Opcja niezwykle wygodna. Kupujemy i płacimy przez Internet, dostajemy numer, wpisujemy go w automacie i odbieramy karteczkę. Rowerzyści w pociągach spółki East Midlands zawsze wsiadają do pierwszego przedziału, gdzie jest wygodny wagon bagażowy z miejscem na dwa-trzy rowery. Pomyślano nawet o pasku zabezpieczającym pojazdy, ganialne! PKP- uczcie się! Przesiadałem się jeszcze w Leicester i dojechałem prosto do Sheffield, skąd już rowerem skierowałem się do mojej Doliny Nadziei. Rozpadało się na pierwszych kilometrach i jak się miało okazać, padało non stop przez dwa dni mojej wycieczki. Przyjąłem to z pokorą, nawet lubię jak pada, jest świeżo, rześko...byle tylko nie wiało. W sakwach i tak wszystko w drybagach, więc o sprzęt się nie bałem. Do deszczu niestety doszła też nisko wisząca mgła. Pewnie więc Dolina Nadziei jest ładna, mnie jednak nie dane było się o tym przekonać. Jazda przebiegała w miłej atmosferze. Boczne, sensownie utrzymane asfalty, mało samochodów. Zjazdy i podjazdy wyciskające nieco sił. W Castletown postanowiłem zjeść poważniejszy posiłek,
jednocześnie wejść na Mam Tor (najwyższy w okolicy szczyt liczący sobie 524 m n.p.m.). Z całą odpowiedzialnością piszę "wejść" ponieważ o podjeżdżaniu nie było mowy. I nie miało tu znaczenia, że słabo z moją formą. Po prostu teren był typowo pieszy. Dopiero po wejściu na grań, mogłem ruszyć po bruku(!!) na sam szczyt. Widoków się nie spodziewałem, mgła był nieprzejednana. Nie otrzymałem nagrody. Przyjąłem z pokorą...w sumie to podejście nie było ciężkie, widać na nagrodę nie zasłużyłem. Po zejściu (bo i o zjeżdżaniu mowy nie było) wróciłem na asfalt i jadąc później jeszcze około 3h po zmroku, nabierając wody z węża ogrodowego przy pubie, rozbiłem się na łące za Ashbourne.

W Anglii jest problem z noclegami na dziko, ponieważ praktycznie każdy teren jest ogrodzony. Wysokim żywopłotem , murkiem z kamieni czy po prostu siatką z bramą. Ja zmuszony byłem wreszcie zwyczajnie przerzucić bagaże przez taką siatkę i na takim prywatnym terenie rozbić się w samym jego rogu. Kiedy wszystko było już gotowe, namiot rozbity, ja przebrany, rzeczy poukładane...usłyszałem hałas. Jak się okazało, jego źródłem były...konie. Stadko koni, które właściciel terenu wypuścił na popas. Zaciekawione i nijak nie przestraszone zwierzęta zaczęły obwąchiwać moje obozowisko. "Z nimi spać nie będę"- pomyślałem. Przerzuciłem więc wszystko na pole obok, za kolejne ogrodzenie i dopiero tam wziąłem się za gotowanie. Cały dzień było chłodno i wilgotno, marzyłem o wieczornym makaronie i gorącej herbacie. Niestety...kuchenka nie chciała współpracować. Walczyłem z nią 3h. Nic. Wlałem więc w siebie trochę Sławnej Pardwy na rozgrzanie i ułożyłem w śpiworze. Ponownie...głód przyjąłem z pokorą. Otoczyło mnie przyjemne ciepło. 
Pomyślałem...w zasadzie po co Ty tu jesteś? Źle Ci było w ciepłym pokoju? Musiałeś idioto marznąć, męczyć się i moknąć cały dzień? Po co? Tylko po to by teraz spać na ziemi...a jutro wystawić się na sponiewieranie przez pogodę drugi raz? Wyjrzałem przez wejście namiotu, ujrzałem w ciemności ścianę lasu. Dojrzałem grube, silnie zakorzenione drzewa. Były proste, wyniosłe, zdrowe i nieugięte- nie poddawały się wiatrom. Gdzieniegdzie zdarzyły się jednak takie...z korzeniami na wierzchu. Powykręcane, częściowo obeschnięte i chylące się ku ziemi. W sumie jak z ludźmi. Niektórzy są zakorzeni w jednym miejscu, są w tym miejscu Panami i Paniami. Są pewni i silni. Trafiają się jednak też i tacy, których korzenie tak silnie w jednym miejscu nie trzymają. Oni nie mają swojego miejsca. Na chwilę wrosną to tu, to tam. Ktoś powie, mają świetnie! Żyją pełną piersią! Tyle zobaczą! Dlaczego więc są jak te drzewa...inni? Częściowo obumarli? Czyżbym był jednym z drzew z korzeniami na wierzchu? Czyżbym naprawdę był obeschnięty? Nie ma ich wiele, tak jak i takich ludzi wielu nie ma, bo taka forma nie jest łatwa.* 

Dzień zakończyłem z 85km na liczniku. Dużo? Mało? Kto by się przejmował liczbami.


Noc minęła znośnie. Było nawet przyjemnie. W sumie to wyspałem się jak suseł.:) Obudził mnie...a jak! Deszcz uderzający o tropik. Dość szybko spakowałem manatki. Na śniadanie miałem żel oraz baton energetyczny. Popiłem zimną wodą i ruszyłem w drogę. Poważniej zjadłem dopiero pod Co-Operative w Longford. Energetyk oraz cheeseburger błyskawiczny. Musiałem wyglądać marnie, ponieważ ekspedientka sama zaproponowała, że wrzuci mi go do mikrofali bym nie jadł na zimno.
Małe uczynki niosą na skrzydłach! Spokojnym tempem zmęczonego i wyziębniętego rowerzysty zmierzałem do domu. Sprintów nie było bo i obuty byłem w terenowce 1.95 cala. Moje slicki 1.5 calowe wybuchły ze zużycia i nie zdążyłem zdecydować się na jakieś nowe. Szosowców spotkałem wielu, ale odchodzili mi jakby każdy z nich miał na nazwisko Kwiatkowski, albo co najmniej Bodnar. Lunęło jak z cebra już w Corby. Oberwanie chmury, ale mi zostało z 1.5 mili. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. W pokoju zameldowałem się około 15:00. Ociekałem wodą...ale czy nadziei przybyło? Być może...ociekać jednak nią nie ociekałem.
Drugi dzień był płaski, wykręciłem 111km. 


*Porównanie z drzewami zaczerpnąłem z jednego z ciekawszych moim zdaniem blogów podróżniczych "Głodny Światojad...". Blog dziewczyny, z którą miałem kiedyś okazję zamienić dwa słowa przy okazji Kolosów w Gdyni. Może mi to wybaczy.:)

3 komentarze:

  1. Siemanko!:) wybaczam Ci ten czyn, i jestem mile zaskoczona napomknieciem o mnie i drzewach :) pozdrawiam że śnieżnych Bieszczad!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemna relacja i zdjęcia :) Fajnie, że udało Ci się zrobić parę kilometrów, nawet jeśli aura nie była wymarzona. Wszystkiego dobrego w 2015 roku!

    Pozdrawiam,
    Paweł

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć Lauro! Pewno trafiłaś tu po źródłach ruchu.:) Pozdrowienia!

    Dzięki Pawle, Tobie również wszystkiego co najlepsze!

    OdpowiedzUsuń