sobota, 13 grudnia 2014

Prysznic? Oczywiście, że jest!

Już gęba nie śmiała mi się tak, jak rano. Marrakesz traktowałem po macoszemu. Doskonale
wiedziałem, że nie może zaoferować nic więcej niż Fez. Takie mam podejście do miast. Kraków, Praga…Gdańsk i Bratysława? Dla mnie, wybaczcie, ale to wszystko jedno. Dlaczego więc jeżdżę po różnych tych miastach zapytacie? By to zmienić…w każdym z nich chcę znaleźć coś swojego, coś wyjątkowego. Niestety…do tej pory nie znalazłem. Nie znalazłem nic swojego w żadnym mieście. Znalazłem w Bieszczadach, znalazłem nad Bałtykiem, znalazłem w Tatrach i na Mazurach. Nie jestem fanem miast, oj nie jestem.

W Marakeszu wylądowaliśmy pod wieczór. Dziewczyny z Niemiec zapowiedziały, że znają tu bardzo miły i klimatyczny hostel, do którego i nas zabiorą. Oczywiście o ile będą wolne miejsca. Przystaliśmy na tę propozycję z chęcią, ponieważ nie uśmiechało nam się bujać po nocy po Marrakeszu w poszukiwaniu taniego miejsca do spania. Pierwszym celem było jednak dostać się na Plac Dżema el-Fna. Ponieważ to wokół niego zlokalizowane są zarówno suki, jaki i większość infrastruktury turystycznej. Na pierwszy ogień poszła taksówka. Podeszliśmy do jednej i zaczęły się dyskusje z kierowcą, który to standardowo rzucił kosmiczną sumę. Mimo naszych targów ( a było nas 5 osób) nie zechciał opuścić ceny do rozsądnego (wg nas) poziomu. Cóż…zrezygnowaliśmy. Jana i Katherina zagadnęły natomiast (po francusku!!) przechodzące kobiety. Pytały o autobus jadący na interesujący nas plac. Zapytane dziewczyny chętnie zaprowadziły nas na przystanek, gdzie w automacie zakupiliśmy bilety i po około 20minutach jazdy zameldowaliśmy się na el-Fna. W głowie było jedno: mieć gdzie spać. Jak się okazało, dziewczyny nocowały wcześniej w hostelu Rainbow. Tam też poszliśmy. Okazało się, że hostel jest jednak pełen. Ponieważ Jana z Katheriną miały obiecane miejsca to one zostały (za 50MAD na dachu ze śniadaniem), my natomiast musieliśmy znaleźć coś innego. Finalnie Martyna z Piotrem zostali w Rainbow z bagażami, ja natomiast ruszyłem w medynę węszyć. Pomógł w tym Garmin, który na mapie miał zaznaczone dwa hostele (mieszczące się do tego praktycznie naprzeciw siebie). Wybrałem z nich hostel Medina, gdzie bez śniadania, nocleg na dachu kosztował nas 30MAD. Warunki były bardzo przyzwoite, tylko recepcjonista nic nie robił sobie z faktu, że spisując nasze dane z paszportów, na monitorze miał wyświetlone strony fb zalatujące typowo homo.:) 

Nasz pierwszy dzień w Marakeszu to wizyta na dworcu kolejowym. Zakupiliśmy bilety do
Casablanki. Przeszliśmy się tam pieszo, trafiliśmy bez problemu po znakach drogowych posilając się czysto dla pewności GPS-em w telefonie wujasa. W drodze powrotnej zaszliśmy do Carrefoura oraz parku miejskiego. Sklep jak sklep, natomiast park bardzo przyjemny, zadbany, czysty. Polecam przysiadkę na jednej z ławek. Po południu byliśmy umówieni z dziewczynami na shopping. Ja od samego początku myślałem o kupnie skórzanej torby podróżnej. W Europie skórzana galanteria jest dość droga, w Maroko natomiast po przeliczeniu waluty, torebki czy torby wychodzą tanio. Oczywiście nie powalają dbałością o szczegóły, nie mają drogich logo…ale skóra naturalna to jednak klasa. W Fezie widziałem naprawdę bardzo ładny model kosztujący 600MAD, pewny byłem, że coś bym stargował. Wtedy jednak zakupu nie dokonałem, nie byłem przekonany do jego słuszności. W Marrakeszu w zasadzie znalazłem pasującą mi torbę, nie byłem do niej w 100% przekonany, ale kupiłem za 500MAD (targi zaczęły się od 1200MAD:). Uznałem, że najwyżej ją odsprzedam…Rozchodzi się o jakiś własny wizerunek. W zasadzie, od zawsze, mój był następujący:
-koszulka techniczna,
-spodnie turystyczne,
-buty turystyczne,
-plecak.
Uznałem, że może czas coś zmienić? Człowiek dorasta…koszula, chinosy, brogsy i skórzana torba? I wiecie…torbę w Polsce odsprzedałem z zyskiem. To chyba jednak nie dla mnie. Będę trzymał się plecaka, takie duże dziecko, wśród eleganckich rówieśników…

Spacerowaliśmy też po samym placu el-Fina, oglądaliśmy to, na co ostatniego wieczora nie zwracaliśmy uwagi szukając noclegu. Troszkę straganów, sporo grających grup muzycznych, gawędziarze, zaklinacze wężów, tłumy ustawione w kole i próbujące wyłowić butelkę napoju dla siebie za pomocą „wędki” (Długiego kija ze sznurkiem na końcu, którego przywiązane było plastikowe kółeczko. Należało zarzucić to kółeczko na szyjkę butelki.) Cóż…aż strach wyjmować aparat, aż strach nawet na czymkolwiek zawiesić wzrok, a co dopiero przystanąć. Cały biznes po prostu wygląda tak, że nawet jeśli przystaniecie i nijak nie będzie zwracać uwagi na grający zespół, przystaniecie dajmy na to by porozmawiać w grupie…błyskawicznie znajdzie się ktoś zbierający kaskę. I nie jest to na zasadzie, co łaska i jeśli w ogóle łaska. Musisz dać, ponieważ inaczej zbierający się od Ciebie nie odczepi głośno się bulwersując i krzycząc. I nie przejdą jakieś drobniaki. Cena jest ceną. Marokańczycy nie mają żadnych zahamowań przy takich zagrywkach, żadnych skrupułów i wstydu przy wyciąganiu rąk po pieniądze. To niestety psuje całą zabawę i przyjemność. Weszliśmy też w miejsce nazwane przeze mnie „białe namioty”. Są to jadłodajnie. To, co się tam wydarzyło, kiedy zostaliśmy otoczeni przez naganiaczy, ciągnięci za ręce w różnych kierunkach, krzyki w różnych językach…to wytrąciło mnie z równowagi. Gwałtownie się wyszarpałem i zwyczajnie uciekłem. Już naprawdę nie było mi do śmiechu. Zdaję sobie sprawę, że popsułem tym samym humor innym, szczególnie poznanym dziewczynom, ale trudno. Wszystko ma swoje granice. Natarczywość i nachalność moje granice tolerancji tam przekroczyły. Udaliśmy się do restauracji na berber whisky, zrobiliśmy ostatnie wspólne zdjęcie i po wyjściu pożegnaliśmy na dobre. 3 dni spędzone wspólnie były bardzo miłe. Dziękuję!

Kolejnego dnia, porannym pociągiem, ruszyliśmy na wybrzeże. Do Casablanki.
Pociągi z Marrakeszu do Casablanki odjeżdżają co 2h, podróż trwa 3h i kosztuje 90MAD. Pociągi w Maroku (przewoźnik ONCF) są wygodne, wagony klimatyzowane i czyste. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych sposobów podróżowania po tym kraju. Myśmy podróżowali drugą klasą i jest ona o niebo bardziej zachęcająca niż „nasza” druga klasa PKP. To uświadomiło mi jak nisko stoją polskie koleje…skoro już nawet te afrykańskie, marokańskie biją je na głowę.

W Casablance wysiadamy na dworcu głównym i ruszamy w miasto w poszukiwaniu hostelu. Casablanka to styl art deco. Idąc bulwarem Mohammeda V faktycznie mija się budowle z tego okresu. Zgeometryzowane i bogate w zdobienia budynki przyciągają wzrok. Wzdłuż bulwaru biegnie linia tramwajowa, dla leniwych jak znalazł, ponieważ jedne z tańszych hosteli znajdują się w małych uliczkach odchodzących od niego właśnie. Najtańsze kwatery to okolice hal handlowych. Są małe, wciśnięte między sklepiki, brudne i nie oferują noclegu na dachu. Byliśmy nieco zawiedzeni tym faktem. Co więcej, akurat w tych najtańszych nie mieli trzech miejsc. Poszliśmy więc dalej, wciąż posiłkując się przewodnikiem Bezdroży (tak, jak napisałem we wpisie o sprzęcie- przewodnik pod względem opisu budżetowych hosteli jest genialny) w kierunku dwóch bliźniaczych lokalizacji. Myśmy wybrali akurat Hotel de Foucauld, ponieważ miał wolny pokój trzyosobowy. Zapłaciliśmy 280MAD, czyli po jakieś 93MAD za osobę. Cena jak na standard wysoka, nawet bardzo wysoka, ale tak to w Casablance już jest. Ceny europejskie, a standard gorzej niż afrykański. Co więcej, jakie hostele, takie i całe miasto. Jest brudno, unosi się niemiły zapach, wszystko jest w budowie albo w chwili obecnej, albo było i zostało niedokończone. Tym samym spacerując po ulicach tego miasta, mnóstwo budowli straszy pustymi otworami okiennymi i tymi, gdzie powinny zostać wstawione drzwi. Miejscami wygląda to tak, jak po ataku bronią biologiczną. Niemiłe wrażenie. Do Casa warto jednak przyjechać, a to za sprawą ogromnego meczetu Hassana II. Z całą odpowiedzialnością napiszę: jest ogromny, wielki i potężny. Możecie uzmysłowić sobie tę wielkość spoglądając na zdjęcie, te po prawo to bloki…czteropiętrowe. Otoczenie meczetu jest bardzo zadbane i przyjemne. Miejscowi tam przychodzą, by posiedzieć, poczytać książkę, zjeść coś. Dzieci biegają i grają w piłkę. Miejsce spotkań i spacerów. Drugi dzień zaplanowaliśmy na plażę. Była ona zaznaczona na mapie. Z naszego hostelu był to ładny kawałek drogi, ale my lubimy chodzić. Poszliśmy więc. W Casablance zobaczycie Porsche, zobaczycie Ferrari…zobaczycie też inne luksusowe samochody. Takie też nas mijały w czasie tej, dość długiej, przechadzki nad Ocean Atlantycki. Z początku wpadliśmy w rejon plaż hotelowych, myśmy jednak chcieli dostać się na plażę publiczną- miejską. Taką też znaleźliśmy. Była zaśmiecona i zatłoczona. Mimo to bardzo urokliwa, a to za sprawą skał niby wyrastających w wielu miejscach z piasku. Ponieważ duża część plażowiczów rozkładała się właśnie na tych skałkach, postąpiliśmy w ten sposób i my. Znaleźliśmy jedną dla siebie i rozłożyliśmy na niej swój kram. 
W kraju islamu kobiety się nie rozbierają. Nawet na plaży Marokanki chodzą ubrane w dżalabije, niektóre nawet mają zasłonięte twarze. Tak ubrane opalają się i kąpią. Mężczyźni generalnie noszą spodenki luźne i zakrywające kolana. Martyna ani Piotr nie mieli ochoty się kąpać, ja natomiast do oceanu wskoczyłem bardzo chętnie. To była ucieczka od lejącego się z nieba żaru! W wodzie spędziłem sporo czasu odpływając kawałek dalej od plaży i walcząc z solidnymi falami. Poczuliśmy dopiero później…spaloną skórę naturalnie. Słońce operuje bardzo mocno! Siostra i wujek smarowali się chyba jakimś filtrem, ja generalnie nie używam, spaliliśmy się bardzo podobnie boleśnie. Do tej pory w Maroko nie mieliśmy specjalnie styczności z europejskim jedzeniem. W Casablance poszliśmy do PizzaHut. Za 90MAD pizza i za 10MAD napój. Dwoma plackami we trzy osoby najedliśmy się na kolację. Wystrój oraz rodzaje pizz dokładnie takie, jakie można dostać w Polsce.

Pociąg z Casa do Tangeru kursuje co 2h zaczynając od 05:35. Zapłaciliśmy 125MAD. W Tangerze znaleźliśmy tani hostel dość szybko. Hostel Americana w starej medynie, bardzo niedaleko portu. Zawołali 60MAD od osoby za pokój 3 osobowy. Szukając tego hostelu przypałętał się do nas jakiś gość. Myśmy chodzili z przewodnikiem i mapą i szukali hostelu, a on za nami. Dotarłszy do recepcji Americany zadowolony, że nas doprowadził na miejsce wyciągną rękę po pieniądze. Wszystko, co od nas dostał to zdrowy ochrzan. Nie pomogły nawet naciągania na „jestem biednym studentem”. Dość kłamstw i naciągania! Na pytanie natomiast o prysznic w hostelu, recepcjonista zaprowadził nas na górę. Była tam łazienka w postaci bardzo wąskiego korytarza, na końcu którego była muszla klozetowa. W połowie był kranik, pod którym stało wiadro. To był nasz prysznic…mydliny natomiast leciały na zewnątrz budynku przez otwór w rogu na wysokości podłogi. W sumie luksus, ponieważ podłoga była ułożona lekko skośnie ku temu otworowi.;) Później zrobiliśmy sobie przechadzkę po mieście, wymieniliśmy ostatnie dirhamy, ponieważ trzeba pamiętać, że waluty tej nie wymienimy nigdzie poza samym Maroko, a jej wywóz swoją drogą jest karalny. Karalne jest też wywożenie zwierząt oraz świeżych owoców i warzyw. Martyna jednak przemyciła osiem owoców kaktusa i nie ucięli jej głowy maczetą. Można? Można.:) 

Zahaczyliśmy o „herbaciarnię” gdzie można napić się berber whisky, później zapalić haszu i cóż…żegnaj Afryko! Wsiedliśmy na prom i drogą znaczoną przez kilwater popłynęliśmy do Hiszpanii!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz