sobota, 10 stycznia 2015

Czy w pewnym momencie życia jesteśmy "bardziej", niż w innym?


Sylwester? Zapytacie? To Wam odpowiedzą: impreza, ze znajomymi, fajerwerki. Albo nie…bal. W dobrym miejscu, dobra kreacja, drogie jedzenie i drogi alkohol. Trzeba przywitać Nowy Rok z pompą! Ano nie trzeba…albo chociaż nie z taką „pompą”, jaką wyobraża sobie 
większość…lub wszyscy.



„Czemu tak bardzo pragniesz być taka jak reszta, skoro urodziłaś się, żeby się wyróżniać?”
„Czego pragnie dziewczyna”

Jeśli uświadomisz sobie, jak dużo mówi to pytanie, odnajdziesz swoje cele i marzenia. Ja? Zawsze chciałem Sylwester spędzić na rowerze. W Nowy Rok obudzić się natomiast w pięknym, cichym miejscu. Wyjść spod tarpa, zagrzać wodę i po prostu wypić kawę. Bez monitora, bez muzyki z radia, bez szumu samochodów, bez innych osób i ich rozmów. Bez myślenia, kombinowania i rozmyślań. Po prostu…prosto.

Kiedy jesteś sam, jesteś niezależny. Kiedy nie ma przy Tobie nikogo, robisz co chcesz. Gdy
żyjesz w samotności, nie ulegasz, nie idziesz na kompromis. Ja? Mam ten luksus. Mogę robić, co zechcę i nie muszę na nikogo spoglądać.

Ruszyłem więc w Sylwestra o 09:00. Dlaczego bowiem nie? Pogoda miała być sensowna, miałem wolne, wiatr wiał korzystny. Na piękne i ciche miejsce na pobudkę w Nowy Rok wybrałem sobie klify we Flamborough niedaleko Bridlington. Trasę w to miejsce na mapach Google miałem zaplanowaną od…maja zeszłego roku? Pociągi kursujące pomiędzy Corby a Bridlington chyba znałem na pamięć…natomiast wciśnięta między skały plaża w tej miejscowości śniła mi się nocami, tak często ją oglądałem na streetview. Nic nie poradzę, jak nie kręcę nogami to wędruję kursorem po świecie na ekranie laptopa.

Pierwsze kilometry były bardziej rozciągnięciem się mięśni, kolejne natomiast już nabijaniem dystansu. Jechałem na rowerze z terenowymi oponami 1.95. Takie tylko mam i z powodu braku typowo szosowych nie zamierzałem odwoływać wyjazdu. Tym bardziej, że i tak planowałem terenową traskę wzdłuż klifów. W związku z tym nie robiłem jakiś dynamicznych zrywów. Jazda przypominała bardziej powolne sunięcie emeryta bez postojów niż nakurwianie z postojami co 30km. Czyżbym się starzał?:) Nawet z górki specjalnie nie pedałowałem, skoro jakoś się posuwałem do przodu to po co?

Postój pod McDonaldem zrobiłem po około 80km. Wcześniej nie dotknąłem stopą asfaltu. Wciągnąłem dwa cheeseburgery, średnie frytki i gorącą herbatę. Postanowiłem nie robić bezsensownych postojów na powietrzu, ponieważ lekko ubrany do jazdy, szybko bym się wychładzał. A tak…w lokalu, zawsze mogłem napić się choćby czegoś gorącego. Nie musiałem też wozić ze sobą większej ilości jedzenia. Miło siedziało się w środku, gdzie twarz nie była smagana zimnym wiatrem, jednak posiłek znikał szybko, co oznaczało niechybny powrót na asfalt.

Nad Grantham góruje ogromna i piękna katedra. Robi niesamowite wrażenie, zarówno oglądana z daleka, jak i już po podjechaniu pod jej ogromne wrota. Jest potężna, a zachód słońca wydobył z niej złoto oraz wzmocnił zdobienia. Gra cieni nie miała sobie równych. Ciemno zrobiło się w okolicach 16:00. Zachód słońca zwykle powoduje u mnie przemyślenia. Jak to jest?- pomyślałem. Jadę rowerem, czuję się genialnie. Jest zimno, wieje, jestem brudny i pewno śmierdzący. Ale szczęśliwy. Przypomniał mi się jeden z fragmentów książki, którą niedawno czytałem.

„Czy w pewnym momencie życia, jesteśmy „bardziej”, niż w innym?”
Tak, pewnie tak.
„Jadę rowerem. 230km. Śpię pod namiotem. Jest na minusie.”- mówię.
„Żartujesz chyba!”- słyszę zwykle.
Cóż…nic nie poradzę, że właśnie wtedy jestem „bardziej”, niż kiedy indziej.

W Lincoln zrobiłem się już konkretnie głodny. Do tego z lekka zaczynało kropić. Była 22:00.
Zajechałem więc na przystanek autobusowy, jedyne miejsce choć trochę osłonięte. Wyjąłem kurtkę puchową, kuchenkę, gaz i przygotowanego jeszcze w domu kurczaka z ryżem i przyprawami. Tylko do odgrzania. Wystrojone pary sunęły na imprezki sylwestrowe i dość dziwnie patrzyły na gościa na przystanku autobusowym gotującego i osłaniającego płomień dłońmi od wiatru. Posiliłem się nieco, wypiłem też gorącą herbatę i ruszyłem dalej. Już było niedaleko.

Była 22:30, kiedy zadzwoniłem do mamy z życzeniami noworocznymi. U niej, w Polsce była 23:30. Mama jest z moimi dziwactwami od zawsze.
„Uważaj na siebie”- mówi.
Kibicuje. Dodaje sił. Teraz też, jak zawsze: „Uważaj na siebie i…żyj”- mówi. Podejrzewam, że tego nie rozumie. Nie podróżuje rowerem. Nie sypia pod namiotem. Nie jada makaronu ugotowanego na wodzie morskiej. Nie może rozumieć. Ale to nic złego. Widząc czyjąś roześmianą twarz, nie ma potrzeby rozumienia. Uśmiech mówi wszystko, mówi: jest mi dobrze. I to wystarczy.

Most w Hull oczywiście z zakazem jazdy dla rowerów. Co więcej, ścieżka dla pieszych i rowerów zamknięta. Szybko zorientowałem się, że chcąc objechać kanał portowy musiałbym nadrobić 100km i jechać przez Goole. Nie ma opcji. Przerzuciłem rower przez barierkę i pojechałem z nadzieją, że mandatu nie będzie. Nie było. Udało się, choć mijał mnie jeden radiowóz.:)



W Bridlington przystanąłem przed mostem nad torami. Most oznaczał podjazd. Może 3m, ale zawsze. A byłem zmęczony. Aż siadłem i oparłem się o mur. Wyjąłem cukierki i zacząłem jeść. Byłem gdzieś 7km od celu i nie mogłem się ruszyć. A może bardziej nie chciałem? Ktoś kiedyś powiedział, że najgorszą rzeczą w życiu jest osiągnięcie celu.
Na miejscu byłem o 23:40. Było ciemno i zimno, okropnie wiało. Ale ta cisza i pustka! Chciałem rozbić się na samych klifach. Tak też zrobiłem. Za swoje „widzimisię” jednak płaci się słono. Wiatr wzmógł się jeszcze bardziej i ostatecznie do 04:00 leżałem i trzymałem tarpa z obawy przed jego lotem w Morze Północne. Zasnąłem, kiedy przestało nim targać budząc się na wschód słońca, przed 08:00. A ten był piękny. Był czerwono-różowy. Pierwszy wschód słońca nowego roku. Najpiękniejszy.

Zjadłem śniadanie, wypiłem gorącą herbatę i ruszyłem wzdłuż klifu na „swoją” plażę.
Bardziej było to pchanie roweru niż jazda na nim. Błoto w pewnym momencie tak zapchało moje hamulce, że zjeżdżając z górki zaliczyłem OTB. Nie mogłem w to uwierzyć nawet, gdy zbierałem się z trawy. Mijałem hałaśliwe chmary maskonurów. Jeszcze Was w tym roku odwiedzę maluchy- zawołałem. Wreszcie ją zobaczyłem. Moją plażę nieśmiało wciśniętą w wysokie skały. Kamienista równinka osłonięta od wiatru i grająca szumem morza odbijającym się od pionowych ścian. Zrobiłem sobie tam mały przystanek i w płytkim zagłębieniu ugotowałem wodę na kawę. We Flamborough jest latarnia morska. A ja bardzo lubię latarnie morskie. Nie mogłem przepuścić okazji by ją zobaczyć! Bardzo ładna, niewysoka, biała. Zrobiłem sobie pod nią zdjęcia na dowód zdobycia, jako jedną z trzech na złotą odznakę Bliza. Niestety podejrzewam, że kapituła nie uzna tego. Choć na oficjalne stanowisko wciąż czekam.



Po zmroku wróciłem do Bridlington, gdzie tym razem zrobiłem rundkę po starym mieście oraz zajechałem do portu jachtowego i na plażę. Bardzo przyjemne miasteczko. Zakupiłem bilet na pociąg na następny dzień. Wstąpiłem do pubu na piwko, a ponieważ wciąż silnie wiało i znów zanosiło się na deszcz, postanowiłem poszukać noclegu pod dachem. Dworzec kolejowy niestety zamykano na noc. Znalazłem zamykany bankomat. Tam się rozłożyłem i przespałem noc tylko z jedną pobudką, którą zgotował mi jakiś gość chcący wybrać gotówkę. Jeśli Was to interesuje: tak, jego twarz wyrażała zdziwienie.:)


Podróż pociągiem przebiegła nie bez przygód. Docelowo miałem dojechać do Kettering po
przesiadkach w Sheffield i Leicester. Niestety pociąg do Leicester dojechał 10min po czasie. Kolejny, do Kettering, już odjechał. Rowerkiem musiałem więc machnąć jeszcze 40km do Corby. Pogoda była dla odmiany bardzo dobra. Było ciepło i świeciło słońce. Sama przyjemność. Niepokój budziła we mnie tylko przednia opona dość mocno przycięta z boku. Dojechała cała, ale nadaje się do wymiany. Cóż…gdzie drwa rąbią, tam i wióry lecą. I wiecie…jeśli faktycznie jest tak, jak mówią. Że cały rok wygląda jak jego pierwszy dzień. 2015 będzie przepiękny! 











  

4 komentarze:

  1. Odznaka Bliza:
    http://www.tpnmm.pl/i-ty-mozesz-byc-zdobywca-odznaki-bliza
    W skrócie jest to turystyczna odznaka miłośnika latarni morskich. Od siebie polecam, bardzo fajna zabawa. Motywuje by się ruszyć.:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Błagam Cię zmień system komentarzy na blogu, bo tylko to mnie trzyma od częstego komentowania ;)

    Wiele razy patrzono na mnie jak na dziwaka z powodu zachowań, które są odmienne choć przecież nieszkodliwe. Mimo to warto robić swoje i nie przejmować się innymi. Bardzo fajny sposób na spędzenie sylwestra, to właśnie stąd pomysł o zdobyciu Islandii? Widzę, że ogarnął Cię typowy dla zimy nostalgiczny nastrój (skąd ja to znam). Trzymam za Ciebie kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Szczerze powiem, że nie bardzo wiem czy nawet zmiana systemu komentarzy jest możliwa. Ja na informatycznych zawiłościach się nie znam. Prosty chłop jestem.:) Ale Ty pono jesteś ogarnięty...może pomożesz?:)

    Islandia wykiełkowała w głowie w czasie samotnych przejażdżek, naturalnie. Ale chyba niespecjalnie akurat na Sylwestrze...

    Nostalgiczny nastrój to wynik zbyt długiego czasu spędzonego w jednym miejscu. czas na przeprowadzkę chyba.:)

    OdpowiedzUsuń