wtorek, 2 czerwca 2015

Pierwsze przemyślenia po powrocie z Islandii

Jestem dokładnie po 10 dniach od powrotu z Islandii. Kreślić, te pierwsze słowa, nie jest mi łatwo. Ciężko powiedzieć czemu. Pewnie dlatego, że trawers się nie udał. Nie...źle, nie "nie udał się", a "nie dałem rady" go ukończyć. Ktoś kiedyś powiedział, że wyrażenie "udało się" sugeruje przypadkowość, a ponieważ sam uważam, że przypadków nie ma, to ono tu nie pasuje. Nie używamy "udało się", albo "nie udało się". Koniec.

Tak. Trawers nie doszedł do skutku. Musiałem zawrócić z drogi 6 dnia zmagań z mrozem, śniegiem, wiatrem i innymi problemami. "Inne problemy" wynikły z mojej winy. Nikogo innego i dotyczyły zarówno sprzętu jak i mojej kondycji psycho-fizycznej.

Kiedy ludzie pytali czy w górach jest wciąż dużo śniegu, pokazywałem to zdjęcie.

Moje założenia, że uda mi się pokonywać dziennie po 50km w interiorze już pierwszego dnia mogłem odłożyć na bok. Dlaczego? Trafiłem na najzimniejszy (jak podawała islandzka telewizja) maj od 1979r. najwyższa temp. jaką zanotowałem w interiorze to był 1st. w dzień. W nocy było natomiast około -15st. Najniższa temp jaką podał zegarek Suunto to -17st. Do tego doszedł silny czołowy wiatr i zalegający miejscami całymi zwałami śnieg. Wystarczy myślę, że powiem iż kiedy już wracałem, 7 dnia, pokonałem 160km jednego dnia. I wcale nie był to wyczyn, pchał mnie ten atomowy wiatr, z którym walcząc wcześniej pokonywałem po 25-30km.

I nie piszę tego, by pokazać się jaki to ja bohater nie jestem i twardziel, który walczył z takimi przeciwnościami. Nie. Tak po prostu było. Ukazuję Wam realia. Wręcz przeciwnie...dobrze byście wiedzieli, że żaden ze mnie bohater i twardziel...6 dnia, kiedy podjąłem decyzję o powrocie czułem się jak wymiot. Jak przeżute zgniłe jabłko zwrócone razem z sokami żołądkowymi. Słaby, zmęczony, przybity, bez tej pewności siebie, którą miałem do tamtej pory. Bez sił, bez planów, bez celu. Pusty i ze świadomością, że to ja zawaliłem.

Rozmowa z kimś przez telefon w niektórych sytuacjach to jedyna opcja utrzymania wysokich morali.

W tym momencie...jak już piszę o tym 6 dniu...to wiecie...im wyjazd poważniejszy tym zdecydowanie więcej osób za nim stoi. Pojechałem sam, ponieważ kolega wycofał się praktycznie w ostatniej chwili, co mnie zaskoczyło. Ale w organizację zaangażowanych było sporo osób więcej. Chciałbym w tym momencie podziękować przede wszystkim moim rodzicom i bratu. Odwalili kawał dobrej roboty, załatwiając mi część sprzętu w Polsce. Odbierając paczki i później wysyłając do mnie. Także już w trakcie, za wszelkie ciepłe słowa zagrzewające do walki. Bardzo duże podziękowania należą się również Iwonie. Za zachętę do odwiedzenia Islandii, od której wszystko się zaczęło. Za informacje pogodowe, które dostawałem od niej na bieżąco oraz za wszelkie zdania...te napisane i wypowiedziane...pamiętnego dnia 6. Dziękuję również za sms-y z pocieszeniem najlepszym kumplom jakich mam: Kamilowi, Grzesiowi i Piotrkowi. Śmiesznie może to wyglądać, jak wspominam o wiadomościach i telefonach od różnych osób i że są one dla mnie tak ważne. Są...leżeliście kiedyś w namiocie  w śpiworze w miejscu gdzie po horyzont nie ma nic prócz śniegu? Człowieka nie widzieliście od 4 dni. Namiotem szarpie i jest tak zimno, że zastanawiacie się czy wyjść ze śpiwora odlać się?  Na środkach przeciwbólowych, z krwawiącym kolanem? Ze świadomością, że właśnie daliście dupy i całe pół roku przygotowań poszło się bujać? Tak? To wiecie o czym mówię. Nie? To nie możecie sobie tego wyobrazić. Podziękowania dla drugiego Grzegorza za ułożenie diety na ten wyjazd. Podziękowania dla firmy Cumulus, Galacticom oraz dla Piotrka Szałaśnego za pomoc sprzętową.

Przesiąkły cztery opatrunki i jedna koszulka.

Krwawiące kolano to nie przykład "z dupy". 5 dnia zawiało tak mocno z mojej lewej, że zwyczajnie zwaliło mnie z roweru. Winny był też lód, po którym akurat wtedy zjeżdżałem z malutkiego pagórka. Cały impet uderzenia przyjęło prawe kolano i wbijając się w lód, przeciął mi on skórę na tyle głęboko, że po odchyleniu skóry mogłem dojrzeć rzepkę. Po tym dniu, jeszcze tego szóstego, zdecydowałem się pociągnąć dalej, ale opatrunki na tyle szybko przeciekały (pracujące podczas jazdy kolano powodowało, że rana cały czas się otwierała), że siódmego, powrotnego dnia pociąłem jedną koszulkę i z niej zrobiłem opatrunek. To zdarzenie, przekonało mnie do powrotu.

Kartusze można kupić praktycznie na każdej stacji benzynowej. Jeśli takowa w ogóle jest. Ja, głupi kupiłem najmniejszy.

Miałem dwie kuchenki. Jedną, główną, benzynowego Primusa Gravity. Oraz do testów Primusa Eta Lite +. Do testowej gazówki dokupiłem tylko mały kartusz. Miała być tylko do testów. Wiadomo, że na mrozie lepsza jest benzynówka. Okazało się, że benzynówka nie działa w ogóle. Czemu? Nie wiem. Ale czemu nie sprawdziłem jej przed wylotem? Też nie wiem. Jak mogłem być takim ignorantem? Również nie wiem. Perspektywa 9 dni na mrozie bez niczego ciepłego, przekonała mnie do powrotu.

Łatanie dętki. Tutaj jest około -5st. Wyjątkowo dogodne warunki by robić to jeszcze bez rękawiczek.

Specjalnie na ten wyjazd zakupiłem fatbike-a. Miał być śnieg, spodziewałem się go, więc sens w zakupie widziałem. Kupiłem używanego Surly-ego Pugsley-a. Objechałem nim kilka rundek przed wylotem, dla pewności. Po wyjęciu z kartonu części już na lotnisku w Keflaviku zacząłem pompować ogromne koła. Napompowałem jedno, odstawiłem. Wziąłem się za drugie, skończyłem. Wziąłem pierwsze...flak. Poszedł wentyl. Oryginalna dętka Surly to ponad 100zł. Kupiłem więc tylko jedną zapasową. Nie ujechałem nawet 0.5km i już musiałem ją użyć. Byłem bez zapasu. Później złapałem jeszcze 3 gumy. A klej w takich temperaturach nie chciał dobrze łapać i musiałem później poprawiać te same łatki. Do tego mimo, że zakontrowana solidnie przed wyjazdem, tylna piasta XT non stop się odkręcała. Dokręcałem ją codziennie kombinerkami ponieważ nie miałem nic innego. Jak mogłem nie sprawdzić takich rzeczy w używanym rowerze? Jak mogłem być takim idiotą? Jedna dętka? Kretyństwo...Na mrozie zamarzał bębenek od tylnej piasty. Z samego rana nie mogłem ruszyć ponieważ kręciłem w miejscu. Zapadki nie odskakiwały. Sikałem na niego by go nieco rozgrzać. Czasem się udawało. Te problemy przekonały mnie do powrotu.

Najwyższa temp. jaką zanotowałem w interiorze.

Telefon satelitarny zabrałem w razie naprawdę poważnych problemów. Oraz by móc odbierać SMS-y od Iwony dotyczące pogody. Telefon w podróży to bateria. Jak ma słabą baterię to jest do niczego. Nie ważne jest wszystko inne. Kolorowe wyświetlacze, aparaty i procesory. Tylko bateria. Ja zabrałem ze sobą 4 baterie. Dwie, na których jak się okazało, mogłem wysłać dwa sms-y i się rozładowywały, ale można było je naładować ponownie. Jedna, której nie dało się naładować i nawet włączyć telefonu. I jedna naładowana, która trzymała długo, ale nie można było jej naładować ponownie i nie pokazywała aktualnego stanu naładowania. Po prostu cały czas pokazywała pełne naładowanie, aż w pewnym momencie się wyłączyła. Sprzęt ratunkowy. Awaryjny. Miał być pewny. Nawet nie wiecie jak mi wstyd, że nie sprawdziłem tych baterii przed wyjazdem. Co ja sobie myślałem?

Teraz już wiecie, dlaczego zawróciłem. Dlaczego nie dałem rady. Teraz już wiecie, że jeśli nic się nie posypie to wracam w interior w przyszłym roku. Wracam na tą samą trasę. Bogatszy o wiele, wiele doświadczeń. Czas się podnieść po porażce. Brać do roboty. Zaleczyć kolano. Wyciągnąć wnioski po bolesnej nauczce.

I na koniec. Na pewno znajdą się osoby, które przeczytają to i powiedzą. Kłamie i ściemnia. Przesadza. Byłem i wcale tek źle nie było. Byłem w gorszych warunkach. Byłem dalej, byłem głębiej, byłem dłużej. Bolało bardziej i dałem radę. Z pewnością się znajdą. Cóż...skoro tak, jesteście mocni! Zazdroszczę.