niedziela, 20 grudnia 2015

Tanio po Pradze

Złota Praga przyciąga. Przyciąga backpackerów i turystów w stylu: białe buty Lacoste i polo Ralpha Laurena. Przyciąga całe rodziny i samotnych samotników. Przyciąga na weekend i na dłużej. Praga…to miasto ma swój klimat. Co mnie najbardziej tam urzekło? Wiecie…poranna kawa z widokiem na Stare Miasto zalewane powolutku spacerowiczami. Wychylony przez okno z mocną kawą stojącą na parapecie, na skórze czułem chłód poranka, a jednocześnie pierwsze gorące promienie wschodzącego słońca. Sunące tramwaje, rozkładane kramiki z pamiątkami. Zapach pieczywa. Taka jest dla mnie Praga. A jak to odczuć bez opróżniania portfela? Ano tak, czytajcie.

Jak dojechać?
Najłatwiej i najprościej jest wybrać Polskiego Busa. Autokarami tego przewoźnika bezpośrednio dojedziemy do Pragi z Bydgoszczy, Łodzi, Gdańska, Warszawy, Poznania i Wrocławia. Bilety za 1zł to naprawdę nie jest ściema. Mnie do Pragi nigdy tak tanich nie udało się znaleźć, jednak koleżanka pojechała w jedną stronę dokładnie za jeden złoty. Pamiętajcie, że to cena biletu, do tego płaci się również 1zł za rezerwację. Pisząc ten artykuł w 2min znalazłem bilety na marzec z Gdańska za 75zł. Termin marny, ponieważ jest to środek tygodnia, ale jak to ktoś kiedyś powiedział: „Chcesz podróżować tanio, bądź elastyczny”. Studenci jeszcze we wrześniu odpoczywają więc śmiało. Polski Bus odjeżdża z Gdańska Dworca Autobusowego znajdującego się zaraz obok stacji PKP Gdańsk Główny, więc problemu z dostaniem się na stanowisko żadnego nie ma. Bilety rezerwujemy oczywiście online, jak tylko trafi się okazja. Wygodnym rozwiązaniem w przypadku tego przewoźnika jest konieczność posiadania jedynie numeru rezerwacji. Nie trzeba nic drukować. Numer można mieć zapisany na komórce, na kartce, kiedyś wsiadałem podając numer naprędce spisany na przedramieniu.:) Podróż do Pragi Polskim Busem trwa 14h. To długo i należy przygotować się na mało wygodną podróż. Miejsca jest niewiele i rozkładanych siedzeń nie można specjalnie wykorzystać, ponieważ lekko je kładąc miażdżymy kolana osobie siedzącej za nami. Będzie bolała szyja i plecy. Przyszykujcie się. W trakcie jazdy są 3 (o ile dobrze pamiętam) przystanki, na trasie niestety nie otrzymujemy nic (vide lodów, kawy/herbaty, słodkich bułek na trasie Warszawa->Gdańsk). Polecam zaplanować sobie jakoś czas jazdy, ponieważ nudząc się, jazda tylko dłuży się okropnie. Ja polecam tablet z ebookami i filmami. Czasem też piszę artykuły na bloga, jak ten np.:) Nie wiem jak inni mogą używać to wi-fi w autokarze, dla mnie jest tak zajebiście wolne, że nie mam cierpliwości by czekać np. na połączenie z fb. W autokarze, w czasie jazdy dostępna jest toaleta, więc jak przyciśnie z rana, to nie ma problemu. Ewentualnie, że przyciśnie nie jedną osobę.;) Podpatrzonym patentem jaki ostatnio stosuję (nie tylko w autobusie, ale również w samolotach, jest mały woreczek z karabinkiem, do którego na czas lotu/jazdy wrzucam wszystkie drobiazgi z kieszeni. Dzięki temu śpi lub siedzi się o wiele wygodniej. Woreczek wieszam sobie natomiast na tyle siedzenia znajdującego się przede mną, więc całość jest świetnie dostępna. W Pradze zajeżdżamy na przystanek Florenc, kilka minut pieszo od Starego Miasta. Na Florencu jest awaryjnie BurgerKing, awaryjnie.

Co zabrać?
Jedziemy autokarem więc wszelkie obostrzenia lotnicze nas nie dotyczą. Z jednej strony to dobra wiadomość, z drugiej kompletnie nieprzydatna. Nieprzydatna, ponieważ i tak nie polecam zabierać więcej niż limit bagażowy przy podróżach lotniczych. Przykładowy bagaż, który zabrałem ze sobą jadąc samemu pod koniec maja (jeden weekend)? Proszę: na sobie miałem spodnie turystyczne z odpinanymi nogawkami, long sleeva z materiału „technicznego”, zegarek oraz bieliznę i buty podejściowe Salewa. Cały bagaż spakowałem do 20litrowego plecaka. A w środku uchowałem: cienki softshell, szczoteczkę do zębów i pastę, żel pod prysznic, mały ręcznik z mikrofibry w formie breloczka, antyperspirant, zapasową bieliznę, płyn i pudełeczko do soczewek oraz cienkie klapki pod prysznic i ładowarkę do telefonu. W kieszonkach miałem portfel, klucze oraz telefon. Z wyjątkowych luksusów zabrałem małego netbooka aby nie marnować czasu i pisać. I piszę.:) Dwoma elementami wartymi uwagi są klapki pod prysznic oraz ręcznik breloczek. Od pewnego czasu pod prysznic stosuję klapki jednorazowe, które dosłownie za 2zł można kupić na allegro. Są one używane w centrach SPA. Oczywiście można je stosować wielokrotnie. Natomiast ręcznik to najmniejszy model, jaki kiedykolwiek widziałem. 40 x 40cm. Awaryjnie stosuję go na lotniskach by się przemyć lub kiedy okaże się, że w hostelu nie ma dostępnych w pakiecie. Zarówno jeden element, jaki i drugi w ogóle nie zajmują miejsca w plecaku, a mogą być cholernie przydatne.

Gdzie spać?
Booking jak świat długi i szeroki. Od niedawna co prawda używam tej platformy, ale jestem bardzo zadowolony. Aplikacja na iOS jest bardzo intuicyjna, nie łapie zawiech, mamy od razu lokalizację obiektu offline, możemy wystawić opinię i mamy podpowiedzi co też ciekawego można zobaczyć niedaleko zakwaterowania. Akurat w Pradze polecam Chilli Hostel. Jest przede wszystkim dobrze zlokalizowany, tani i ma miłą obsługę. Ostatnim razem płaciłem tam 10 EUR za noc. Dużo niedużo. Jak na swoją lokalizację dla mnie do zaakceptowania. Dostajemy tam pokój (różnie: dwójka, czwórka). Toaleta jest wspólna na piętro. Dość czysto i zadbanie, choć sam budynek lata świetności ma za sobą. W pomieszczeniach ogólnodostępnych jest wi-fi, są komputery do użytku. Należy przygotować 200 koron ekstra na depozyt za klucz. Całkowicie zwrotny po zakończeniu pobytu i zwrocie klucza. Jak przybędziemy na miejsce, poproszą nas o dowód tożsamości. Skserują, każą wypisać zameldowanie. Dadzą pościel i ręcznik. Z Chilli jest około 15min spacerem na Most Karola wzdłuż rzeki. W Chilli jest też kuchnia do dyspozycji, można sobie coś upichcić samemu, ale nie ma to chyba większego sensu przy weekendowym pobycie.

Co więc zjeść?
Jak Czechy to gulasz. Każdy Wam to powie. Jak Czechy to knedliczki. Też Wam powiedzą. W restauracjach mają to dobre i porcje dają solidne, a jak wiecie gdzie iść to będzie też sensownie tanio. Myśmy żywili się w mniejszych, lecz zaskakująco popularnych restauracyjkach zlokalizowanych w wąskich, bocznych uliczkach niedaleko Ratusza. Za około 180 koron plus po 30 koron za piwko można się solidnie najeść. Tradycyjnym daniem jest vepro knedlo zelo czyli pieczona wieprzowina z knedliczkami i smażoną kapustą. Całość ma bardzo charakterystyczny smak, nie do podrobienia. Bardzo polecam. Ciemne Krusovice smakują do tego idealnie. Jeśli chodzi i zakupy „normalne” to najwygodniej przejść do Tesco (chyba jedyny supermarket, a na pewno jedyny jaki zarejestrowałem) znajdujące się w sensownej odległości od Starego Miasta. Ja zwykle biorę jedzenie śniadaniowe ze sobą z Polski. Zwyczajnie nie chce mi się chodzić i szukać tańszego sklepu, a małe sklepiki na Starówce są po prostu drogie. Jeśli już to można w nich kupić colę w wiadomym celu. A właśnie, alkohol. Jeśli nie macie napięcia na Absynta, zabierzcie butelczynę z Polski. Będzie taniej i pewniej, że wypijecie to co lubicie a nie to, co akurat będzie.;) Zdecydowanie warto spróbować trdelnika czyli ciasta drożdżowego, które jest pieczone nad żarem na grubym, drewnianym wałku i obsypywany cukrem (lub orzechami). Można już go dostać w Polsce, ale na pewno nie smakuje jak oryginał jedzony na Hradczanach.

Co zobaczyć?
Przypuśćmy, że jesteśmy na miejscu po południu w piątek. Skoro śpimy w starej części miasta, na pierwszy dzień polecam spacer wąskimi uliczkami tegoż. Stare miasto w Pradze jest bardzo klimatyczne, z jednej strony zadbane, z drugiej jednak nie przesadnie wymuskane. Widać, że mieszkają tam ludzie i to jest ok. Na pierwszy ogień niech pójdzie wizyta na rynku pod słynnym zegarem Orloj. Jest on umieszczony na południowej ścianie ratusza. Składa się z trzech fragmentów. Pokazującego położenie ciał niebieskich, pokazującego miesiące oraz z części animacyjnej – z ruchomymi figurkami dwunastu apostołów oraz wyobrażeniami Śmierci, Turka, Marności i Chciwości. Co godzinę pod zegarem pojawiają się tłumy turystów by obejrzeć niesamowite, mechaniczne przedstawienie. Spacer wzdłuż Wełtawy oraz przejście po moście Karola z obowiązkową wizytą pod pomnikiem św. Jana Nepomucena. Bardzo łatwo rozpoznacie tę figurkę. Zaraz przy niej znajdują się dwie tablice, wytarte przez turystów do gołej – błyszczącej blachy. Ponoć dotknięcie psa lub księdza, powoduje zachowanie własnej tajemnicy na wieczność. Gdyby ktoś chciał powrócić jeszcze do Pragi, należy potrzeć rzucanego do wody świętego. Następnie wizyta w restauracji, piwko. Ten dzień niech skończy się szybciej. Każdy jest zmęczony po jeździe autobusem. Idźmy spać wcześniej, odpocznijmy. Niech ta pierwsza zajawka zaostrzy apetyt na więcej. Sobotę polecam zacząć śniadaniem w hostelu i kawką w jednej z małych kawiarenek przy jednej ze starych uliczek. Tak posileni możemy ruszać zwiedzić Hradczany na czele z Pałacem Praskim oraz Złotą Uliczką. Pierwszy raz podjechałem tam tramwajem 22, co swoją drogą nie jest specjalnie drogie. Bilety można kupić w automacie na przystanku lub w pierwszym lepszym sklepie. Za 26 Koron możemy mieć 75min bilet na komunikację miejską. Za 100 koron można natomiast kupić bilet 24 godzinny i poruszać się całą komunikacją miejską w Pradze. Drugi raz natomiast i każdy kolejny zwyczajnie do Pałacu idę. Przekraczam rzekę mostem Karola i ruszam pod górę, nieczęsto po schodach. Nie trafić się nie da. Na każdym skrzyżowaniu widać znaki. Będąc na miejscu od razu rzuca się w oczy katedra św. Wita, Wacława i Wojciecha, do której można (przynajmniej do pewnego momentu) wejść za darmo. I warto. Jeśli ktoś natomiast chciałby obejrzeć sobie katedrę dokładniej, będzie musiał kupić bilet. I teraz kilka słów o biletach: jest możliwość zakupu biletu na trasę krótką i długą. Trasa krótka, której bilet kosztuje 250 koron obejmuje: Złotą Uliczkę z wieżą Daliborką, Bazylikę św. Jerzego, Katedrę św. Wita oraz Stary Pałac Królewski. Moim zdaniem jest w zupełności wystarczająca dla osób, takich jak ja. Czyli chcących „obcykać” z czym to się je. Jeśli ktoś jest fanem zabytków to za 350 koron może sobie trasę wydłużyć o Wieżę Prochową Galerię Obrazów Zamku Praskiego i o wystawę dotyczącą historii Pałacu. Dla studentów obowiązuje zniżka 50%. Obok pałacu, z widokiem na położone niżej miasto można wypić kawę w Starbucksie, natomiast jeśli ktoś niespecjalnie gustuje w sieciówkach, będzie musiał poczekać na zejście w dół do miasta. Tak samo z obiadem. Możemy zabrać kanapki na drogę i następnie po powrocie, skierować się do znanej restauracji na obiadokolację i spróbować inne danie i inne piwko. Teraz jednak ruszamy na punk widokowy zlokalizowany na wzgórzu Petrin. Płacąc 100 koron (ponownie, studenci mają zniżkę) możemy wejść na miniaturę wieży Eiffla (wierna replika w skali 1:5, młodsza od oryginału o zaledwie dwa lata) i zobaczyć Pragę z góry. Widok jest niesamowity. Z całą odpowiedzialnością polecam.
Niedzielę warto rozpocząć wcześnie i jeśli kto chce, wyskoczyć na miasto kupić nieco pamiątek. Dla kumpli obowiązkowo butelkę Absyntu (np. z dodatkiem nasion konopi indyjskiej). Dla rodziny można zakupić bardzo smaczne Kralovskie oplatky czyli nic innego jak okrągłe lub w kształcie trójkąta wafle obsypane cukrem lub przekładane słodką masą. Miłym prezentem jest też jakiś gadżet z Krecikiem. Można wybierać od malutkich maskotek, przez kubki, koszulki aż po ogromne wypchane Krety wielkości dorosłego człowieka.
Tak wygląda moja propozycja krótkiej i budżetowej wycieczki do stolicy Czech. Jeśli to miasto przypadnie Wam do gustu, to zechcecie tam wrócić jeszcze zanim wyjedziecie. I jak będziecie wracać to nie po to, by znów biegać z wywieszonym językiem by zobaczyć wszystko. Będziecie wracać jak mieszkańcy. By posiedzieć na ławce. By zjeść knedliki, by przejść się wzdłuż Wełtawy. Od siebie polecam, tym bardziej że taki wyjazd można ogarnąć biorąc jeden dzień (piątek), wolnego.


PS Tak na koniec, mam eksperta od Pragi. Może by Olo skomentował: co schrzaniłem i o czym zapomniałem?:)

piątek, 18 grudnia 2015

Sandały Keen- wzór uniwersalności

Szukacie butów, które będziecie mogli zabrać jako jedyne w podróż? W których wyjdziecie na łatwy trekking w niewysokich górach, pochodzicie po plaży, pustyni, pojeździcie rowerem, popływacie na jachcie i na końcu pójdziecie pod prysznic? Których będziecie mogli używać od wczesnej wiosny po późną jesień w mieście? Tak więc macie.


Po zniszczeniu Tevy Hurricane III na Sacharze Zachodniej, zmuszony byłem kupić nowe sandały. Padło na buty marki Keen model Newport H2. W kwietniu 2015 roku. Mieszkałem jeszcze wtedy w Anglii, chwilę czasu zajęło mi znalezienie modelu H2 w kolorze czarnym i w moim rozmiarze, jednak ostatecznie za około 320zł kupiłem swoją parę. Pierwsze wrażenie po wzięciu do ręki po otwarciu kartonu – masywne, jakie ciężkie! Takie wrażenie po lekkich i dużo mniej zabudowanych Tevach było uzasadnione. Od razu rzuciło mi się w oczy również mało staranne wykonanie. Odlew 
podeszwy jakiś taki...mało staranny. Połączenie form mocno widoczne po boku. Podeszwa jest bardzo gruba i dobrze amortyzowana. Dzięki temu bez dyskomfortu można w nich chodzić po kamieniach czy korzeniach. Bieżnik nie jest specjalnie zaznaczony, nie jest też gęsty, jednak dosć „ostry”. Póki co, nie zdarzyło mi się w sandałach uślizgnąć. Chodziło się w nich pewnie nawet na oblodzonej i ośnieżonej Islandii. Podeszwa jest trzykolorowa. Czarna z żółtymi i szarymi wstawkami. Nie zauważam też by miała gdzieś pękać, nadmiernie się zużywać. Po pierwszym, solidnie przechodzonym sezonie, praktycznie brak oznak zużycia. Góra podeszwy wykonana jest z pianki EVA, dzięki temu powierzchnia przystosowuje się do stopy, a całość jest dużo bardziej wygodna. Na wierzchniej warstwie podeszwy widnieje spory napis Anti-odor. Niestety, tutaj producent sobie poleciał i to zdrowo. Buty śmierdzą jak każde inne, a nawet bardziej. A może to tylko specyfika moich stóp? Gdyby nie to, że producent chwali się świetnie działającym systemem antysmrodowym, byłoby ok. A tak jest minus. Z przodu podeszwa przechodzi w patent Keen, czyli toe-protection. Nic innego jak kawał gumy chroniący palce. Jest to jeden z elementów, który tak wyróżnia te buty. Z daleka, jeśli widzicie zabudowany gumą przód i do tego mały, żółty trójkącik na boku, pewni bądźcie, że idzie użytkownik Keenów (lub podróbek, które jak to z podróbkami bywa, nijak mają się do oryginału i
nie warto wydawać na nie pieniędzy). Ochrona się przydaje. Możecie ją przeklinać w wielki upał, ale naprawdę się przydaje w butach tego typu. Wiele razy w zwykłych sandałach zdarzyło mi się uderzyć w gałąź i po prostu zranić sobie palce. Tylko w gałąź, ponieważ po takich przygodach w lesie na nizinach, nie wyobrażałem sobie zabrać ich w góry. A Keeny nie dość, że kilka razy uchroniły moje paznokcie od skał i gałęzi to i zdarzyło się, że i od schodków i krawężników. Chodzę tak szybko, że aż mało uważnie. Cholewka buta to jest ten elenment, który model H2 odróżnia od modelu standardowego. W wersji H2 jest ona wykonana z wodoodpornego poliestru, który od wewnątrz podszyty jest elastyczną siatką Aegis Microbe Shield®. Całość nie powoduje namniejszych obtarć nawet przy dłuższym chodzeniu czy jak jest mokra. Szwy są staranne, ale niestety znalazłem kilka sterczących nitek. Nie myślcie sobie, że teoretyk się znalazł i szuka najmniejszych minusów. Wystające, niezabezpieczone nitki, to przede wszystkim oznaka małej dbałości przy szyciu, dwa (i co gorsza) możliwość dalszego prucia. Tam gdzie kończą
się paski, wszyto pętelki i połączono je gumką. Gumka (podobnie jak w obuwiu Salomon) jest regulowana samozaciskającym się stoperkiem. Wolny (po ściśnięciu) koniec zabezpieczamy pod krzyżującą się sznurówką. Całość się nie luzuje i nie powoduje problemów przy ściąganiu. Z tyłu jest tylko jeden pasek dookoła pięty, nie jest on regulowany. Z systemu sznurowania, tego jak zachowuje się cholewka w kontakcie ze skórą, jestem bardzo zadowolony. Stopa nie przemieszcza się w środku, ani też nie odczuwam dyskomfortu z powodu zbytr ciasnego obuwia. Jedyne co zaobserowowałem, to to, że od czasu do czasu, przez dziurkę pomiędzy gumową ochorną i pierwszym paskiem wychodzi mi najmniejszy palec. Pewnie moja anatomia (najmniejszy palec mam bardzo krótki). Wszelkie napisy i logotypy nie są specjalnie nachalne. Ot, żółte logo z boku od zewnątrz, żółty trójkącik, malutki napis waterproof. Jest ok.

A teraz jak się sprawdzają. Sprawdzają się wyśmienicie. Są bardzo wygodne. U mnie od wczesnej wiosny do później jesieni są to buty podstawowe. Na początku sezonu, kiedy jeszcze jest chłodno i
zdarzyć się mogą zimne deszcze noszę te sandały w połączeniu ze skarpetami SealSkinz. Całość jest czarna i nawet nie widać, że tak naprawdę w listopadzie biegam w sandałach.:) Jest wystarczająco ciepło i stopy chronione są przed wilgocią. Wyjeżdżając w grudniu do Izraela miałem lot z Krakowa. U nas zimno, na miejscu 25 stopni. Powyżej opisane zestawienie sprawdziło się idealnie i zajmowało o wiele mniej miejsca w ograniczonym (do wymiarów podręcznego) bagażu. Używam ich na rowerze, na kajakach i na żaglach (podeszwa non-marking faktycznie nie zostawia czarnych smug na pokładzie łódki jednocześnie świetnie się go trzymając). Bez obaw mogę w tych sandałach wyskoczyć na mieliznę, by zepchnąć kajak lub jacht czy podciągnąć go do brzegu i później dalej w butach chodzić do czasu ich wyschnięcia. Na wycieczkach po schroniskach, bez obaw wchodzę w nich pod publiczny prysznic (dzięki czemu nie muszę zabierać klapek) lub po szybkim przetarciu używam jako obuwie schroniskowe. Niestety po około 3 miesiącach zaczęły się pruć elementy boczne cholewki (tak jak się obawiałem, tam gdzie były niezakończone nitki), nieładnie.

Dzięki Keenom ilość moich butów w szafce używanych na co dzień wynosi dwie pary. Sandały oraz podejściowe buty Salewa na śnieg i poważniejsze wyjazdy. (Mam też oczywiście buty na specjalne okazje, ale są tak rzadko używane, że nie ma co ich liczyć, ale gwoli uczciwości...mam:).






Podsumowując całość wywodu wypada mi sandały Keen Newport H2 polecić wszystkim. Jako uniwersalny but turystyczny. Posiadają kilka drobnych wad, i wynikają one z mało dokładnego wykonania, co bardzo mi się nie podoba. Za taką cenę producent powinien porzyłożyć się dużo bardziej. Poprute szwy już sam sobie poprawiłem. Prócz tego, wielki kciuk w górę. Zobaczymy jak długo posłużą (będę dawał znać na bieżąco). Ale jeśli dociągną do trzech lat, będzie super!