poniedziałek, 19 września 2016

Pico Veleta - najwyższa droga asfaltowa w Europie!

Pico Veleta wznosi się na 3398m n.p.m. Zlokalizowana jest w masywie Sierra Nevada w Hiszpani, w rejonie Andaluzji. Z powodu wysokości niestety nie jest ona dostępna okrągły rok. Najlepsze miesiące by na nią wjechać to sierpień, wrzesień. Temperatury są wysokie, dzień długi a na górze na pewno nie trafimy na śnieg. W terminie 4 wrzesień - 13 wrzesień wraz z Kamilem (tym od Czarne-> Bałtyckie) pojechaliśmy by tę szosę zdobyć. Poniżej kilka zajawkowych zdjeć oraz dwa filmy odnośnie sprzętu. Zapraszam!

 Moje rękawiczki rowerowe. Szczęśliwe. Mają 8 lat. Miały, wyrzuciłem.

 Jeden z noclegów na plaży. Spaliśmy pod rozgwieżdżonym niebem.

 Zjazd z Pico Veleta. Pod górę jechaliśmy 5 i pół godziny. W dół, lekko ponad 40min.

Piękna droga szutrowa nad samym morzem okazała się zamknięta. Trochę kamieni oderwało się od skały i spadło na drogę. Rowery udało nam się przenieść. 

 Przed samym szczytem Velety.

I na szczycie!

Zapraszam również na dwa filmy:



środa, 31 sierpnia 2016

Ultralekki sprzęt kuchenny w teren. FILM

Dziś trochę krócej. O ultralekkim secie kuchennym w teren. Garnki tytanowe, palnik tytanowy, Platypus. SnowPeak. Zapraszam.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Video-recenzja MSR Hubba Hubba

Całe 36min rozważań o tym namiocie, zapraszam bo to chyba aktualnie najdokładniejszy jego opis w Polsce.;)


piątek, 22 lipca 2016

Relacja z targów OutDoor Friedrichshafen 2016!


W dniach 13-16 lipca oczy outdooru z całego świata skierowane były na Friedrichshafen i targi Outdoor 2016. Tam można było spotkać przedstawicieli największych marek turystycznych, najpopularniejszych blogerów, prasę, media i ambasadorów. 940 wystawców z 341 krajów, prawie 25 tysięcy zwiedzających, ponad tysiąc dziennikarzy. Te liczby mówią wszystko. Robić w outdoorze i nie pojechać do Niemiec, grzech śmiertelny.


Świat sprzętu turystycznego zmierza zdecydowanie w stronę fast&light. Widać to choćby po nagrodzonych produktach. Widać to też po artykułach, którymi chwalą się producenci. Królują naczynia, palniki oraz sztućce wykonane z tytanu. Lekka odzież, szczególnie puchowa oraz przeciwdeszczowa. Lekkie plecaki ze stelażem w postaci płyty z kompozytów zamiast aluminowych płaskowników. Coraz rzadziej pojawiają się naprawdę duże litrażowo torby. Okazuje się, że 70-80l wory przestają być potrzebne, by pomieścić cały sprzęt. Zdecydowanie największą część stanowiły plecaki o pojemności 30-40l. Bardzo trudno dostrzec Cordurę grubszą niż 500D. Ciężkie tkaniny odchodzą powoli do lamusa. Namioty ważące powyżej dwóch kilogramów są dzisiaj ciężkimi klocami.


Najlżejszy namiot dwupowłokowy, jakiego dopatrzyłem się na targach to nowość firmy Nordisk. Model Lofoten 1ULW. Ten namiot waży 490g (całość, ze szpilkami, odciągami pokrowcem) i pakuje się do wymiarów 11x22cm. Imponujące.


Jednopowłokowiec ważący 300g? To nie problem jak się okazuje. Firma Big Sky zaprezentowała jednosobowy namiot rozkładany na jednym kijku trekkingowym. Wykonany z cubenu namiot Wisp robił furorę.


Ciekawym aczkolwiek budzącym moje duże wątpliwości patentem firmy Vaude jest stelaż zewnętrzny przeplatany przez biegnącą od tropiku linkę. Ciężko mi sobie wyobrazić wygodne przekładanie stelaża w czasie większego wiatru, kiedy linka się plącze i lata z wiatrem na wszystkie strony.


Sea to Summit ze swoim od razu rzucającym się w oczy stoiskiem idzie dalej ze swoimi silikonowymi, charmonijkowymi naczyniami. Aluminiowe dno serii naczyń „X“ pozwala teraz bez problemów gotować w silikonowych, kompaktowych naczyniach. W zestawie są: kubek, garnek, patelnia i czajnik.


Genialne w swojej prostocie i wygodzie używania mocowanie kasku przy plecakach Osprey od razu zwróciło moją uwagę. Perforowany kawałek plastiku na gumce. Plastikową płytkę przeplata się przez jeden z otworów w kasku i trzyma się on bagażu bardzo pewnie. Jego odczepienie również jest banalnie proste.


Ortlieb podąża za zjawiskiem odchodzania bagażu. Jak się okazuje, pełnoprawne, bagażnikowe sakwy niekoniecznie są dzisiaj potrzebne. Bikepacking to trend, który od jakiegoś czasu coraz silnie zakorzenia się w Europie. Firma wychodzi naprzeciw maniakom sakw bezbagażnikowych z kompletem w 100% wodoszczelnym. Łącznie z zapinanną na zamek błyskawiczny sakwą na ramę. Miałem okazję usiąść na wypełnionej powitrzem sakwie. Nowy zamek nie puścił ani dm3 powietrza na zewnątrz. Sakwa podsiodłowa w okolicach rury podsiodłowej jest solidnie usztywniona płaskownikami alumiowymi.


Z ciekawością zaszedłem również do stoiska mat Klymit. Model Inertia X Frame o wadze całkowitej 258g do tej pory wydawała mi się żartem, ale chwilę na niej poleżałem i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że jest to jedna z jak najbardziej rozsądnych opcji by zastąpić sporą objętościową alumatę. Waga 259g, pełna długość 183cm.


Firma Evernew stała się dla mnie synonymem najwyższej jakości naczyń tytanowych. Używam od bardzo niedawna ich model garnuszka z serii UltraLight o pojemności 600ml. Jak do tej pory, sprawdza się idealnie i waży tylko 95g. Z przyjemnością zamieniłem kilka słów z reprezentacją firmy. Kolejny trend, jaki można zauważyć to coraz większa popularność kuchenek spirytusowych. Firma Evernew oferuje całe kompletne zestawy bazujące na palniku spirytusowym włącznie z osłonami od wiatru. Moją na tyle bogatą ofertę, że każdy zdecydowanie znajdzie coś dla siebie. Od zestawów na dwie osoby, po małe garnuszki dla solistów.


Firma Primus w nowy sezon wychodzi natomiast z odświeżoną wersją kuchenki Micron. Mamy Microntrail, częściowo wykonany z tytanu, rozkręcany na dwie części co ma ułatwić przewożenie kuchenki. Zmodyfikowano również, brzydkie czarne pokrętło. Teraz będziemy mieli milszy dla oka, czerwony trójkąt. Niestety firma nic nie zrobiła sobie z mojej uwagi odnośnie piezo. Wciąż montują to samo badziewie, które po pół roku używania zwyczajnie się przepala.


Wydaje się, że Gore Tex Active wdarł się przebojem w odzież do biegania. Nagrodzona kurtka Mammuta Rainspeed Ultralite HS Jacket, z tą membraną, wykonana została z jednego kawałka laminatu. Dzięki temu wyeliminowano sporą część połączeń. Nie piszę tu o szwach ponieważ ta kurtka została wykonana całkowicie w technologii bezszwowej. Co jeszcze ciekawsze, membarana została umieszczona na ZEWNĄTRZ tkaniny. Dzięki tem nie potrzeba warstwy DWR.



Kolejnym nagrodzonym, po kurtce opisanej przeze mnie powyżej był plecak firmy Raidlight. Kiedy w Polsce, jakieś 7 lat temu był wielki boom na AR (adventure races), ta marka była bardzo popularna. Można powiedzieć, że ten producent wyznaczał drogę, którą później podążały inne marki. I teraz wracają z plecakiem (a w zasadzie kamizelką biegową!) o pojemności 20l. Tak! Okazuje się, że kamizelka nie musi mieć 6l, a może być pojemna na tyle, że można zabrać się na 5 dni. Robi wrażenie zastosowana tkanina oraz systém mikroregulacji. Ciekawe jak jest z wygodą, kiedy faktycznie zapakuje się tam wszystkie niezbędne rzeczy (6kg?). Ponoć testowany na MDS w 2016 przez drugą i czwartą kobietę w klasyfikacji. Kompresowany jest za pomocą czterech taśm...nie wiem jak Wy, ale ja przyzwyczaiłem się do kompresji cienką linką.


Jeśli w plecakach już siedzimy to moją uwagę zwrócił też plecak firmy Lowe Alpine. Model Ascent Superlight 30. Przy takiej pojemności, bardzo minimalistycznym projekcie jednoczenie dość wygodnymi na pierwsze dotknięcie plecami, plecak waży lekko powyżej 500g. Całkiem nieźle. Posiada kilka zapinanych na zamki kieszonek, taśmę do wczepienia karabinków i systém mocowania czekanów. Bardzo zgrabna, czysta konstrukcja. Gdyby nie główne wejście zapinane na zamek i braku systemu kopresji...dobry plecak by był.


Bardzo mile spędziłem czas na stoisku Cafflano. Oto i gadżet dla kawoszy. Gdyby nie to, że zakochany jestem od dłuższego czasu w kawiarce to bym brał. Przy cenie w PL 400zł dostajemy kompletny zestaw do przygotowania świeżomielnej kawy z drippera. A całość chowa się do jednego kubka termicznego, który stanowi element zestawu. Poziom zaawansowania konstrukcji robi...wrażenie! Wziąłem udział w krótkiej prezentacji gdzie zawarty był również pokaz czyszczenia zestawu. Okazuje się, że odpowiednia przykrywka kubka umożliwia bardzo proste wymycie sitka itd. Zaczęło się od Kickstartera i proszę...150 000 sprzedanych zestawów w pierwszym roku. Tralala, można. Można zamówić z grawerem na prezent.


Bardzo ciekawy trend obserwuję ostatnio w światku biegowym. Rezygnuje się z twardych bidonów na rzecz miękkich butelek. Ja nie wiem. Jeszcze nie testowałem, ale wydaje mi się to mało wygodne. Ale i Salomon i Raidlight i Camelbak i Source i Deuter...Prawdą jest, że eliminuje się denerwujący dźwięk chlupotania wody w połowie pełnym sztywnym bidonie, co mnie doprowadza do szału. Na zdjęciu oferta Camelbaka. Panie dystrybutorze, podeślij no do testów, to powiem coś więcej.;)


I na końcu, Haglofs i Kupilka. PIerwsza to marka, której nie lubię bo jest cholernie droga i nie robi nic specjalistycznego. Jest zwykła. Nawet nie można powiedzieć, że jej produkty są kontrowersyjne. Bierzesz Haglofsa do ręki i mówisz: ło, zajebiście zrobione, do niczego nie mogę się przyczepić, najwyższej jakości materiały. Ale ani to super lekkie, ani nie pakuje się do małego woreczka, ani nie ma systemów skomplikowanej wentylacji. Gdyby nie zajebistość materiałów i wykonania – zwykła kurtka. Ale ty mrazem strzał w dziesiątkę. Plecak z X-packa. Ładny, prosty, świetne wyściałanie pleców, eleganckie, sztywne pasy naramienne. 25l pojemności. Taki to bym nosił i po mieście.:)


Kupilka natomiast została namionowana do nagrody dla najlepszego prouktu outdoorowego wśród firm skandynawskich. Uwielbiam mój kubek od Kupilki z rzemieniem ze skóry renifera. Oj uwielbiam. Zastąpił mój ultralekki kubek od Folda-cup. Ten od Kupilki ma po prostu klimat! A do nagrody firma startuje ze...Sporkiem.

Targi outdoor sprawiły mi ogromną radość. Czułem się jak w sklepie z zabawkami kilkanaście lat temu. Oczy się świeciły i nie wiedziałem gdzie iść najpierw. Taki ogromny plac zabaw dla dużych chłopców. Szukam sobie teraz namiotu jedynki, mam rozeznanie. Szukam ultralekkiej kurtki przeciwdeszczowej, też mam rozeznanie. Było super!

wtorek, 12 lipca 2016

TriCity Trail dystans ULTRA.

Był 30 czerwca. Znów spać nie mogłem więc i siedziałem po nocy. Nic nie robiłem. Ot, leżałem myśląc że wypadało by już iść spać, ponieważ następnego dnia do pracy należy wstać o 06:15. I jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spać. 30 czerwca o 00:00 kończyły się tańsze zapisy na imprezę ULTRA o nazwie TriCity Trail. 80km+ po Trójmiejskich lasach. Kto bywa w TPK to wie, że górka za górką tu u nas. I tak…na 80km przewyższenia maksymalne 1730m. Dużo niedużo. Na Łemkowynie na dystansie 70km jest nieco więcej. Limit czasowy taki sam czyli 13h. Tyle, że 10km mniej. A to w takim terenie dla mnie 1h 20min. Nieważne. Generalnie nie ma co porównywać…tam jest jakieś 8 większych podejść. Na TriCity było 36 mniejszych.:) Jak to ktoś w internetach napisał: "mało ten bieg miał z górskimi wspólnego, ale niech nikt nie pomyśli, że jest łatwy i przyjemny." Wtedy była 23:30. Miałem 30min na wpłatę kaski. Ale nie wiedziałem, czy naprawdę chcę sobie zadać taki ból. Dwa (lub cztery, zależnie czy stara czy nowa klasyfikacja) punkty do UMTB. To dla mnie kompletnie nieważne, ale świadczy o randze imprezy. Była 23:48 kiedy zleciłem przelew. Nogi już płakały, ale kazałem im się zamknąć (pozdro dla kumatych:).

Był 9 lipca. Dwa dni po moich urodzinach. Dobrze, żeśmy z kolegami naoliwili stawy odpowiednimi specyfikami, to kolana mi się łatwiej zginały. Plecak spakowany, jechałem SKM do Wejherowa gdzie w samochodówce była baza biegu. Swoją drogą, stosunek wysokości wpisowego do świadczeń…no wiem, że się o tym nie pisze, ale jednak patrzy się i na to…był naprawdę genialny! Przyzwyczajony do Harpagana, gdzie wpisowe ostatnio podrożało, a ze świadczeń jest mapa i prócz tego gówno, to tutaj? Medal dla finishera, buff, nocleg, transport autokarem na Matarnię, elektronika, bufety wyposażone tak, że łoooo, pasta party!!! Na miejscu byłem około 17:00 i zacząłem na sali pakować plecak na bieganie. Następnego dnia odjazd autokaru był o 03:45 więc należało być gotowym. Zabrałem sporo:
-NRC (obowiazkowe),
-camelbak (obowiązkowe),
-telefon, portfel (obowiązkowe),
-kurtkę przeciwdeszczową (obowiązkowe),
-plecak,
-9 żeli energetycznych (zjadłem 5),
-12 batonów muesli (zjadłem 3),
-6 shotów magnezowych (poszły wszystkie!!),
-2 shoty kofeinowe (wypiłem jeden, niepotrzebnie),
-2 energetyki (poszły jak woda:),
-GPS-a (w zasadzie nareszcie zasłużyłem na zegarek biegowy, bo taki eTrex był niekoniecznie wygodny)
-MP3 (pomagał na końcu, z początku mocno rozpraszał),
-silne środki przeciwbólowe (trzy tabletki na taki dystans),
-kijki trekkingowe (błogosławieństwo!),
-okulary przeciwsłoneczne (niepotrzebne).

Pobiegłem w Salomonach Speedcross, skarpetkach wełnianych, koszulce technicznej, gatkach do biegania (moje szczęśliwe), do tego rękawki.



Przed startem wypiłem energetyka, zjadłem jedną bułkę słodką z makiem i banana. Doskonale wiedziałem, że to za mało i zaraz będę głodny, ale chciałem coś sprawdzić. Mianowicie zacząłem naprawdę bardzo spokojnie, prawie szybkim marszobiegiem. I jadłem śniadanie w czasie biegu. Jeszcze jedna bułka, banan, dwa batony, żel, shot z magnezem. Zapiłem drugim energetykiem. Ogarnąłem się przez 5km i około 10km czułem wzrastającą moc. Nawet spoko. Do pierwszego punktu odżywczego było 19km i plasowałem się gdzieś pod koniec stawki, choć nie ostatni. Na punkcie złapałem tylko kubek z izotonikiem i kawałek pomarańczy, kilka żelek w garść i dalej. Było tak se, ponieważ stawka jeszcze się nie rozciągnęła i było nas około 10 osób ciągnących razem. Trzeba było wyprzedzać, gonić, dać się wyprzedzać, uważać by kogoś nie uderzyć kijkiem. Marnie. Około 30km złapał mnie pierwszy kryzys. Machnąłem tabletkę, zapiłem żelem i jazda. Do 35 km czyli drugiego punktu odżywczego wyprzedziłem 6 osób, ale wciąż czołgałem się mnie więcej pod koniec. Na punkcie na 35km wypiłem kilka kubków coli, dotankowałem camelbaka i ruszyłem dalej. Kryzys minął i właśnie na tym etapie do 55km bardzo miło mi się biegło. Osoby, które do tej pory poruszały się w jednej grupie ze mną dłużej zostały na punkcie, przede mną była nieco mocniej rozciągnięta stawka i to na tym etapie wyprzedziłem dobre 30 osób, które chyba jednak za szybko poleciały z początku. Sukcesywnie poruszałem się do przodu, już wtedy bolało. Oj bolało, ale powiedziałem sobie, biegnę płaskie i z górki, pod górkę podchodzę z kijkami. Biegłem praktycznie sam, nikt nie poruszał się moim tempem, ludzie szli a więc szybkie obiegnięcie i już trucht na luzie. To był odcinek!
Na punkcie 55km były kanapki. Jak przez ostatnie 50km jadło się tylko słodkie, to szynka z serem smakowała wybornie. Były też krzesełka by sobie przysiąść - nie skorzystałem bo bałem się, że jak siądę to już nie wstanę. Coli sobie nie pożałowałem i tym razem i ruszyłem na ostatnie 25km. Z czego 18km było non stop pod górkę, non kurwa stop. Organizator sobie ładnie poleciał. Ja byłem już
pogodzony, wciągnąłem kolejną tabletkę ponieważ bolało wszystko, kostki, uda, kolana, kręgosłup, przedramiona, dłonie, szyja. Zabawnie.:) Na 75km ostatni punkt odżywczy i ostatnie 8km do mety. 7 z nich przeszedłem. Nie dałem rady. Z początku spróbowaliśmy się z nowopoznanym Grześkiem motywować, ale ostatecznie obaj szliśmy próbując mówić by oderwać głowę od dwóch kalafiorów w butach biegowych, które tak bolały! Przez ten etap 5 twardzieli mnie wzięło, oni jeszcze wtedy biegli! 500m przed metą zgodnie stwierdziliśmy, że wstyd w "ch" tak wczłapać na metę i ostatkami sił uśmiechnęliśmy się i wbiegliśmy zgodnie na metę.

To była lekcja pokory. To było przełamanie mojego kompleksu. To było zajebiste! Bolało jak sam skur*****, ale jaka satysfakcja. Jaka radość na mecie. Ciężko to opowiedzieć komuś, kto nie miał styczności z takim biegiem. 11h biegu i marszu w moim przypadku. 11h non stop w ruchu. Mimo, że to zrobiłem wiąż jest to dla mnie ciężkie do wyobrażenia. Jak człowiek może wyłączyć głowę na długi czas. Były takie długie odcinki, z których nic kompletnie nie pamiętam. Wiem, że biegłem ale
nie myślałem o niczym. Jak stałem pod prysznicem w bazie, widziałem że lada moment największy paznokieć u prawej nogi zejdzie, czułem że w lewej stopie za to jednego z palców nie czuje, widziałem obtarcia ud…ale z drugiej strony do głowy zaczęły napływać myśli, że jutro do pracy, że opłaty, że maile…to miałem ochotę założyć buty i ruszyć w drugą stronę.

(Zdjęć nie robiłem, bo nie było kiedy, ani nie miałem sił by sięgać po telefon z wodoszczelnego worka. Ale był na trasie Pan Dymus i jak się ogarnie i wrzuci jakieś zdjęcie ze mną…nie omieszkam się ukraść.)

czwartek, 9 czerwca 2016

Kawałek po węgierskich górach.

Wstałem rano. Noc mimo, że ponoć chłodną, przespałem jak niemowlę. Śpię pod namiotem jak niemowlę. Tu w zasadzie nie ma się czym chwalić, że taki ze mnie outdoorowiec. Po prostu 18 lat w terenie zrobiło swoje. Dobrze mi się śpi. Tyle.

Był wielki dzień. Ultra Trail Hungary. 33km po górach. Z zamku w Wyszehradzie do Szentendre. Trzy podbiegi, trzy zbiegi. Terenem. Takie tam…na jakieś 600m w górę. Razy trzy. Aha…a trzy dni do tyłu padało. 

Dzień wcześniej odebrałem pakiet. Plecak był już zapakowany, ubrania były gotowe. Przemyłem twarz, ubrałem spodnie, przypiąłem numerek startowy i rozgrzewka. Rozgrzewką był dobieg na miejsce odjazdu autobusu do Wyszehradu. Aha…bo pole namiotowe było w Szentendre. Wieźli nas autobusem do Wyszehradu, a wracaliśmy na nogach. Spacerem. 

Najważniejsze to zacząć mówią. Stres "jak to będzie" faktycznie mija zaraz po pierwszych krokach. I na pierwsze danie otrzymaliśmy podejście. Ci z przodu gnali pod górę biegiem i bardzo szybko naszej końcówce znikli z oczu. A myśmy spacerowali pod górę, najpierw schodami, później asfaltem. Później znów w teren. Biegliśmy w parze i dość miło stawiało się krok za krokiem. Raczej nie
gadaliśmy. W ciszy zachwycałem się mijanymi widokami szczególnie w początkowym odcinku. Przełom Dunaju prezentował się nad wyraz pięknie. Nawet jak pot lał się do oczu. Bo niby gorąco nie było, ale nawet jak nie łapię promieni słońca to się pocę. Na nocce na Harpaganie też byłem spocony. Chyba od Księżyca. Wracamy na Ultra Trail. Sorry. Deszcz pozostawił po sobie ślady. Ślady błota. Było naprawdę ślisko i wilgotno. Ja nie mijałem tego błota tylko leciałem prosto. Tak trochę lubię być ubłocony. Czy mogę w wieku 24 lat powiedzieć, że jako staruch chętnie łapię garściami to co dziecinne? Też skakaliście w kałuży jako maluchy? No…

Na punkcie kontrolnym na 9-tym czy 10-tym kilometrze było w zasadzie wszystko. Rodzynki, orzechy, ciastka…izotoniki i woda. Złapałem rodzynkę i ciastko i pobiegliśmy dalej. Ten punkt był tak na wyrost. Bo trzeba było do niego dobiec około 1.5km i późnej na trasę wrócić te 1.5km. Na wyrost, jakby organizator nie miał pomysłu jak wydłużyć trasę? Albo jakby chciał mieć wygodny dojazd samochodem na punkt? Później zgubiliśmy trasę, ale na szczęście chłopaki z góry zaczęli krzyczeć więc szybko wróciliśmy na właściwy "trail". Ten Ultra Trail. Hungary. 

Jeden zbieg był taki, że aaa. Naprawdę. Po deszczach wciąż w dół płynęła stróżka wody. Kamienie, korzenie. Gałęzie, zakręty. I ślisko. I we trójkę lecieliśmy na złamanie karku. Ja miałem pokręcone kostki. 3 razy prawą i cztery razy lewą i one już czasem potrafią krzyknąć. Ale czasem ich nie słucham, czasem tak. Koniec zbiegu oznaczał natomiast podejście. Też takie, że aaa. Naprawdę. Szliśmy podciągając się za wystające korzenie i gałęzie. Nie czułem się zmęczony. Taki zmienny wysiłek jest dość pozytywny. Nie klepiesz przez 40km po asfalcie jak na maratonie tylko najpierw lecisz z góry, później idziesz pod. I zmiana. I zmiana. I noga za nogą. Oddech i kolejny.

I później się rozdzieliliśmy. Ja byłem tym słabszym ogniwem w parze więc zostałem. Tak mam. Mało wybiegań, mała odporność na ból, mała wytrzymałość. Więc zostałem i ostatnie…6km? Może więcej. Biegłem sam. I to było coś! Droga zaczęła nieco kluczyć i bieg samemu zmuszał mnie do szukania znaków w postaci taśmy na drzewach samemu. I to było coś. Ja nie wiem czemu lubię takie wyszukiwanie drogi na własna rękę…pewnie dlatego, że się gubię. A jak się gubię, a później
odnajduję i wszystko wraca do normy i co więcej…są tego efekty w postaci kolejnych doświadczeń i nauk, to bardzo się z tego cieszę. No ale wracamy na szlak. Sorry. Tym razem się nie zgubiłem. Ledwo ledwo i wczołgałem się na metę. I wszystko zrozumiałem. Trzy godziny czterdzieści osiem minut? Chyyyba. Kto by patrzył. Nieźle. Nogi mnie trochę bolały. I zostały mi dwa żele eneretyczne. Jeden nazywał się praca, a drugi rower. I wciąż je mam. I swoje trzy godziny i czterdzieści osiem minut…chyyyba…też mam. Taki to był Ultra Trail Hungary.

(A zdjęcia zajumałem od BiegamGdzieChcę i oficjalnego profilu biegu. Wybaczą albo nie.)

niedziela, 5 czerwca 2016

Telefon satelitarny - co i jak?

Telefony satelitarne przestają być już kojarzone jedynie z wojskiem i statkami na środku oceanu. Coraz częściej korzystają z nich podróżnicy czy himalaiści w czasie ekspedycji, biznesmeni czy po prostu osoby chcące w każdych warunkach pozostać w łączności. Stanowią one pewną, bardzo wygodną i przede wszystkim wcale nie taką drogą opcją powiadomienia służb ratowniczych o wypadku lub by po prostu zadzwonić ze środka pustyni do chłopaków siedzących w biurze.;) Dziś dowiecie się, jak można im popsuć humor poprzez wykorzystanie telefonii satelitarnej.

Jak to w ogóle działa?

W cały łańcuszek przekazania Waszego sms-a z telefonu satelitarnego
zaangażowana jest bardzo skomplikowana technologia jednak schemat działania jest dość prosty.

jesteś Ty z telefonem satelitarnym, wysyłasz sms-a -> wędruje on sygnałem do jednego ze sztucznych satelitów Ziemi ->satelita przekazuje sygnał do stacji nadawczo-odbiorczej znajdującej się na Ziemi -> stacja przekazuje sygnał do naziemnych sieci GSM -> Twój kolega odbiera sms-a na komórce

Oczywiście analogicznie jest z e-mailem czy z wiadomością. Po prostu zawsze mamy stację nadawczo - odbiorczą dostawcy usługi pośredniczącą w naszym połączeniu. Dzięki temu, że nasze urządzenie łączy się z satelitami, możemy dzwonić nawet w miejscach, gdzie nie ma zasięgu GSM czyli na środku pustyni czy oceanu.

Historia telefonii satelitarnej sięga końcówki lat siedemdziesiątych. Natomiast dopiero w roku 1989 r. pojawiły się urządzenia przenośne du użytku na lądzie. Używano wtedy satelit z orbity geostacjonarnej. Na rynku przodował Iridium oraz Inmarsat. Kiedy zaczęto wykorzystywać satelity obiegające ziemię na znacznie niższej wysokości, zmniejszyła się minimalna wymagana moc urządzeń i telefony przyjęły postać plus/minus telefonów komórkowych.

Operatorzy, zasięg i ceny połączeń.

Aktualnie mamy czterech operatorów na rynku. Jest:

IRIDIUM

Operator gwarantuje zasięg ogólnoświatowy. Ja korzystałem właśnie z Iridium.
Format opłaty to prepaid:

karta 75 min: 150 dol.
karta 200 min: 150 dol.
karta 500 min: 658 dol.
karta 300 min: 2716 dol.
Jedna minuta wymienna jest na 3 SMS-y.

GLOBALSTAR
Jak widać nie porozmawiamy sobie na północnych krańcach Alaski, w większości krajów Afryki oraz na południu Dalekiego Wschodu. Zasięgu nie ma również na morzach i oceanach.
Mamy opcję abonamentu ze stawkami:
Erope Basic: 07-3,75 EUR
Europe Primo: 0,99 - 4,04 EUR
I jego koszt to 20 EUR/miesiąc (aktywacja 50 EUR). Oraz abonament Unlimited za 35 EUR/miesiąc (również 50 EUR aktywacja) za stawkami:
Unlimited Plan: bez opłat w Europie Zachodniej (Polska), 08 - 1,55 EUR do pozostałych krajów


INMARSAT
Inmarsat nie obejmuje okolic podbiegunowych.

Ceny przedstawiają się następująco:
BGAN: 0,91 dol.
Mini M: 1,55 dol.

BGAN oraz Mini M to rodzaje urządzeń. Abonament to 40-55 dol, aktywacja 50 dol.





THURAYA
Tutaj nie mamy Ameryk, oceanów, południa Afryki, Kamczatki, Grenlandii oraz biegunów.

Forma płatności to pre-paid.
-w ramach sieci satelitarnej Thuraya 0,53 dol.
-do dowolnego polskiego operatora: 0,83 dol.
-pozostałe kraje: 0,76 - 1,35 dol.
- pozostałe sieci satelitarne: 1,96 - 3,97 dol.




Skąd wziąć telefon?

Można kupić. Po prostu. Wchodzicie na allegro, ebaya inne serwisy aukcyjne czy sklepy i kupujecie. Nowy lub używany. Wtedy płacicie i macie telefon na własność. Jeśli będziecie z niego dużo korzystać to jo, opłaca się. Natomiast jeśli będzie Wam potrzebny tylko na jeden wyjazd to lepiej wypożyczyć. W sieci jest sporo wypożyczalni tego typu sprzętu. Ja zdecydowałem się kupić ponieważ trafiła mi się niezła okazja na Iridium 9505A. Cena telefonu satelitarnego to około 1500-2500zł. Do tego dokupujecie kartę SIM odpowiedniego producenta (pamiętajcie, że wybór telefonu od razu dyktuje Wam wybór sieci. Nie kupicie telefonu od Iridiuma i nie będziecie na nim używać karty innego dostawcy.

Jeśli chodzi o wypożyczalnie to koszt waha się w okolicach 300-450zł za tydzień. Zwykle w tym mamy już około 15 min do wykorzystania. Za ponadwymiarowe połączenia zapłacimy dodatkowo.

MOJE DOŚWIADCZENIA Z IRIDIUM
Miałem styczność z siecią Iridium, którą wybrałem z powodu prostych zasad (pre-paid), dobrego kontaktu z Galacticom (Australia), globalnego zasięgu oraz solidnego telefonu 9505A. I teraz tak, oto procedura:
-kupujecie kartę SIM. Ona może sobie spokojnie leżeć i dzień roboczy wcześniej (weźcie pod uwagę różnicę czasu) wysyłacie maila, że tego a tego dnia chcecie rozpocząć użytkowanie. Karta z określoną ilością minut jest ważna określony czas i np. 75 min to miesiąc ważności nawet jak nie
wykorzystacie wszystkich minut),
-telefon ma pamięć kilku numerów ale nie da się np. wysłać sms-a na numer z książki telefonicznej więc ja polecam mieć ważne numery po prostu zapisane na kartce i zalaminowane,
-pod numerem 2888 możecie sprawdzić aktualny stan Waszego konta, również zawsze przed rozpoczęciem rozmowy miła Pani mówi Wam ile minut zostało,
-by zadzwonić na określony numer wpisujemy go oczywiście z kodem międzynarodowym (dla Polski 0048xxxxx)
-na Iridium można wysyłać darmowe SMS-y ze strony https://messaging.iridium.com (jakby jakiś Wasz znajomy miał do Was pisać uprzedźcie go by nie pisał polskich znaków),
-nie wszystkie SMS-y zawsze przychodzą. Niestety. A jak np. pod wieczór włączycie telefon i przyjdzie do Was nagle kilka na raz, to się telefon potrafi zawiesić,
-na całym świecie, za darmo (nawet jak nie macie środków na koncie) możecie dzwonić na numer alarmowy (w stanach 911, Europie 112).

Myślę, że wyczerpałem temat. Jeśli macie jakieś pytania, walcie śmiało!


poniedziałek, 30 maja 2016

Być kozicą.

Dziś będzie opowiadanie. Dziś będzie o ośnieżonych górach. Dziś będzie o bieganiu. Dziś o tym, jak bardzo chcemy być kozicą górską.

Wspomniane we wstępie zwierzę to kwintesencja elegancji w pokonywaniu górskich szlaków. Żadne inne nie potrafi pokonać stromego wzniesienia, pionowej ściany czy gołoborza jak właśnie kozica. Te futrzaste czteronogie skaczą wysoko, biegają szybko i gdyby tylko zwierzęta się naprawdę uśmiechały, one miałby by na twarzy uśmiech tak szeroki, jak ma małe dziecko w swoje urodziny, za każdym razem kiedy biegają po górach z taką lekkością.

Biegałem po górach i ja. I to w śniegu, był bowiem marzec. Kiedyś sobie pomyślałem, że może bym tak biegał długie dystanse? A może te długie dystanse po górach? I naprawdę w głowie chciałem, i myślałem o tym, i się motywowałem, i planowałem, i szukałem planów treningowych…i kiedy tu wyłuskać nieco czasu by faktycznie wyjść pobiegać? Mój tydzień jest tak wypełniony, że nawet 1h na bieganie, czasem jest niemożliwa do wygospodarowania. Poza tym, już nawet nie o tę godzinę chodzi, a o sam fakt przerwania ciągłości pracy. Nie lubię przerywać czegoś, w trakcie czego tworzenia jestem. Bieganie to godzina, prysznic po to 10min, przebranie 2 razy po 5 min, a wejście na nowo w pęd pracy…kolejne 30min. I robią się w zasadzie dwie godziny.

Ale do Kamieńczyka pojechaliśmy na urlop, taki by się całkiem odciąć i skupić na sobie, na bieganiu, górach i na ciszy wiatru pędzącego po grani. Bieganie po górach to dla mnie coś wciąż zagadkowego, jest cholernie ciężkie, tym bardziej jak się nie "trenuje", ale jakie przyjemne. I kiedy biegniesz w śniegu i kiedy mijasz biegówkowiczów na nartach, i kiedy pada lekki śnieg, lub wręcz przeciwnie, kiedy piękne słońce odbija się od białej, kryształkowej powierzchni, jesteś uśmiechnięty. Z jednej strony nie możesz, z drugiej chcesz dalej.

Trenuje! Co to za słowo. Trenuje to dla mnie synonim końca przyjemności. Trening brzmi jak coś skomplikowanego, zaplanowanego bardzo dokładnie, jak praca i obowiązek. Mam nadzieję, ze nigdy nie weźmie mnie na trenowanie. Teraz biegam po górach, nie znam terenu, nie wiem jak długo pobiegnę, nie wiem jakim tempem i z jakim tętnem. Wszystkie are... czy aero…bowe…coś, to brzmi zbyt skomplikowanie. Kozice nie trenują, ale nie jestem kozicą. Ale nie jestem też sportowcem, nie trenuję tylko biegam. Stopy biją ścieżkę, ręce biorą zamach, a płuca spokojnie się kurczą i rozkurczają. Myślicie, że kozice też czasem bierze zadyszka?

Biegliśmy spod schroniska przy wodospadzie Kamieńczyk do Śnieżnych Kotłów. Mieliśmy takie małe marzenie by dobiec na Wielki Szyszak - najwyższy szczyt w okolicy, ale wyszło do Śnieżnych Kotłów. Myślałem sobie, że kozice może dobiegły by nawet do Śnieżki…Świeciło słońce, śnieg iskrzył się i skrzypiał pod terenowymi podeszwami butów. Nie byliśmy mocno zmęczeni ponieważ często stawaliśmy na zdjęcie. To był miły bieg. Miły dla głowy, ale dla ciała ciężki. By bieganie było przyjemne trzeba biegać i przyzwyczaić się do tego wysiłku. Albo być kozicą. Ale nie jestem nią i moje ciało nie jest przyzwyczajone do biegu tak długiego i tak ciężkiego. One są urodzone do biegania po górach. Ludzie nie są. Ludzie nad tym muszą pracować. Pytanie więc do czego my zostaliśmy urodzeni, skoro nie do biegania. Jaka jest nasza "naturalna" aktywność?

Chcieliśmy poczuć śnieg pod nartami. A bieganie i narty to narty biegowe, których centrum to bardzo niedalekie Jakuszyce. Wybraliśmy się i tam. 2h czy 1h z instruktorem dały nam nieco obeznania. Ja nie mam nart biegowych, więc zmuszony byłem je wypożyczyć i później, po teorii przyswojonej oczami, trzeba było nadrabiać mięśniami. Cholera wie czy te ruchy mieściły się w kanonie narciarstwa biegowego. Jechaliśmy. W schronisku Orle piliśmy wino grzane. A śnieg ciasno otulał mijane choinki. Też było przyjemnie, też się uśmiechaliśmy. Polecamy, spróbujcie…a nóż?

Teraz będę miał nieco czasu więcej, ponieważ rezygnuję z części obowiązków jakich się kilka lat temu podjąłem. Tak nie po mojemu, ale może pobiegam? Skoro nie mogę być kozicą to może chociaż przebiegnę maraton bez płaczu?

Tak to było w Szklarskiej Porębie. Byliśmy tam na tydzień. Tak nieco na próbę. Człowieka poznaje się albo podczas wspólnego mieszkania, albo na wspólnym wypadzie. Wtedy, gdy obcuje się 24h/dobę ze sobą. I albo się czuje, że ok, albo próba nie przechodzi i pozostaje rozczarowanie. I biegaliśmy, i zjeżdżaliśmy na nartach, i na nartach biegaliśmy…dojazd na miejsce jest kiepski, ponieważ dość długi pociągiem, ale warto. Tras biegowych w Jakuszycach jest mnóstwo. I dla początkujących i dla zaawansowanych, tych od stylu łyżwowego. Schronisko jest świetne choć pod prysznicem jest tam bardzo zimno. Wystarczy wyjść za próg i już jest się na szlaku. Z drugiej strony jednak do sklepu kawałek, i do pociągu jeszcze dalej. Gdybyście chcieli wybrać się Szklarskiej Poręby - pytajcie. A może akurat będę znał odpowiedź?

niedziela, 29 maja 2016

Folda-cup. Gadżet nad gadżety!

Do 13 maja 2016r. uważałem, że kubek na wyjeździe to tylko dodatkowe obciążenie. Potrzebę jego posiadania odczułem natomiast, kiedy zdecydowałem się wziąć udział w Salomon Hungary Trail. Bardzo przyjemny, terenowy bieg górski w Wyszehradzie na Węgrzech. Na punktach odżywczych owszem jest woda, są izotoniki, ale nie ma kubeczków jednorazowych. Napoje są w dzbankach. Ktoś powie głupota, inny że dobra decyzja organizatora. Po tym co widziałem na różnego rodzaju innych biegach (maraton Orlen!), uważam takie zjawisko za bardzo dobry trend i oby postępował. O co chodzi? Już tłumaczę. Ponieważ organizator nie zapewnia kubeczków jednorazowych, na liście wyposażenia zalecanego jest wyszczególniony własny kubek o pojemności min. 150ml. Dzięki temu nie ma sytuacji, że miliony kubeczków walają się w okolicach punktów odżywczych a kolejny tysiąc jeszcze można znaleźć przez najbliższy kilometr. Pod tym względem biegacze to świnie. Są oczywiście wyznaczone strefy "zrzutu" (Ale kto by na to patrzył! Jebnę byle gdzie, przecież walczę o sekundy!). Są takie twory jak race cup (możecie go zobaczyć na zdjęciu, własność Ultraspire), ale nadaje się on typowo na wyścig i jest nieco mały…i kosztuje 25zł. A ja chciałem coś, co później mógłbym również używać na biwaku.

Na biwaki ostatnio zabieram najmniejszą z możliwych kawiarek (150ml - dwa espresso), ponieważ bardzo przyzwyczaiłem się do kawy właśnie parzonej w ten sposób. Oto mój jeden (zalecany) element luksusowy w ekwipunku.:) Ale gdzie tu wlać gotowy napar, kiedy w tytanowym garnuszku albo liofilizat albo owsianka? Chciałem coś, by sobie miło stało, było małe i lekkie.

Chciałem coś i na wyścig, i na biwak.

I z pomocą przyszła firma Folda-Cup. To jest jedna i ta sama firma, której produkty brandują sobie podmioty inne. Ja z pobudek czysto estetycznych wybrałem sobie akurat wersję Helikona, ponieważ była w kojocie. Pasuje mi do portfela i nerki.;) Kosztował 8.99zł i jak sie później okazało, było to najlepiej wydane 9zł przed wyjazdem na Bałkany. Ale najpierw kilka słów o budowie. Kilka słów to dobre określenie, bo proste to jak cep. Kubek złożony ma wysokość 2.5cm i by go użyć wyciąga się niejako elastyczny komin za sztywnego dołu. Sztywny element dolny i miękki górny pozwalają na to by kubek sam stał, jednoczenie mógł się składać. Ich łączenie to duże przecieniowanie ścianek, pozwalające na złożenie. No i to łączenie stanowi największy punkt newralgiczny konstrukcji. Poprzez częste składanie i rozkładanie, pewnie wreszcie się wyrobi i pęknie. Pytanie tylko kiedy (tylko teoretyzuję, mój jest wciąż cały!). Na część elastyczną kubka, nalane jest również ucho, za które kubek trzyma się naprawdę wygodnie, a złożone chowa się do wewnątrz więc nic nie wystaje podczas transportu. Złożony kubek zajmuje minimalną ilość miejsca. Pojemność jest akurat na kawę (200ml, nie dajcie się oszukać 250ml) czy mniejszą herbatę. Kubek przyjmuje zapach i smak mocnej kawy, tego trzeba mieć świadomość. Mnie to jednak nie przeszkadza. Rozłożony spokojnie można postawić na ziemi, stoliku, ławce i co ważne: nie parzy w usta, jak to ma miejsce przy naczyniach stalowych, tytanowych czy aluminiowych.



Na biegu ostatecznie go nie użyłem, ponieważ wypiłem tylko 0.5l ze swojego bukłaka. Pewny jednak jestem, że byłby ok.Na późniejszych biwakach bylem z niego bardzo zadowolony. Po 10 dniach codziennego używania jest wciąż sprawny. Drobiazg, a tak użyteczny! Moim zdaniem idealny na drobny prezent!

czwartek, 21 kwietnia 2016

Rajdy na orientację, co zabrać, W TRASIE.

Jak zachować się w bazie, co ze sobą wziąć i jak się ogarnąć wiecie już z TEGO wpisu. Jeśli nie czytaliście, zapraszam.:) Natomiast nadchodzi godzina zero i czas ustawić się na starcie. I teraz...no własnie. W TRASIE.

Zwykle bywa tak, że start jest z rana. Na ten przykład trasa rowerowa 200km na rajdzie Harpagan to godzina 06:30. Ja lubię sobie wstać kulturalnie o 05:00. Wypić kawkę i zjeść śniadanie z rana na spokojnie. Dzień przed startem mam spakowany plecak, wszystkie drobiazgi do zabrania leżą na jednej kupce, ubrania do ubrania na drugiej. Dzień wcześniej wieczorem sprawdzona prognoza
Spakowany dzień wcześniej plecak
gotów by zarzucić go na plecy.
pogody. Śniadanie przedstartowe gotowe również wieczór wcześniej. Rower całkowicie nasmarowany, sprawdzony i gotowy czeka w depozycie (numerki są przyczepione - pamiętajmy o agrafkach i zipach - zwykle są, ale warto mieć na zapas). Tak ogarnięty wychodzę na start około 10min wcześniej, Należy się rozejrzeć i ustawić w odpowiedniej kolejce po mapę. Jest kilka stanowisk i każde z nich wydaje mapy określonym numerom od do. Ustawimy się w kolejności numerów i 3min przed startem organizator ogłasza odbiór map. Często ale nie zawsze mapa jest w woreczku strunowym. Na wszelki wypadek ja polecam mieć jeden swój. Przyda się nawet na zapas, kiedy przez przypadek porwie się organizatorski. Nawet jeśli mamy swój mapnik...podwójne zabezpieczenie nie zaszkodzi. Druga rzecz: zakreślacz. To jest trzecia po kompasie i karcie magnetycznej najważniejsza rzecz na rajdzie. Masz zakreślać jesteś gość. Długopis czy ołówek, marker czy cienkopis, to się nie sprawdza. Długopisem zaznaczysz sobie drogę od punktu do punktu na czarno i później w pośpiechu i ze zmęczenia pomyślisz, że to zaznaczona na mapie droga. Niebieskim...że masz rzekę. Do niczego. Tylko półprzezroczysty zakreślacz. Oznaczamy sobie trasę, ale nie punkty, które po kolei. Jestem zdania, że na starcie warto poświęcić choćby i 10min na dokładne oznaczenie trasy. Później już w trakcie tylko rzuty oka na mapę i wszystko wiadomo. A nie że dopiero po 150km, zmęczeni i źli będziemy kombinować nad wariantem- wtedy deyzje nie są najlepsze. Z zaznaczoną trasą wkładamy odpowiednio (to też drobiazg, a istotny) czyli tak by mapa obejmowała jak największy odcinek trasy do mapnika. I kolejna rzecz to wspomniany już mapnik. Ja opisuję tu trasy rowerowe, więc skupię się na mapniku rowerowym. Najpierw robiłem sobie samemu i owszem działo to, ale nie było bezobsługowe. Śrubki albo się luzowały, albo był za twardo skręcony, folia potrafiła się podrzeć od wkładania mapy w pośpiechu...można było z tym jeździć, ale kiedy któryś raz z kolei musiałem dokręcać śrubkę na co traciłem czas w czasie wyścigu uznałem: kupuję coś konkretnego. Jest Miry, ale jest bardzo drogi i nie pasuje mi mocowanie folii na zatrzaski. Ale jest też Karbonit. I tą firmę polecam. Przejechałem z tym mapnikiem TR100 na Harpaganie, którą skończyłem, później Wanogę w Wejherowie, który wygrałem i teraz ostatnio TR200 na Harpaganie na miejscu 17. Mapnik jest stabilny, nieco klekocze ale mnie to nie przeszkadza, jest kręcony i do tego ma genialnie rozwiązane zabezpieczenie mapy nie przez folię ale przez odpowiednio ukształtowany kawałek plexy. Robi się w zasadzie klik i gotowe.:) Więcej o nim niedługo. Przed
Na starcie, widoczne mapniki rowerowe oraz plecak z kamizelką z przodu.
wyjazdem ze startu lubię też rzucić okiem na kompas i utrwalić sobie gdzie jest północ. Kompas to ważna rzecz. Ja mam co prawda wciąż starego no name, ale planuję zakup w najbliższej przyszłości, któryś z kompasów od Moscompass. Największą wadą mojego aktualnego kompasu jest jego prędkość. W czasie jazdy sięgam po niego i muszę trzymać w ręku spokojnie ponad 5 sek by coś ustalić. A nie zawsze tyle można jechać z jedną reką, bo korzenie, bo wyboje, bo piach. Po prostu nie jest to zbyt bezpieczne. Dobre są też Silvy słyszałem i Recty. Ja jednak Moscompass na nadgarstek. Niektórzy wkładają kompas po folię mapnika...mnie ten pomysł jednak nie przekonuje, kompas zasłania mi wtedy część mapy, może się "suwać" na wybojach.

Cały sprzęt pakuję do plecaka. Na rowerze mam tylko dwa bidony oraz dwa światełka, przód i tył. Plecaki polecam w formie kamizelki czyli bukłak z tyłu plus jakaś niewielka przestrzeń bagażowa, z przodu natomiast kieszonki praktycznie na całej klatce piersiowej. Do bidonów wlewam dwa różne carbo, do bukłaka wodę. Z tyłu mam kanapki oraz banany, zapasowe części i narzędzia do roweru, miniapteczkę, kurtkę przeciwdeszczową, telefon, portfel i chusteczki. Z przodu batony. Ostatnio na 200km zabrałem ze sobą 18 batonów musli, dwie kanapki, dwa batony, dwa żele energetyczne. Zjadłem wszystko.:) Kartę magnetyczną wraz z 10cm linijką wieszam sobie na smyczy. Licznik z powodu mapnika (zasłania) umieszczam sobie na górnej rurze ramy ponieważ jego wskazania są niezmiernie ważne. Przy odmierzaniu się od skrzyżowania, ściany lasu itp. bazujemy właśnie na jego wskazaniach. Ponoć są liczniki, których dystans jakby częściowy można sobie zerować, kiedy jakby kilometraż całego wyjazdu jest zapisywany. Znacie takie?

Kask jest obowiązkowy. W ogóle jeśli o jazdę rowerem chodzi. Na maratonie na orientację tym bardziej, co bardzo pozytywne: często organizator umieszcza odpowiedni zapis w regulaminie. I dobrze. Pod kaskiem można coś mieć, buffa np. ale ja niespecjalnie lubię więc jeśli tylko jest około 10st to rezygnuję i świecę prawie łysą glacą.:) Później już ubiór dostosowany do warunków, ale uniwersalny na tyle, by móc szybko się przebrać kiedy w czasie dnia temperatura się podniesie. Moimi faworytami są: dwie koszulki kolarskie z kieszeniami (mamy wtedy nie trzy, a sześć
Nie zawsze są mostki. W tym wypadku krótkie spodenki
zadziałały na moją korzyść, nie zmoczyłem nogawek.
kieszonek na drobiazgi oraz rękawki rowerowe. Rękawki można szybko zsunąć nawet w czasie jazdy. Z rana i pod wieczór narzucam na siebie kurtkę przeciwdeszczową, z plecaka. Rękawiczki długie palce lub krótkie, zależnie od warunków. Krótkie spodnie plus nogawki, które też ewentualnie można dość sprawnie zdjąć. Buty SPD - ponieważ nie wyobrażam sobie by ścigać się bez nich. Mamy lepszą kontrolę nad rowerem, płynniej możemy pedałować, podbić rower podczas zjazdu bez możliwości przyhamowania. W przypadku deszczu...cóż...trzeba być przygotowanym na cały dzień w mokrych ubraniach. Niestety nie wymyślono do tej pory ubrania które zapewni Wam suchą bieliznę przez cały dzień deszczu i jazdy na rowerze. Przez pewien czas testowałem rękawiczki i skarpetki wodoszczelne od sealskinz i jako tako dawały radę. Bez szału.

Bardzo ważna rzecz to zegarek. Umieszczony na nadgarstku, ale na zewnątrz. Ne rękawie koszulki lub kurtki, tak by mieć podgląd na niego cały czas. Rzut oka na tarczę i od razu będziemy wiedzieli jakie mamy szanse.

GPS to kwestia dyskusyjna. Ja zabieram. mam mojego eTrexa na wsporniku pod mapnikiem, włączonego by zapisywał mi trasę. Zapisaną trasę później bardzo lubię nanieść na mapę i na tej podstawie wyciągać wnioski i się uczyć. Kwestia czy go użyjecie czy nie...wasza uczciwość.:)

No i ze sprzętem to by było tyle.
A jak się zachować w trasie?

Na każdym punkcie musicie się elektronicznie odbić, ale także podać swój numer wolontariuszom (gdyby elektronika padła to będzie podstawa by wam punkt zaliczyć). Ja pomagam jeśli tylko mogę. Tzn. jeśli tylko wracam z punktu i ktoś, kogo mijam pyta o punkt, pomagam, mówię gdzie jest. Bez przesady, nie gramy o złote kalesony, a Ci którzy faktycznie walczą o pierwsze miejsca i tak są już dawno przede mną. Jem batona co każde 10km, nie ważne czy jestem głody czy nie. Kanapki i banany po 60km i 140km. Popijam każdego batona, nawet jeśli nie chce mi się pić. Generalnie taki system działa, ale zdarza mi się złapać solidny kryzys przez brak jedzenia.

Nawigacja?

Polecam odmierzać się. Co to jest? Rzut oka na mapę, wyszukuję charakterystyczny (taki który w
Oznaczenie punktu kontrolnego, wideczny perforator oraz czytnik SportIntend.
100% znajdę na mapie) punkt, np. most i ord niego liczę odległość do przecinki w którą mam skręcić, mnożę przez skalę i po prostu od mostka na liczniku odmierzam dystans. W 95% po przejechaniu określonej ilości metrów, trafiam na właściwy skręt. Ścieżek w lesie jest zatrzęsienie, niektórych nie ma na mapie, niektóre co na mapie są - zarosły. Nie liczcie na system "trzecia w lewo". Na początku swojej kariery też trak robiłem i plasowałem się na końcu stawki.

Jeśli coś się nie zgadza tzn. nie ma punktu, a wg wyliczeń powinien być, wróć do ostatniego miejsca gdzie wiedziałeś gdzie znajdujesz się na mapie. Sprawdź odmierzone milimetry na mapie i próbuj jeszcze raz.

Jeśli zdarza się, że decyduję się lecieć na azymut do punktu np. nad rzeką zawsze odmierzam azymut bardziej w lewo od punktu lub prawo. jak dotrę do rzeki, wiem przynajmniej w którą sttronę mam wzdłuż niej iść by trafić punkt. Gdybym odmierzył idealny azymut, i na pewno z niego nieco zszedł nie wiedziałbym wreszcie po której punkt jest stronie, ponieważ spodziewałbym się go przed sobą.

Przy wyborze trasy biorę pod uwagę oczywiście rozmieszczenie punktów, ale też to ile z nich znajduje się w lesie (łatwiej zrobić je za dnia niż w nocy), wiejący aktualnie wiatr (lepiej jechać z wiatrem pod koniec). To czy punkty znajdują się na wyższych wzniesieniach (te lepiej robić na świeżo) oraz znajomość dróg (znajome wolę sobie zostawić na koniec by już jak po nitce lecieć do bazy).

I ostatnia uwaga...jak już będziecie zmęczeni po 150km tak, że nogi będą paliły, będzie się ściemniało, czas będzie się niebezpiecznie kurczył, do tego będzie zimno i będzie padać, tak, że w palcach nie dacie rady utrzymać kompasu...wtedy zaczniecie robić błędy. Wtedy zacznie się rajd na orientację. Wtedy zaczyna się zabawa.;)

piątek, 1 kwietnia 2016

Test plecaka Mountain Hardwear Scrambler

Nie wiem czy widać…że jestem fanem amerykańskiej firmy Mountain Hardwear. Nie wiem czy po tym teście będzie widać, że raczej byłem. Po recenzji (w sumie to bardzo pozytywnej) namiotu EV2, który przeciekał na deszczu, przyszedł czas na plecak Scrambler. W historii bloga, do tej pory zdarzyły się dwie całkowicie negatywne recenzje. Butów Regatta (całkowita klapa) oraz pompki Barbieri (też szmelc). Przyszedł czas na trzecią, do której napisania skłoniły mnie cztery dni spędzone w Finlandii.
Plecak jest tym z rodzaju minimalistycznych. Przy wadze 320g z pianką „usztywniającą” można by powiedzieć…ultralekkich. Przeznaczony do transportu szpeju pod ścianę na krótkich odległościach lub jako plecak szturmowy czy wycieczkowy. Po prostu mamy duży plecak, z którym meldujemy się w schronisku czy w bazie i później już na lekko wędrujemy sobie z takim lekkim workiem w stylu Scramblera, który do tej pory siedział w wielkim plecaku transportowym. Tylko, że coś mnie to nie gra…coś jest nieco niespójne. Ale o tym zaraz. Najpierw kilka słów o budowie, fajerwerkach i materiałach. Proszę.
Plecak ma bardzo klasyczną, miłą dla oka budowę worka ściąganego u góry za pomocą sznurka. Zamknięty ściągaczem następnie nakrywamy genialnie wyprofilowaną, nieregulowaną klapą. W klapie jest bardzo wygodna kieszonka zewnętrzna oraz jedna wewnętrzna, która służy jednocześnie do spakowania plecaka w mały pakuneczek. Klapa zamykana jest na jeden regulowany pasek blokowany fastexem. Fastex nie jest klasycznie przelotowy, a z jednej strony mocowany bezpośrednio do tkaniny. Od frontu mamy pająk z shockcordu oraz mocowanie do czekana. Od wewnątrz, od strony pleców jest natomiast płaska kieszonka na piankę „usztywiającą” lub po prostu piankę nieco oddzielającą plecy niosącego od zawartości plecaka. I to w zasadzie tyle. Minimalizm w czystej postaci. Szelki wykonane są z cienkiej siateczki obszytej lamówką. Brak pasa biodrowego, mamy tu tylko pas piersiowy. Tkanina, z której w większości plecak jest uszyty to cordura (jest nawet oficjalna wszywka od wewnątrz). Wewnątrz kieszonki w klapie jest plastikowy karabinek wszyty w
czerwoną tasiemkę, na klucze.
Plecak spakowałem szpejem na 4 dni w dziczy, około 6kg. Wypełniłem całą  jego objętość oraz zamocowałem mały worek wodoszczelny pod pająkiem z gumki. Pierwszy minus objawił się już przy pakowaniu w domu. Niecałkowicie przelotowy fastex ciężko jest zapiąć nawet w przypadku gołego plecaka, natomiast kiedy pod shockcord wrzucimy np. kurtkę to dojście do niego jest zablokowane całkowicie. Mocowanie części żeńskiej wypada na środku powierzchni pająka…nieładnie. Mocowanie zrolowanego paska od regulacji fastexu na rzep to bardzo miły dodatek, dzięki któremu nic się luźno nie majta. Wypakowany plecak zarzuciłem na plecy i pomaszerowałem na lotnisko. Miałem sprawdzenie bagażu (pierwszy raz w karierze!) i przeszedł jako mały w WizzAir. Szybki lot i na miejscu ruszam na szlak. Dość szybko objawia się największy minus tego plecaka czyli użycie taśmy do lamowania (LAMOWANIA!!) przy drabinkach do regulacji pasów ramiennych oraz paska piersiowego. Jak można…tym bardziej, że elegancka taśma nośna wszyta jest do regulacji fastexa od klapy. Kto to wymyślił, zasługuje na nagrodę w kategorii największa pomyłka konstrukcyjna. Taśma do lamowania jest dużo cieńsza (ok jest też dużo lżejsza), ale jest też bardzo śliska i kompletnie nie nadaje się do pracy w plastikach. Rozregulowuje się od samego patrzenia, przy noszeniu plecaka trzeba dociągać paski co 10min. I tak samo jest z pasem piersiowym. Brak pasa biodrowego (nawet w postaci 25mm taśmy) uważam również za duży minus. Już po kilku kilometrach czuję spory ból ramion, ale cóż się dziwić skoro cieniutka siateczka się roluje i wpija w ciało na szerokości 1cm.
Później podkładałem sobie pod nie ubrania i bieliznę by tylko ustrzec się przed dalszym bólem, a i tak każdy dzień kończyłem z czerwonymi pręgami dokładnie w miejscu przebiegania pasków plecaka. Ok, powiecie. Kupiłem plecak kompletnie nie do takich zastosowań, do jakich został stworzony. Wiem o tym, ale dlaczego napisałem z początku, że całość konstrukcji jest dla mnie mało spójna?

Pojemność 30l to dużo. Dużo za dużo do przenoszenia na cienkich siatkowych paskach ramiennych. Mocowanie czekana i klapa w takim plecaku są moim zdaniem kompletnie niepotrzebne, ponieważ przenoszenie ciężkiego, wspinaczkowego szpeju pod ścianę będzie i tak mega uciążliwe, a dodatkowo kłócą się z ideą plecaka minimalistycznego. Mam inny plecak tego typu, z cienkimi paskami oraz pakowany do małego woreczka i jest to opisany TUTAJ Karrimor. I tu ok, brak klapy, brak shockcordów, wszelkich mocowań. A wydaje mi się, że MHW chciał wcisnąć w jedną konstrukcję z jednej strony mega użyteczność oraz mega niską masę. I w wyniku tego doświadczenia otrzymujemy plecak o ciekawej konstrukcji i sporej pojemności, ale kompletnie nieużyteczny, ponieważ z beznadziejnym systemem nośnym. Z drugiej zbyt ciężki na typowy plecak ultralekki, bo z klapą i usztywnieniem. A spakować do małej kieszonki i tak go z tą pianką usztywniającą nie można. Do tego uszyty z zastosowaniem błędnie dobranych dodatków. No nie. Ja plecak odsprzedałem. W mieście też mi się nie sprawdził
ponieważ wrzucone do jego przepastnej objętości drobiazgi się mieszały, obijały. Plecak żył swoim życiem podczas biegania. Kilka drobiazgów wrzuconych tylko do klapy plecaka i z pustawą komorą główną skutkowało dziwnym ułożeniem plecaka na plecach, niejako jego zwijaniem się. Od siebie nie polecam. Widziałbym tutaj dobrą podstawę, gdyby wymienić system nośny na poważniejszy oraz dodać nieco wentylacji w plecach. To mógłby być dobry plecak, gdyby tylko Mountain Hardwear zrezygnował z możliwości pakowania do małej kieszonki oraz ultra lekkiej wagi na siłę.