niedziela, 28 lutego 2016

Leatherman Supertool 300 - TEST


Z Islandii przywiozłem mnóstwo materiału i uznałem, że będę go przeplatał tematycznie. Jakaś relacja...jakiś test sprzętu...może kilka zdjęć...później kawałek filTym samym lecimy ze sprzętem. Jest sporo do opisania, ale część rzeczy jeszcze chcę dociorać, dosprawdzić. Natomiast jeden z moich ulubionych elementów sprzętu z Islandii prezentuję już teraz.

Uprzedzając pytania, po cóż komu multitool? Odpowiem, że w moim odczuciu jest to NIEZBĘDNE wyposażenie faceta. KAŻDEGO faceta. Zarejestrujcie tylko, że w tym momencie słowo "facet" ma odpowiedni wydźwięk. Nie piszę tu o ogolonych chłopczykach. Mówię o FACETACH, MĘŻCZYZNACH. Wg mnie multitool powinien znaleźć się w kieszeni każdego faceta i powinien być noszony na co dzień. Prawdą jest, że nigdy nie wiadomo, kiedy akurat będziemy potrzebowali narzędzia. Sytuacji, w których używałem swojego toola również w żaden sposób nie przewidziałem.

Ale.

Był w nerce i mogłem zaradzić.

A tak w ogóle to życiu miałem trzy multitoole. Słuchajcie.
Pierwszym był wygrany w konkursie na najszybsze mycie na wyjeździe do Brześcia, No name. Byłem mały, tamten kawałek metalu wydawał się moim spełnieniem marzeń. Do czasu aż pociąłem palca ponieważ brak było jakichkolwiek blokad, później wyrobił się jeden nit i całość złapała luzy. Duże luzy. Do czasu aż wreszcie pękła jedna z rączek w okolicy nita. To był koniec. Śmietnik. Dobrze, że był wygrany. Nie utopiłem pieniędzy.
Drugi był multitool Topexa. Miał blokadę narzędzi i przyznam, że jak na narzędzie zakupione za 50zł, to był naprawdę zaskakująco dobrze wykonany. Niestety dość szybko (tak, jak w poprzedniku) wyrobiły się nity trzymające całość w kupie. Wymieniłem je na śruby i narzędzie używałem jeszcze długi czas, aż wreszcie sprzedałem. Sprzedałem ponieważ mojej ówczesnej dziewczynie przeszkadzał taki kawał metalu noszony przeze mnie na pasku.
Trzeciego multitoola zakupiłem przed wyjazdem na Islandię. Postanowiłem nie żałować i nie iść na kompromisy. Wybrałem dobrą markę: Leatherman i jedno z największych i najsolidniejszych narzędzi z ich oferty. Supertoola 300.

Jeszcze może słowo, czym multitool w ogóle jest. Bo może nie wszyscy kojarzą z angielska. Są to składane kombinerki posiadające dodatkowe, składane narzędzia. Cóż mamy w "trzysetce"?

-kombinerki płaskie ( wąskie )
-kombinerki uniwersalne
-przecinak do twardego drutu ( wymienne końcówki ze stali 154CM )
-przecinak do kabli wielożyłowych ( wymienne końcówki ze stali 154CM )
-zaciskacz do kabli
-ostrze gładkie ze stali 420HC
-ostrze ząbkowane ze stali 420HC
-pilnik do metalu i drewna
-piłka
-wkrętak płaski 5/16''
-wkrętak płaski 7/32'
-wkrętak płaski 1/8''
-wkrętak krzyżakowy
-otwieracz do butelek
-szydło
-otwieracz do butelek i puszek
-miarka
-stalowe kółko na linkę
-narzędzie do ściągania izolacji

Zamknięty przypomina dwie połączone sztabki metalu. Po dwa nity z każdej strony. Skrzydełka blokady, spory wygrawerowany napis oraz podziałka w centymetrach i calach. Do 10 cali i 23cm. Podziałka w centymetrach jest średnio przydatna ponieważ jest oznaczona co dwa centymetry, ale na plus minus (raczej minus) coś można zmierzyć. Otwieramy sztabki na dwie strony i ukazują się szczypce. Trzeba przyznać, że robią wrażenie swoją masywnością. Odciągamy dalej i o ile do tej pory rączki szły bardzo lekko, to pod koniec napotykamy na większy opór i na końcu bardzo lekko się blokują. Od razu zauważyłem obcinaczki do drutu przykręcone na torxy. Głównie z tego powodu zdecydowałem się na Supertoola. W przypadku cięcia nawet grubszych rzeczy i uszkodzenia ostrzy spokojnie można je odkręcić, kupić zapas i wymienić. Do tego w czeluściach internetu przeczytałem przed zakupem, że o ile normalne (niewymienne) szczypce nie przetną linki rowerowej, to te wymienne lepiej sobie z tym radzą. Od razu powiem...nie dadzą. Żadne szczypce z przecinakiem którego ostrza się nakładają nie przetną ładnie linki skręconej z cienkich drucików. Będą się kleszczyły. Próbowałem na wiele sposobów, próbowałem głównymi szczypcami na końcu, zaraz przy zawiasie (specjalne szczypce do cięcia kabli wielożyłowych)...no i nie. Nie nada. Nie robiłem mu specjalnych testów i nie ciąłem coraz grubszych gwoździ, ponieważ uważam tego rodzaju akcje za niekoniecznie sensowne. No chyba, że ktoś zarabia na testowaniu tooli, albo ma dużo czasu.:) Ja swojego schowałem do nerki i nosiłem na co dzień. I robiłem nim to, co akurat się trafiło. Odkręcałem zapieczone śruby, ciąłem kartony, przecinałem gwoździe (A jak! I śruby też. Ale przeprowadzaliśmy firmę w październiku, dlatego:) i szczypce są całe, rączki są całe, ostrza nie wymagają wymiany. Z narzędzi, które mamy w rączkach najczęściej używam...otwieracza do kapsli.;) No tak...piwo to piwo. Tak sobie wymarzyłem i tak mam.:) Zawszewśród znajomych jest taki miły akcent, kiedy siadamy na
plaży i wyjmujemy butelki z plecaków. A ja z nerki toola i pssst. Owszem, można o śmietnik, można zapalniczką, kluczami czy rozkręconym kołem i o szprychy...ale można i dedykowanym narzędziem. Ale tutaj uwaga, nie otworzycie butelki, kiedy otwieracz jest otwarty natomiast sam tool zamknięty. Nie podejdziecie pod kapsel. Tool musi być otwarty. Zaraz po otwieraczu do kapsli jest nóż. I tu zaskoczenie ponieważ w codziennych zastosowaniach częściej otwieram nóż ząbkowany niż gładki. Jest agresywniejszy. I to mi pasuje. Śrubokręty przydają mi się w domu, ponieważ wciąż się urządzam. Warto wspomnieć, że najmniejszy jest na tyle mały, że na siłę zmieści się i dokręci śrubkę w kostce, a krzyżak pasuje do śrub przy meblach z Ikea.;) Jeśli chodzi o ostrze gładkie to niby popierdółka wtakim narzędziu ale dopatrzyłem się nierówno wyprowadzonej krawędzi tnącej.;) Piłka i pilnik przydały mi się raz na Islandii, kiedy pod naporem wiatru pękł jeden maszt przy insercie. Piłką do drewna uciąłem aluminiowy kawałek, sfazowałem pilnikiem i nie było śladu. Wszystkie narzędzia są blokowane. Blokada działa dobrze, ani razu nie zdarzyło mi się by narzędzie samo się zamknęło. Tool jest w użytku od roku. Przez ten czas dorobił się wielu rys. W miejscach styku narzędzi z "ząbkiem" blokady przetarcia są nieco głębsze i sporadycznie pojawiają się tam ogniska rdzy. Wystarczy jednak potrzeć palcem i cały nalot znika.

Czego mi brak? Brak mi miejsca na bity. Za dodatkową dopłatą około 60zł można dokupić driver nasadzany na śrubokręt krzyżakowy. To powinno rozwiązać problem, ale niestety jest dodatkowe akcesorium (dość małe), a jak to zwykle bywa...łatwo się gubi. Leatherman to klasa światowa. Jest mega użytkowy, twardy jak skała. Dość kompaktowy i mimo wszystko sensownie lekki. Przydatne na co dzień narządzie kosztuje około 350zł, ale raz kupiony będzie służył Wam bardzo długi czas, a nie wykluczone ze przekażecie go jeszcze synowi.:)

PS A jaki z niego użytek w terenie? Naprawa masztu o jakiej pisałem, może się okazać pomocny przy naprawie kuchenki, przyda się (i tak go używałem jeszcze kilka lat temu, jak PKP było bardziej "dzikie") do zamknięcia przedziału na noc w czasie podróży w teren i z, kiedy podróżujecie rowerem zastosowania mnożą się drastycznie. Polecam multitoola. Nie zawsze znajduje on miejsce w moim bagażu wyprawowym ponieważ twarde zasady ultralight zwykle go wykluczają (w zestawieniu z 35g Victorinoxem Waiter), ale przy luźniejszych wypadach ląduje w sakwie czy plecaku.

niedziela, 21 lutego 2016

Tanio po Sztokholmie

Szwecja jest droga. Droga jak jasna cholera. 1l coli za 40zł. Uff. Ale można odwiedzić tan kraj sensownie tanio. Nie będzie za darmo jak na Ukrainie ale będzie akceptowalnie. Czy mi Sztokholm przypadł do gustu? Nie do końca, wrócić bym tam nie wrócił. Sztokholm jest ładny, można znaleźć tam miłe zakątki by pogadać. Ale jednak...byłem, starczy. Wy możecie sobie wyrobić własne zdanie, a by za to nie przepłacić, czytajcie.

DOJAZD

Wszyscy Pomorzanie mają to szczęście, że jeśli tylko wymarzą sobie weekend w Szwecji, to znajdą genialne połączenie z Gdańska do Sztokholmu Skavsta. Wystarczy wziąć dzień wolnego w piątek. I co najlepsze...praktycznie w każdym terminie w akceptowalnych pieniądzach. W 4 min znalazłem to:
Miejcie oczywiście na uwadze, że to jest cena dla członków Wizz Air Discount Club. Ale za 78zł?? To już droższe jest 0.7l Black Grouse. (Dobre porównanie?:) Z Gdyni dostaniecie się na lotnisko Lecha Wałęsy albo PKM za 6zł, albo autobusem linii 4A za 4.80zł. Możecie albo zaoszczędzić 1.20zł albo wybrać połączenie szybsze i częstsze. Czy już pisałem jakie to świetne lotnisko, że tak miło skomunikowane i do tego skomunikowane tak tanio?

Jak to zwykle bywa, dojazd do drogiego miejsca jest tani. W miejsce gdzie jest tanio, dojedziemy za dużo monet. I już na miejscu, na lotnisku Skavsta czeka nas wydatek około 130zł na autobus przewoźnika Flygbussarna. Tzn. inaczej. Tyle zapłacimy kupując bilet przez internet na tej stronie:
http://flygbussarna.se/en

Na lotnisku, zaraz obok pasa bagażu rejestrowanego przed wyjściem znajduje się automat, gdzie również można kupić bilet ale około 50zł drożej. Polecam więc zawczasu zakupić w internecie, tym bardziej, że nic nie trzeba drukować. Wystarczy telefon.


Przejazd autobusem trwa około półtorej godziny i lądujemy w Sztokholmie w centrum. Główny dworzec autobusowy. Stąd (i znów mamy szczęście) jest około 15min pieszo na Stare Miasto.

Odnośnie map. Ja używałem bezpłatnej aplikacji z AppStore, która dysponowała bardzo słabym ale jednak, planem Sztokholmu. Na starym mieście są jednak informacje turystyczne i za darmo (ewentualnie w hostelu) można wziąć sobie papierowy plan miasta i już można śmigać. Na sam wstęp, by trafić do hostelu można użyć też plan offline dostarczany przez aplikację Booking. Wystarczy by trafić na miejsce.

NOCLEG

Nie obawiajcie się szukać noclegu w samym centrum Starego Miasta. Okazuje się, że można tam znaleźć łóżko w sensownej (jak na Szwecję) cenie. Myśmy znaleźli Old Town Hostel za 100zł za noc. Hostel znajdował się całkowicie pod ziemią co powodowało we mnie dziwne wrażenie senności i takiego "ciężkiego ciała" ale ogólnie pozytywnie. Łazienki podrzędne, pokoje proste, kuchnia do dyspozycji.


Tak wygląda ten hostel na zdjęciach z tripadvisora, nie jest tak super. Hostel by przespać i ucikać w miasto. Dla mnie jak najbardziej ok!


Plus jest taki, że miejsca noclegu jest blisko wszędzie. Wychodzicie i od razu jesteście na starówce. Gdybyście się zastanawiali, za dodatkową opłatą jest pościel oraz ręcznik. Śpiwory są nieakceptowalne. Do tego są szafki, jednak kłódkę należy mieć swoją. Płatność na miejscu w gotówce. A gotówkę (korony szwedzkie) oczywiście wymienicie w Polsce.

CO ZOBACZYĆ, CO ROBIĆ

Jak zapewne wiecie...daleko mi do muzeów. A więc...co wg mnie zobaczyć? Najwęższą uliczkę w mieście Marten Trotzigs Grand. Prowadzi ona po 36 stopniach i ma szerokość...90cm.:) A najlepsze zdjęcia wychodzą z rybiego oka. A jeśli kogoś interesują historyczne fakty to nawa pochodzi od nazwiska kupca, który jako przyjezdny w Sztokholmie, w wyniku swojej działalności zakupił nieruchomości wzdłuż uliczki i finalnie stał się jednym z najbogatszych w mieście.


Kolejny w kolejce to najmniejszy pomnik w mieście. Bardzo oryginalna atrakcja. 15cm siedzącego chłopca. Wg tytułu pomnika jest to "Chłopiec patrzący w księżyc". Pomnik znajduje się na dziedzińcu kościoła. Nie trudno do niego dotrzeć, jeśli się wie gdzie iść.;) Myśmy byli w Szwecji w okresie zimniejszym, ponoć mieszkańcy ubierają wtedy chłopca w czapkę i szalik. I faktycznie. Wskazówka jak dotrzeć: od Zamku Królewskiego, w kierunku Kościoła Fińskiego i skręcamy w uliczkę oznaczoną Slottsbacken 2c.


Warto przejść się wzdłuż jednego z wielu kanałów wieczorem. Stare miasto jest bardzo ładnie oświetlone. A kanałów macie pod dostatkiem. Miasto położone jest na 14 wyspach. 53 mosty. Jest gdzie spacerować.


Slussen to stacja metra. Ale nie samo metro (choć ponoć genialnie ładne) nas intresuje a punkt widokowy zaraz obok. Wejście jest za darmo, zdecydowanie warto podejść i obejrzeć Sztokholm z góry. Widoki wynagradzają nieduże zmęczenie po wdrapaniu się po schodach na górę. Na szczycie wieje mocno. W ogóle w Sztokholmie wieje, zawsze. Pytanie w którą stronę.



I na końcu jeszcze wyspa Djurgarden. Wg mnie na tej wyspie można zaplanować sobie jeden cały dzień. Pokryta w większości parkami. Genialne miejsce by pobiegać, na piknik. Cisza i spokój. A dotrzeć można na nią promem (koszt około 30zł). Bilet kupujemy w dwie strony. Jeden nam od razu drukują, natomiast na drugi otrzymujemy kartę magnetyczną. Kiedy chcemy wracać, w kasie okazujemy kartę na której nabite są środki na zakup biletu powrotnego i płyniemy.

KILKA INFORMACJI PRAKTYCZNYCH

Ponieważ jedzenie w Szwecji dla nas Polaków z Polski jest drogie, alkohol jeszcze droższy..tak, weźcie ze sobą prowiant. Spokojnie z jedzeniem zmieścicie się w limicie bagażu rejestrowanego. Ciemny chleb, kawa, herbata, kabanosy, ser, zupki błyskawiczne. Dacie radę.:) A alkohol na lotnisku na bezcłówce.

Sklepy w Szwecji są czynne od 09:00 do 18:00, w sobotę od 10:00 do 15:00. Więc jak zabraknie czegokolwiek to okazuje się, że może być problem. Weźcie to pod uwagę.

Co przywieźć ze Szwecji? Ser Mesost. Sprzedawany jest w blokach i ma karmelowy smak z gorzkim posmakiem. Polecił mi go Grzegorz, mi bardzo zasmakował.

Do Szwecji chętnie wrócę. Do Sztokholmu nie, ale na lotnisko Skavsta i raczej na północny zachód. W okolice jeziora Yngaren. Rozbić tam tarpai posiedzieć weekend w naturze.

wtorek, 16 lutego 2016

Dlaczego tarp i dlaczego nic innego?

Nie poszło mi co? Złożona sobie obietnica, nadrobić post. Kolejny w piątek i każdy kolejny co piątek. Ufff. Ale tak chciałem Wam pokazać mojego nowego tarpa...a zabrakło mi rypsówki i repików na odciągi. I dopiero przyszły wczoraj...i post dopiero teraz...i kolejny jeszcze przed piątkiem i właściwy w piątek. Chcę przynajmniej w to wierzyć.;)

Stawiam tezę. W Europie (nie licząc północy) namiot jest ultralightowcowi kompletnie niepotrzebny. Miałem ostatnio dyskusję ze swoim Szefem na ten temat. Zmuszony byłem przeciwstawić się argumentowi, że ponieważ są już namioty ważące około 470g to bez sensu jest zabieranie ze sobą tarpa, który nie chroni osoby śpiącej całkowicie przed warunkami zewnętrznymi. Owszem jest sens. I postaram się go uargumentować w poniższych punktach.

1. Tap zawsze będzie lżejszy. Siłą rzeczy. Zabranie części materiału z boków, części odciągów, zamka. Brak podłogi, tylko jedna powłoka...tarp zawsze będzie lżejszy niż namiot porównywalnej wielkości.

2. Śpiąc pod tarpem nie spotkasz się ze zjawiskiem kondensacji i przez całą noc masz świeże powietrze. Brak części ścian zapewnia ciągłą wymianę powietrza, śpisz zdrowiej.

3. Zaraz po obudzeniu oglądasz wschód słońca. Nie ogranicza Cię zamek błyskawiczny, siatka czy tropik. Ot, otwierasz oczy, przekręcasz głowę i widzisz jaka jest pogoda. Jesteś bliżej natury, nie pamiętam czy jest coś milszego z samego rana niż zapach trawy na której leżysz. Nie starej podłogi na którą wylała się woda od makaronu już tyle razy, a świeża pachnąca trawa, albo mech.

4. W tarpie nie ma co się popsuć. Nie ma tam zamków błyskawicznych, nie ma skomplikowanych masztów z cienkich rurek. To jest kawał tkaniny, którą rozbijasz za pomocą kijków trekkingowych, gałęzi drzew lub nawet obróconego roweru.

5. Tarp jest zdecydowanie mniejszy po pakowaniu. Mój aktualny daję radę ścisnąć do wielkości pięści. Pokażcie mi namiot, który tak skompresuję.

A teraz chciałbym się odnieść do kilku opinii, na jakie natrafiłem przy okazji przeglądania różnych forów czy dyskusji. Owszem, trap nie chroni całkowicie przed warunkami zewnętrznymi. Nie chroni tak bardzo jak normalny namiot. Nie ma podłogi, nie ma moskitiery i nie ma nawet pełnego zadaszenia. Tylko, że przed wyjazdem trzeba się zorientować czy naprawdę zawsze potrzebujemy namiotu w stylu EV II? W nam bliskiej części Europy naprawdę przez 9 lat (jakie mi powoli wybija) wyjazdów, nie spotkałem się z warunkami w jakich odpowiednio rozstawiony tarp nie wystarczyłby do spokojnego spędzenia nocy, a jeśli już okazało się że może być nieprzyjemnie, to za każdym razem bardzo łatwo znajdowało się rozwiązanie problemu. Bywały ciężkie warunki ale spokojnie dało się w jakiś sposób uniknąć przemoczenia, przewiania. Nocleg w drodze na przełęcz Teodul 3301m n.p.m nie byłby miły pod tarpem z powodu atomowego wiatru i niskich temperatur. Ale udało się wtedy znaleźć stację kolejki górskiej, której drzwi były otwarte. Na Bornholmie padało przez 15h o ile dobrze pamiętam. Non stop. Ale znalazł się cichy i zadaszony garaż w którym można było przeczekać ten deszcz. Oczywiście, jeśli jedziecie na Islandię, warto przemyśleć namiot, jeśli planujecie spać wysoko w Alpach na śniegu, również weźcie pod uwagę raczej namiot. Ale jeśli przewidujecie nocleg w spokojnych warunkach, gdzie wiatry i deszcze
są raczej okazjonalne, naprawdę nie potrzebujecie przenośnego schronu atomowego. Wręcz taki namiot z fartuchami śnieżnymi rozbity na trawce na polanie w Borach Tucholskich wygląda śmiesznie. A gdybyśmy byli nieco dalej cywilizacji, nie byłoby gdzie się schować do budynku i warunki by nas zaskoczyły? Można do tarpa dobudować ścianki np. z kurtki, rozbić tarpa przy drzewie, skale, przy głazie, które stanowić będą osłonę. Tak naprawdę, opinie ludzi, że zmokli czy że ich przewiało wynikają tylko i wyłącznie z nieumiejętnego rozbijania tarpa. Braku umiejętności improwizacji. Nie ukrywam, trzeba mieć tu więcej doświadczenia niż przy noclegu w namiocie. Naprawdę trzeba spojrzeć na kierunek wiatru, podłoże (na błocie po deszczowym dniu nikt nie chciałby nocować bez podłogi), bliskość zbiorników wodnych (komary i brak moskitiery), naturalne zaciszne miejsca. Jeśli tylko podejdziemy do sprawy rozważnie, każdy kolejny nocleg będzie miły, przyjemny i udany. Byście nie musieli uczyć się na swoich błędów, kilka rad ode mnie:
- unikaj zbiorników stojącej wody, gromadzą się tam komary, które nie dadzą Ci spać,
-przed rozbiciem tarpa sprawdź kierunek wiatru i ustaw się do niego ścianą,
-wybierz podłoże, najmilej jest spać na miękkim mchu, ale nie zawsze mamy taki luksus. Mimo to, błota z rozjeżdżonej drogi zawsze można uniknąć,
-poszukaj miejsc już nieco osłoniętych od zacinającego deszczu jak skały, drzewa, gęste krzaki i ustaw tarpa w ten sposób by stanowiły one dodatkową ścianę z boku od nóg,
- nie rozbijaj się we wgłębieniach terenu, przy opadach będzie się tam gromadziła woda i obudzisz się w kałuży z braku podłogi,
-nie rozpalaj ognisk w okolicach tarpa (i namiotów), iskry zrobią z niego bardzo ładne sito,
- Twój bagaż może również robić za dodatkową osłonę, plecak położony od strony wiatru, rozwieszona kurtka przeciwdeszczowa jako dodatkowa ściana, folia NRC jako podłoga,
-pamiętaj, że nie ma tylko jednej opcji rozbicia tarpa. Są ich miliony. To jest tylko kawał prostokątnej tkaniny. Możesz z nią zrobić, co tylko chcesz. Przy silnym wietrze przyszpilić bliżej gruntu i opuścić tył. Przy świetnej pogodzie rozbić w postaci daszka jednospadowego.

Mam nadzieję, że chociaż części z Was włożyłem do głowy zaczątek dylematu tarp vs namiot i że na szlakach coraz częściej będę widział takie konstrukcje zamiast ciężkich namiotów.

A jest tylko jeden argument, jakiego nie przebiję. Na polu namiotowym tarp to nie jest najlepsze rozwiązanie. Tam, gdzie jest tyle ludzi trzeba się jednak móc zamknąć całkowicie w "swoim sosie". Ale kto tu bierze pod uwagę pola biwakowe?:)

A teraz kilka spraw technicznych. Moje najnowsze dzieło:
-szer. 80-100cm (krawędź po łuku)
-dł. 250-230cm (j.w.)
-waga z pokrowcem i odciągami 288g
-silnylon 36g w kolorze piaskowym
-obszycie z taśmy rypsowej
-zastosowałem plastikowe d-ringi, które wyglądają dużo milej niż zwykle pętelki z taśmy i łatwiej się je obsługuje
-odciągi regulowane LineLockami
-wzmocnienia na rogach z nylonu ripstop



niedziela, 7 lutego 2016

Tajemnica tzw. "nerki"

Ostatnimi czasy zauważam ogromny boom na tzw. EDC czyli every day carry. Zestaw drobiazgów noszony przy sobie codziennie.Coś, co jest znane od wieków, rozwijane przez lata, a teraz zaczęło się o tym krzyczeć na pół Internetu. Ale to dobrze. I ja się dołączę. Może taki "zmasowany atak", co nieco ludzi uświadomi? Uświadomi pod względem bezpieczeństwa i wygody. Bo nie ukrywajmy, gdyby tak każdy był przeszkolony (nawet w bardzo okrojonym stopniu) z pierwszej pomocy i miał ze sobą choćby tylko maseczkę do resuscytacji i rękawiczki, byłoby bezpieczniej. A gdyby tak ludzie nosili ze sobą choćby długopis, byłoby na głupiej poczcie wygodniej, bo nie trzeba by było czekać w kolejce do jednego jedynego długopisu na żyłce. Ok, do rzeczy

Za starych pięknych czasów kiedy miałem irokeza i nosiłem wojskowe bojówki wszystko miałem pochowane do wielkich bocznych kieszeniach tychże. Było niewygodnie, bo wszystkie drobiazgi się mieszały, podczas biegu latało to jak chciało i obijało uda. Jak chciałem wyjść w nie-bojówkach to praktycznie wszystko musiałem zostawiać i cała funkcjonalność mojego zestawu spadała do zera. A jak oddawałem spodnie do prania, to kłopotliwe było przerzucanie całego graciarstwa do drugich. No nie grało to. Później przerzuciłem wszystko do plecaka. Na co dzień było lepiej ponieważ przynajmniej spodnie mi nie spadały, mogłem wygodnie podbiec na autobus. Ale ponieważ nie zawsze chodzę z plecakiem, a do tego w lecie bronię się przed nim jak tylko mogę...to wszystko stawiało praktyczność tego systemu pod znakiem zapytania. Przez chwilę używałem torby na ramię
(Helikon Wombat), ale biegać się z tym nie dało, na rowerze była tragedia. Też mi nie podpasowało. Zdecydowałem się w związku z tym spróbować nerki. Chodziła mi po głowie już jakiś czas, ale zabrać za research nie miałem czasu, to i odwlekałem. Aż wreszcie jak Wombata odsprzedałem, którejś nocy przysiadłem. Wszelkie "kołczany prawilności" od Nike, Adidas i tym podobnych gigantów odpadły od razu. Marne tkaniny, marne zamki, małe toto. U firm typowo turystycznych było już lepiej, jednak wciąż albo za małe, albo jak większe to były do biegania z mocowaniem na bidony, ewentualnie z jakimiś kieszonkami na zewnątrz na komórkę, co też mi się nie podobało. Cóż...jak to mówią, najlepiej zrobisz sobie sam. I więc zrobiłem.

Nerka o wymiarach 20 x 15 x 7cm. Cała z oryginalnej cordury, zamki bryzgoszczelne YKK, taśmy poliamidowe od Pasamona i plastiki od Nexusa. Moim zdaniem full wypas. Jedna zewnętrzna, płaska kieszonka jest na froncie, tam też jest jest panel MOLLE, ale bardziej dla ozdoby niż faktycznie miałby być użyteczny w tym miejscu. Noszę w niej plastry opatrunkowe i ewentualnie różnego rodzaju notatki, bilety, paragony. Druga zewnętrzna kieszonka jest od strony "ciała" i ona na co dzień jest pusta, ale w czasie wyjazdów mam tam większą ilość gotówki i dokumenty. Głowna przegroda jest "goła". Nie ma w środku żadnych kieszonek ponieważ uznałem je za zbędne, zajmujące miejsce i haczące o zawartość. Na dnie od zewnątrz jest mały pajączek z shockcordu. Można tam zamocować lekką wiatrówkę, buffa a nawet 0,5l butelkę wody. Bo bokach dwa D-ringi, ja mocuję do nich często rękawiczki w supermarkecie. Na froncier dodatkowy pasek z klamerką z gwizdkiem. Całość wbrew pozorom jest dość pojemna! Oto co noszę w środku zimową porą:
-koc NRC, widzę dwa zastosowania: pierwsze oczywiście w trakcie akcji ratowniczej, drugie natomiast w czasie biegów miejskich. Do biegu się rozbieram i rzeczy zdaję do depozytu, a do startu
często jeszcze z pół godziny. Wtedy okręcam się folią.
-rękawiczki, zastosowanie w ratownictwie, a często też do naprawy roweru. Coś potrafi w mieście nawalić i bez rękawiczek (i możliwości umycia rąk) do sklepu lub na spotkanie bym dojeżdżał z łapami w smarze.
-Codofix, Spongostan i Absorba, wszystko pierwsza pomoc. Moim zdaniem mała gaza jest do niczego nie potrzebna. Jak już coś się stanie to potrzeba opatrunku dużego, największego jaki jesteście w stanie upchnąć. Do skaleczeń są plasterki.
-piersiówka z whisky. Alkoholikiem nie jestem ale miło wypić kulturalnego drinka po 18:00. Jak to gentlemani.
-APAP, to nie dla mnie ponieważ nie biorę leków (leczę się naturalnymi sposobami), ale miło mieć jak kogoś rozboli głowa/brzuch,
-mój iPhone, trzymam go w kieszonce,
-Leatherman SuperTool 300, może niespecjalnie lekki i kompaktowy na co dzień, ale jakoś nie odczuwam jego wagi, a pełnowymiarowe narzędzie zawsze mile widziane,
-chemiczny ogrzewacz, do tej pory nie użyty ale gdyby długo trzeba było czekać na pociąg/autobus, albo gdyby w PKP nie grzali...
-mikroczołówka Petzl e+Lite, moim zdaniem czołówka wygrywa ze wszelkimi taktycznymi latarkami, które nosi większość osób, wolne ręce są dla mnie bardzo ważne, natomiast miliony lumenów niekoniecznie. Tej latarki i tak używam tylko w piwnicy, jak szukam włącznika światła.
-wspomniane plasterki na odciski i drobne skaleczenia. Przydają się chyba najczęściej z całego zesta
wienia.
-akumulatorki/baterie do przedniej i tylnej lampki rowerowej. O ile w przypadku tylnej wymiana nie jest częsta, to przód rozładowuje się szybciej i póki mamy tak długie noce, lubię mieć zapas w mieście.
-nici i igły.
-ładowarka do telefonu, w dobie smartfonów czasem awaryjnie w pociągu czy na dworcu, w kawiarni podładowuję telefon. Poważnie myślę nad powerbankiem, macie jakieś typy?
-samodzielnie uszyty, minimalistyczny portfel, który noszę w tylnej kieszonce spodni,
-multifunkcjonalna chustka buff, ochronić szyję jak wieje, czy założyć jako kominiarka na rower jak jest chłodniej,
-pendrive, na którym bardzo często noszę dokumenty do wydrukowania w pracy,
-SPORK, wbrew pozorom przydaje się w mieście. Szczególnie by kulturalnie zjeść np. jogurt w drodze,
-zapalniczka, drut, kawałek linki, trytytki , taśma izolacyjna oraz taśma srebrna, to taki mały zestaw naprawczy,
-długopis, jak wspomniałem, choćby po to by nie czekać na poczcie na ten jeden jedyny.

Nerkę mam ze sobą cały czas. Jest bezproblemowa na rowerze, okazuje się że wygodnie się ją nosi razem z plecakiem (trzeba ją nieco opuścić na biodrach). Całkiem ok się z nią podbiega, choć nieściśnięta podskakuje i trzeba ją trzymać. Nie ważne jakie spodnie mam na sobie, założenie trwa 3 sekundy. I dobrze wygląda. Jest też niesamowicie wygodna w czasie podróży samolotem. Raz, że daje miejsce na kilka drobiazgów przy podróży z bagażem podręcznym. Dwa, jak już wrzucimy bagaż do półki na pokładzie, to tych kilka drobiazgów możemy mieć przy sobie (wyjmowanie plecaka jest szczególnie kłopotliwe przy siedzeniu pod oknem).

Polecam. Na pewno nie identyczny zestaw, bo nie każdy z Was ma takie potrzeby, jak ja. Ale kilka drobiazgów naprawdę warto ze sobą mieć każdego dnia.
Na koniec jeszcze najważniejsze: na nic zda się Wam maska do sztucznego oddychania bez wiedzy jak ją użyć. Bez sensu nosić zestaw do szycia jak nie potraficie nawlec nitki. Najważniejsze EDC to Wasza wiedza i umiejętności. A to się szkoli. Do tego zachęcam!

W odniesieniu do mojego wpisu odnośnie podsumowania roku 2015 postanowiłem postawić sobie wyzwanie.
CO TYDZIEŃ W PIĄTEK JEDEN WPIS NA BLOGA. Postanawiam co tydzień publikować minimum jeden wpis. Zaległości ze stycznia właśnie nadrabiam. Dziś pojawi się jeszcze jeden wpis pod wieczór by nadrobić pierwszy weekend lutego. I od przyszłego piątku jedziemy!
Oficjalnie ogłoszone, powinienem być bardziej zmotywowany niż gdybym postanowił sobie to po cichu. Wtedy po cichu łatwo zrezygnować. A publicznie przyznać się do porażki? Już nie tak łatwo.