czwartek, 21 kwietnia 2016

Rajdy na orientację, co zabrać, W TRASIE.

Jak zachować się w bazie, co ze sobą wziąć i jak się ogarnąć wiecie już z TEGO wpisu. Jeśli nie czytaliście, zapraszam.:) Natomiast nadchodzi godzina zero i czas ustawić się na starcie. I teraz...no własnie. W TRASIE.

Zwykle bywa tak, że start jest z rana. Na ten przykład trasa rowerowa 200km na rajdzie Harpagan to godzina 06:30. Ja lubię sobie wstać kulturalnie o 05:00. Wypić kawkę i zjeść śniadanie z rana na spokojnie. Dzień przed startem mam spakowany plecak, wszystkie drobiazgi do zabrania leżą na jednej kupce, ubrania do ubrania na drugiej. Dzień wcześniej wieczorem sprawdzona prognoza
Spakowany dzień wcześniej plecak
gotów by zarzucić go na plecy.
pogody. Śniadanie przedstartowe gotowe również wieczór wcześniej. Rower całkowicie nasmarowany, sprawdzony i gotowy czeka w depozycie (numerki są przyczepione - pamiętajmy o agrafkach i zipach - zwykle są, ale warto mieć na zapas). Tak ogarnięty wychodzę na start około 10min wcześniej, Należy się rozejrzeć i ustawić w odpowiedniej kolejce po mapę. Jest kilka stanowisk i każde z nich wydaje mapy określonym numerom od do. Ustawimy się w kolejności numerów i 3min przed startem organizator ogłasza odbiór map. Często ale nie zawsze mapa jest w woreczku strunowym. Na wszelki wypadek ja polecam mieć jeden swój. Przyda się nawet na zapas, kiedy przez przypadek porwie się organizatorski. Nawet jeśli mamy swój mapnik...podwójne zabezpieczenie nie zaszkodzi. Druga rzecz: zakreślacz. To jest trzecia po kompasie i karcie magnetycznej najważniejsza rzecz na rajdzie. Masz zakreślać jesteś gość. Długopis czy ołówek, marker czy cienkopis, to się nie sprawdza. Długopisem zaznaczysz sobie drogę od punktu do punktu na czarno i później w pośpiechu i ze zmęczenia pomyślisz, że to zaznaczona na mapie droga. Niebieskim...że masz rzekę. Do niczego. Tylko półprzezroczysty zakreślacz. Oznaczamy sobie trasę, ale nie punkty, które po kolei. Jestem zdania, że na starcie warto poświęcić choćby i 10min na dokładne oznaczenie trasy. Później już w trakcie tylko rzuty oka na mapę i wszystko wiadomo. A nie że dopiero po 150km, zmęczeni i źli będziemy kombinować nad wariantem- wtedy deyzje nie są najlepsze. Z zaznaczoną trasą wkładamy odpowiednio (to też drobiazg, a istotny) czyli tak by mapa obejmowała jak największy odcinek trasy do mapnika. I kolejna rzecz to wspomniany już mapnik. Ja opisuję tu trasy rowerowe, więc skupię się na mapniku rowerowym. Najpierw robiłem sobie samemu i owszem działo to, ale nie było bezobsługowe. Śrubki albo się luzowały, albo był za twardo skręcony, folia potrafiła się podrzeć od wkładania mapy w pośpiechu...można było z tym jeździć, ale kiedy któryś raz z kolei musiałem dokręcać śrubkę na co traciłem czas w czasie wyścigu uznałem: kupuję coś konkretnego. Jest Miry, ale jest bardzo drogi i nie pasuje mi mocowanie folii na zatrzaski. Ale jest też Karbonit. I tą firmę polecam. Przejechałem z tym mapnikiem TR100 na Harpaganie, którą skończyłem, później Wanogę w Wejherowie, który wygrałem i teraz ostatnio TR200 na Harpaganie na miejscu 17. Mapnik jest stabilny, nieco klekocze ale mnie to nie przeszkadza, jest kręcony i do tego ma genialnie rozwiązane zabezpieczenie mapy nie przez folię ale przez odpowiednio ukształtowany kawałek plexy. Robi się w zasadzie klik i gotowe.:) Więcej o nim niedługo. Przed
Na starcie, widoczne mapniki rowerowe oraz plecak z kamizelką z przodu.
wyjazdem ze startu lubię też rzucić okiem na kompas i utrwalić sobie gdzie jest północ. Kompas to ważna rzecz. Ja mam co prawda wciąż starego no name, ale planuję zakup w najbliższej przyszłości, któryś z kompasów od Moscompass. Największą wadą mojego aktualnego kompasu jest jego prędkość. W czasie jazdy sięgam po niego i muszę trzymać w ręku spokojnie ponad 5 sek by coś ustalić. A nie zawsze tyle można jechać z jedną reką, bo korzenie, bo wyboje, bo piach. Po prostu nie jest to zbyt bezpieczne. Dobre są też Silvy słyszałem i Recty. Ja jednak Moscompass na nadgarstek. Niektórzy wkładają kompas po folię mapnika...mnie ten pomysł jednak nie przekonuje, kompas zasłania mi wtedy część mapy, może się "suwać" na wybojach.

Cały sprzęt pakuję do plecaka. Na rowerze mam tylko dwa bidony oraz dwa światełka, przód i tył. Plecaki polecam w formie kamizelki czyli bukłak z tyłu plus jakaś niewielka przestrzeń bagażowa, z przodu natomiast kieszonki praktycznie na całej klatce piersiowej. Do bidonów wlewam dwa różne carbo, do bukłaka wodę. Z tyłu mam kanapki oraz banany, zapasowe części i narzędzia do roweru, miniapteczkę, kurtkę przeciwdeszczową, telefon, portfel i chusteczki. Z przodu batony. Ostatnio na 200km zabrałem ze sobą 18 batonów musli, dwie kanapki, dwa batony, dwa żele energetyczne. Zjadłem wszystko.:) Kartę magnetyczną wraz z 10cm linijką wieszam sobie na smyczy. Licznik z powodu mapnika (zasłania) umieszczam sobie na górnej rurze ramy ponieważ jego wskazania są niezmiernie ważne. Przy odmierzaniu się od skrzyżowania, ściany lasu itp. bazujemy właśnie na jego wskazaniach. Ponoć są liczniki, których dystans jakby częściowy można sobie zerować, kiedy jakby kilometraż całego wyjazdu jest zapisywany. Znacie takie?

Kask jest obowiązkowy. W ogóle jeśli o jazdę rowerem chodzi. Na maratonie na orientację tym bardziej, co bardzo pozytywne: często organizator umieszcza odpowiedni zapis w regulaminie. I dobrze. Pod kaskiem można coś mieć, buffa np. ale ja niespecjalnie lubię więc jeśli tylko jest około 10st to rezygnuję i świecę prawie łysą glacą.:) Później już ubiór dostosowany do warunków, ale uniwersalny na tyle, by móc szybko się przebrać kiedy w czasie dnia temperatura się podniesie. Moimi faworytami są: dwie koszulki kolarskie z kieszeniami (mamy wtedy nie trzy, a sześć
Nie zawsze są mostki. W tym wypadku krótkie spodenki
zadziałały na moją korzyść, nie zmoczyłem nogawek.
kieszonek na drobiazgi oraz rękawki rowerowe. Rękawki można szybko zsunąć nawet w czasie jazdy. Z rana i pod wieczór narzucam na siebie kurtkę przeciwdeszczową, z plecaka. Rękawiczki długie palce lub krótkie, zależnie od warunków. Krótkie spodnie plus nogawki, które też ewentualnie można dość sprawnie zdjąć. Buty SPD - ponieważ nie wyobrażam sobie by ścigać się bez nich. Mamy lepszą kontrolę nad rowerem, płynniej możemy pedałować, podbić rower podczas zjazdu bez możliwości przyhamowania. W przypadku deszczu...cóż...trzeba być przygotowanym na cały dzień w mokrych ubraniach. Niestety nie wymyślono do tej pory ubrania które zapewni Wam suchą bieliznę przez cały dzień deszczu i jazdy na rowerze. Przez pewien czas testowałem rękawiczki i skarpetki wodoszczelne od sealskinz i jako tako dawały radę. Bez szału.

Bardzo ważna rzecz to zegarek. Umieszczony na nadgarstku, ale na zewnątrz. Ne rękawie koszulki lub kurtki, tak by mieć podgląd na niego cały czas. Rzut oka na tarczę i od razu będziemy wiedzieli jakie mamy szanse.

GPS to kwestia dyskusyjna. Ja zabieram. mam mojego eTrexa na wsporniku pod mapnikiem, włączonego by zapisywał mi trasę. Zapisaną trasę później bardzo lubię nanieść na mapę i na tej podstawie wyciągać wnioski i się uczyć. Kwestia czy go użyjecie czy nie...wasza uczciwość.:)

No i ze sprzętem to by było tyle.
A jak się zachować w trasie?

Na każdym punkcie musicie się elektronicznie odbić, ale także podać swój numer wolontariuszom (gdyby elektronika padła to będzie podstawa by wam punkt zaliczyć). Ja pomagam jeśli tylko mogę. Tzn. jeśli tylko wracam z punktu i ktoś, kogo mijam pyta o punkt, pomagam, mówię gdzie jest. Bez przesady, nie gramy o złote kalesony, a Ci którzy faktycznie walczą o pierwsze miejsca i tak są już dawno przede mną. Jem batona co każde 10km, nie ważne czy jestem głody czy nie. Kanapki i banany po 60km i 140km. Popijam każdego batona, nawet jeśli nie chce mi się pić. Generalnie taki system działa, ale zdarza mi się złapać solidny kryzys przez brak jedzenia.

Nawigacja?

Polecam odmierzać się. Co to jest? Rzut oka na mapę, wyszukuję charakterystyczny (taki który w
Oznaczenie punktu kontrolnego, wideczny perforator oraz czytnik SportIntend.
100% znajdę na mapie) punkt, np. most i ord niego liczę odległość do przecinki w którą mam skręcić, mnożę przez skalę i po prostu od mostka na liczniku odmierzam dystans. W 95% po przejechaniu określonej ilości metrów, trafiam na właściwy skręt. Ścieżek w lesie jest zatrzęsienie, niektórych nie ma na mapie, niektóre co na mapie są - zarosły. Nie liczcie na system "trzecia w lewo". Na początku swojej kariery też trak robiłem i plasowałem się na końcu stawki.

Jeśli coś się nie zgadza tzn. nie ma punktu, a wg wyliczeń powinien być, wróć do ostatniego miejsca gdzie wiedziałeś gdzie znajdujesz się na mapie. Sprawdź odmierzone milimetry na mapie i próbuj jeszcze raz.

Jeśli zdarza się, że decyduję się lecieć na azymut do punktu np. nad rzeką zawsze odmierzam azymut bardziej w lewo od punktu lub prawo. jak dotrę do rzeki, wiem przynajmniej w którą sttronę mam wzdłuż niej iść by trafić punkt. Gdybym odmierzył idealny azymut, i na pewno z niego nieco zszedł nie wiedziałbym wreszcie po której punkt jest stronie, ponieważ spodziewałbym się go przed sobą.

Przy wyborze trasy biorę pod uwagę oczywiście rozmieszczenie punktów, ale też to ile z nich znajduje się w lesie (łatwiej zrobić je za dnia niż w nocy), wiejący aktualnie wiatr (lepiej jechać z wiatrem pod koniec). To czy punkty znajdują się na wyższych wzniesieniach (te lepiej robić na świeżo) oraz znajomość dróg (znajome wolę sobie zostawić na koniec by już jak po nitce lecieć do bazy).

I ostatnia uwaga...jak już będziecie zmęczeni po 150km tak, że nogi będą paliły, będzie się ściemniało, czas będzie się niebezpiecznie kurczył, do tego będzie zimno i będzie padać, tak, że w palcach nie dacie rady utrzymać kompasu...wtedy zaczniecie robić błędy. Wtedy zacznie się rajd na orientację. Wtedy zaczyna się zabawa.;)

6 komentarzy:

  1. Rafale, jak zwykle świetna publikacja!

    "Ponoć są liczniki, których dystans jakby częściowy można sobie zerować, kiedy jakby kilometraż całego wyjazdu jest zapisywany. Znacie takie?"

    Sigma 1200. Posiada dwie funkcje związane z wyliczaniem pokonanego dystansu: "total distance" oraz "trip distance". Przed startem zerujemy oba wskazania, po czym wskazanie total "total distance" interpretujemy jako dystans pokonany w czasie całego rajdu, a parametr "trip distance" wykorzystujemy do odmierzania odległości od punktów charakterystycznych. Na takie wykorzystanie licznika pozwala możliwość sprawnego zerowania parametru "trip distance", które dokonuje się poprzez wciśnięcie i chwilowe przytrzymanie centralnego przycisku odpowiadającego za sterowanie całym licznikiem. Sprawdzone w akcji, w czasie jazdy nie sprawia żadnych problemów. Koszt takiej zabawki na chwilę obecną to 55 zł w wersji przewodowej oraz 95 zł w wersji bezprzewodowej.

    Od niedawna korzystam z Garmina Forerunnera 310XT. Multisport - świetnie sprawdza się zarówno w biegu jak i na rowerze. GPS pozwala na zapis śladu, dzięki czemu nie trzeba targać ze sobą dodatkowej elektroniki. Wodoodporny - pływam z nim w basenie. Fenomenalny system Garmin Quick Release Mount, który umożliwia zamianę zegarka biegowego w licznik rowerowy w czasie krótszym niż dwie sekundy.
    Odmierzanie odległości od charakterystycznych punktów dokonuje się poprzez funkcję "laps" - prościej się już chyba nie da. Wciskamy przycisk "lap", po czym na wyświetlaczu obserwujemy dystans pokonany w czasie aktualnego "okrążenia". Sprzęt spisuje się znakomicie, posiada jednak jeden mankament, który jest dość charakterystyczny dla zabawek tego typu - mocno ograniczony czas pracy na jednej baterii. Producent deklaruje, iż wynosi on ok. 20 h.
    Model ten ma już swoich następców z kolorowymi wyświetlaczami itd, dzięki czemu można wyrwać go za dość atrakcyjną cenę. Na internetach udało mi się kupić z HRM za 250 zł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Kamilu! Miło Cię czytać! Dzięki za info o licznikach. W takim razie będę szukał wśród Sigmy z takimi właśnie funkcjami.

      Jeśli chodzi o Garmina 310XT to o ile jestem naprawdę wielkim fanem firmy Garmin w ogóle to zegarek biegowy szukam raczej wśród Suunto. Koleżanka ma Garmina i niespecjalnie jest zadowolona z baterii właśnie. Suunto pod tym względem jest ponoć nieco lepsze. Obiecałem sobie, że jeśli przebiegnę maraton to zasłużę na zegarek więc czas już nadszedł. Orlen Maraton zrobiony z czasem 4h 12min.

      Dzięki za komentarz!
      rafał

      Usuń
  2. Myślę, że więcej zabawy jest, kiedy w pobliżu punktu właściwego rozstawione są punkty stowarzyszone. Na Harpaganie chyba ich nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Harpaganie nie ma stowarzyszy. Przyznam, że nie miałem okazji jeszcze startować w rajdzie, gdzie takie punkty by były. Na pewno cała zabawa jest dużo bardziej skomplikowana.

      Usuń
  3. Sigma 12.12 odcinkowy pomiar odległości (cudowna opcja). Kompas ze skalami, o ile na Harpie mapa 1:100k nie sprawia problemu, to inne skale 1:25k albo 1:50k po paru godzinach w terenie mogą sprawiać problem z liczeniem mm wg skali. Z pomocą przychodzą kompasy które mają oznaczone odległości dla skali 1:25k i 1:50k. Bardzo pomocne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Rajdy na orientację to rzeczywiście niezwykła przygoda. Niektórzy traktują je bardzo poważnie, jako wyzwanie i współzawodnictwo. Jednak wiele osób po prostu traktuje je jako dobrą zabawę przy której można sprawdzić swoje umiejętności.

    OdpowiedzUsuń