poniedziałek, 30 maja 2016

Być kozicą.

Dziś będzie opowiadanie. Dziś będzie o ośnieżonych górach. Dziś będzie o bieganiu. Dziś o tym, jak bardzo chcemy być kozicą górską.

Wspomniane we wstępie zwierzę to kwintesencja elegancji w pokonywaniu górskich szlaków. Żadne inne nie potrafi pokonać stromego wzniesienia, pionowej ściany czy gołoborza jak właśnie kozica. Te futrzaste czteronogie skaczą wysoko, biegają szybko i gdyby tylko zwierzęta się naprawdę uśmiechały, one miałby by na twarzy uśmiech tak szeroki, jak ma małe dziecko w swoje urodziny, za każdym razem kiedy biegają po górach z taką lekkością.

Biegałem po górach i ja. I to w śniegu, był bowiem marzec. Kiedyś sobie pomyślałem, że może bym tak biegał długie dystanse? A może te długie dystanse po górach? I naprawdę w głowie chciałem, i myślałem o tym, i się motywowałem, i planowałem, i szukałem planów treningowych…i kiedy tu wyłuskać nieco czasu by faktycznie wyjść pobiegać? Mój tydzień jest tak wypełniony, że nawet 1h na bieganie, czasem jest niemożliwa do wygospodarowania. Poza tym, już nawet nie o tę godzinę chodzi, a o sam fakt przerwania ciągłości pracy. Nie lubię przerywać czegoś, w trakcie czego tworzenia jestem. Bieganie to godzina, prysznic po to 10min, przebranie 2 razy po 5 min, a wejście na nowo w pęd pracy…kolejne 30min. I robią się w zasadzie dwie godziny.

Ale do Kamieńczyka pojechaliśmy na urlop, taki by się całkiem odciąć i skupić na sobie, na bieganiu, górach i na ciszy wiatru pędzącego po grani. Bieganie po górach to dla mnie coś wciąż zagadkowego, jest cholernie ciężkie, tym bardziej jak się nie "trenuje", ale jakie przyjemne. I kiedy biegniesz w śniegu i kiedy mijasz biegówkowiczów na nartach, i kiedy pada lekki śnieg, lub wręcz przeciwnie, kiedy piękne słońce odbija się od białej, kryształkowej powierzchni, jesteś uśmiechnięty. Z jednej strony nie możesz, z drugiej chcesz dalej.

Trenuje! Co to za słowo. Trenuje to dla mnie synonim końca przyjemności. Trening brzmi jak coś skomplikowanego, zaplanowanego bardzo dokładnie, jak praca i obowiązek. Mam nadzieję, ze nigdy nie weźmie mnie na trenowanie. Teraz biegam po górach, nie znam terenu, nie wiem jak długo pobiegnę, nie wiem jakim tempem i z jakim tętnem. Wszystkie are... czy aero…bowe…coś, to brzmi zbyt skomplikowanie. Kozice nie trenują, ale nie jestem kozicą. Ale nie jestem też sportowcem, nie trenuję tylko biegam. Stopy biją ścieżkę, ręce biorą zamach, a płuca spokojnie się kurczą i rozkurczają. Myślicie, że kozice też czasem bierze zadyszka?

Biegliśmy spod schroniska przy wodospadzie Kamieńczyk do Śnieżnych Kotłów. Mieliśmy takie małe marzenie by dobiec na Wielki Szyszak - najwyższy szczyt w okolicy, ale wyszło do Śnieżnych Kotłów. Myślałem sobie, że kozice może dobiegły by nawet do Śnieżki…Świeciło słońce, śnieg iskrzył się i skrzypiał pod terenowymi podeszwami butów. Nie byliśmy mocno zmęczeni ponieważ często stawaliśmy na zdjęcie. To był miły bieg. Miły dla głowy, ale dla ciała ciężki. By bieganie było przyjemne trzeba biegać i przyzwyczaić się do tego wysiłku. Albo być kozicą. Ale nie jestem nią i moje ciało nie jest przyzwyczajone do biegu tak długiego i tak ciężkiego. One są urodzone do biegania po górach. Ludzie nie są. Ludzie nad tym muszą pracować. Pytanie więc do czego my zostaliśmy urodzeni, skoro nie do biegania. Jaka jest nasza "naturalna" aktywność?

Chcieliśmy poczuć śnieg pod nartami. A bieganie i narty to narty biegowe, których centrum to bardzo niedalekie Jakuszyce. Wybraliśmy się i tam. 2h czy 1h z instruktorem dały nam nieco obeznania. Ja nie mam nart biegowych, więc zmuszony byłem je wypożyczyć i później, po teorii przyswojonej oczami, trzeba było nadrabiać mięśniami. Cholera wie czy te ruchy mieściły się w kanonie narciarstwa biegowego. Jechaliśmy. W schronisku Orle piliśmy wino grzane. A śnieg ciasno otulał mijane choinki. Też było przyjemnie, też się uśmiechaliśmy. Polecamy, spróbujcie…a nóż?

Teraz będę miał nieco czasu więcej, ponieważ rezygnuję z części obowiązków jakich się kilka lat temu podjąłem. Tak nie po mojemu, ale może pobiegam? Skoro nie mogę być kozicą to może chociaż przebiegnę maraton bez płaczu?

Tak to było w Szklarskiej Porębie. Byliśmy tam na tydzień. Tak nieco na próbę. Człowieka poznaje się albo podczas wspólnego mieszkania, albo na wspólnym wypadzie. Wtedy, gdy obcuje się 24h/dobę ze sobą. I albo się czuje, że ok, albo próba nie przechodzi i pozostaje rozczarowanie. I biegaliśmy, i zjeżdżaliśmy na nartach, i na nartach biegaliśmy…dojazd na miejsce jest kiepski, ponieważ dość długi pociągiem, ale warto. Tras biegowych w Jakuszycach jest mnóstwo. I dla początkujących i dla zaawansowanych, tych od stylu łyżwowego. Schronisko jest świetne choć pod prysznicem jest tam bardzo zimno. Wystarczy wyjść za próg i już jest się na szlaku. Z drugiej strony jednak do sklepu kawałek, i do pociągu jeszcze dalej. Gdybyście chcieli wybrać się Szklarskiej Poręby - pytajcie. A może akurat będę znał odpowiedź?

niedziela, 29 maja 2016

Folda-cup. Gadżet nad gadżety!

Do 13 maja 2016r. uważałem, że kubek na wyjeździe to tylko dodatkowe obciążenie. Potrzebę jego posiadania odczułem natomiast, kiedy zdecydowałem się wziąć udział w Salomon Hungary Trail. Bardzo przyjemny, terenowy bieg górski w Wyszehradzie na Węgrzech. Na punktach odżywczych owszem jest woda, są izotoniki, ale nie ma kubeczków jednorazowych. Napoje są w dzbankach. Ktoś powie głupota, inny że dobra decyzja organizatora. Po tym co widziałem na różnego rodzaju innych biegach (maraton Orlen!), uważam takie zjawisko za bardzo dobry trend i oby postępował. O co chodzi? Już tłumaczę. Ponieważ organizator nie zapewnia kubeczków jednorazowych, na liście wyposażenia zalecanego jest wyszczególniony własny kubek o pojemności min. 150ml. Dzięki temu nie ma sytuacji, że miliony kubeczków walają się w okolicach punktów odżywczych a kolejny tysiąc jeszcze można znaleźć przez najbliższy kilometr. Pod tym względem biegacze to świnie. Są oczywiście wyznaczone strefy "zrzutu" (Ale kto by na to patrzył! Jebnę byle gdzie, przecież walczę o sekundy!). Są takie twory jak race cup (możecie go zobaczyć na zdjęciu, własność Ultraspire), ale nadaje się on typowo na wyścig i jest nieco mały…i kosztuje 25zł. A ja chciałem coś, co później mógłbym również używać na biwaku.

Na biwaki ostatnio zabieram najmniejszą z możliwych kawiarek (150ml - dwa espresso), ponieważ bardzo przyzwyczaiłem się do kawy właśnie parzonej w ten sposób. Oto mój jeden (zalecany) element luksusowy w ekwipunku.:) Ale gdzie tu wlać gotowy napar, kiedy w tytanowym garnuszku albo liofilizat albo owsianka? Chciałem coś, by sobie miło stało, było małe i lekkie.

Chciałem coś i na wyścig, i na biwak.

I z pomocą przyszła firma Folda-Cup. To jest jedna i ta sama firma, której produkty brandują sobie podmioty inne. Ja z pobudek czysto estetycznych wybrałem sobie akurat wersję Helikona, ponieważ była w kojocie. Pasuje mi do portfela i nerki.;) Kosztował 8.99zł i jak sie później okazało, było to najlepiej wydane 9zł przed wyjazdem na Bałkany. Ale najpierw kilka słów o budowie. Kilka słów to dobre określenie, bo proste to jak cep. Kubek złożony ma wysokość 2.5cm i by go użyć wyciąga się niejako elastyczny komin za sztywnego dołu. Sztywny element dolny i miękki górny pozwalają na to by kubek sam stał, jednoczenie mógł się składać. Ich łączenie to duże przecieniowanie ścianek, pozwalające na złożenie. No i to łączenie stanowi największy punkt newralgiczny konstrukcji. Poprzez częste składanie i rozkładanie, pewnie wreszcie się wyrobi i pęknie. Pytanie tylko kiedy (tylko teoretyzuję, mój jest wciąż cały!). Na część elastyczną kubka, nalane jest również ucho, za które kubek trzyma się naprawdę wygodnie, a złożone chowa się do wewnątrz więc nic nie wystaje podczas transportu. Złożony kubek zajmuje minimalną ilość miejsca. Pojemność jest akurat na kawę (200ml, nie dajcie się oszukać 250ml) czy mniejszą herbatę. Kubek przyjmuje zapach i smak mocnej kawy, tego trzeba mieć świadomość. Mnie to jednak nie przeszkadza. Rozłożony spokojnie można postawić na ziemi, stoliku, ławce i co ważne: nie parzy w usta, jak to ma miejsce przy naczyniach stalowych, tytanowych czy aluminiowych.



Na biegu ostatecznie go nie użyłem, ponieważ wypiłem tylko 0.5l ze swojego bukłaka. Pewny jednak jestem, że byłby ok.Na późniejszych biwakach bylem z niego bardzo zadowolony. Po 10 dniach codziennego używania jest wciąż sprawny. Drobiazg, a tak użyteczny! Moim zdaniem idealny na drobny prezent!