czwartek, 9 czerwca 2016

Kawałek po węgierskich górach.

Wstałem rano. Noc mimo, że ponoć chłodną, przespałem jak niemowlę. Śpię pod namiotem jak niemowlę. Tu w zasadzie nie ma się czym chwalić, że taki ze mnie outdoorowiec. Po prostu 18 lat w terenie zrobiło swoje. Dobrze mi się śpi. Tyle.

Był wielki dzień. Ultra Trail Hungary. 33km po górach. Z zamku w Wyszehradzie do Szentendre. Trzy podbiegi, trzy zbiegi. Terenem. Takie tam…na jakieś 600m w górę. Razy trzy. Aha…a trzy dni do tyłu padało. 

Dzień wcześniej odebrałem pakiet. Plecak był już zapakowany, ubrania były gotowe. Przemyłem twarz, ubrałem spodnie, przypiąłem numerek startowy i rozgrzewka. Rozgrzewką był dobieg na miejsce odjazdu autobusu do Wyszehradu. Aha…bo pole namiotowe było w Szentendre. Wieźli nas autobusem do Wyszehradu, a wracaliśmy na nogach. Spacerem. 

Najważniejsze to zacząć mówią. Stres "jak to będzie" faktycznie mija zaraz po pierwszych krokach. I na pierwsze danie otrzymaliśmy podejście. Ci z przodu gnali pod górę biegiem i bardzo szybko naszej końcówce znikli z oczu. A myśmy spacerowali pod górę, najpierw schodami, później asfaltem. Później znów w teren. Biegliśmy w parze i dość miło stawiało się krok za krokiem. Raczej nie
gadaliśmy. W ciszy zachwycałem się mijanymi widokami szczególnie w początkowym odcinku. Przełom Dunaju prezentował się nad wyraz pięknie. Nawet jak pot lał się do oczu. Bo niby gorąco nie było, ale nawet jak nie łapię promieni słońca to się pocę. Na nocce na Harpaganie też byłem spocony. Chyba od Księżyca. Wracamy na Ultra Trail. Sorry. Deszcz pozostawił po sobie ślady. Ślady błota. Było naprawdę ślisko i wilgotno. Ja nie mijałem tego błota tylko leciałem prosto. Tak trochę lubię być ubłocony. Czy mogę w wieku 24 lat powiedzieć, że jako staruch chętnie łapię garściami to co dziecinne? Też skakaliście w kałuży jako maluchy? No…

Na punkcie kontrolnym na 9-tym czy 10-tym kilometrze było w zasadzie wszystko. Rodzynki, orzechy, ciastka…izotoniki i woda. Złapałem rodzynkę i ciastko i pobiegliśmy dalej. Ten punkt był tak na wyrost. Bo trzeba było do niego dobiec około 1.5km i późnej na trasę wrócić te 1.5km. Na wyrost, jakby organizator nie miał pomysłu jak wydłużyć trasę? Albo jakby chciał mieć wygodny dojazd samochodem na punkt? Później zgubiliśmy trasę, ale na szczęście chłopaki z góry zaczęli krzyczeć więc szybko wróciliśmy na właściwy "trail". Ten Ultra Trail. Hungary. 

Jeden zbieg był taki, że aaa. Naprawdę. Po deszczach wciąż w dół płynęła stróżka wody. Kamienie, korzenie. Gałęzie, zakręty. I ślisko. I we trójkę lecieliśmy na złamanie karku. Ja miałem pokręcone kostki. 3 razy prawą i cztery razy lewą i one już czasem potrafią krzyknąć. Ale czasem ich nie słucham, czasem tak. Koniec zbiegu oznaczał natomiast podejście. Też takie, że aaa. Naprawdę. Szliśmy podciągając się za wystające korzenie i gałęzie. Nie czułem się zmęczony. Taki zmienny wysiłek jest dość pozytywny. Nie klepiesz przez 40km po asfalcie jak na maratonie tylko najpierw lecisz z góry, później idziesz pod. I zmiana. I zmiana. I noga za nogą. Oddech i kolejny.

I później się rozdzieliliśmy. Ja byłem tym słabszym ogniwem w parze więc zostałem. Tak mam. Mało wybiegań, mała odporność na ból, mała wytrzymałość. Więc zostałem i ostatnie…6km? Może więcej. Biegłem sam. I to było coś! Droga zaczęła nieco kluczyć i bieg samemu zmuszał mnie do szukania znaków w postaci taśmy na drzewach samemu. I to było coś. Ja nie wiem czemu lubię takie wyszukiwanie drogi na własna rękę…pewnie dlatego, że się gubię. A jak się gubię, a później
odnajduję i wszystko wraca do normy i co więcej…są tego efekty w postaci kolejnych doświadczeń i nauk, to bardzo się z tego cieszę. No ale wracamy na szlak. Sorry. Tym razem się nie zgubiłem. Ledwo ledwo i wczołgałem się na metę. I wszystko zrozumiałem. Trzy godziny czterdzieści osiem minut? Chyyyba. Kto by patrzył. Nieźle. Nogi mnie trochę bolały. I zostały mi dwa żele eneretyczne. Jeden nazywał się praca, a drugi rower. I wciąż je mam. I swoje trzy godziny i czterdzieści osiem minut…chyyyba…też mam. Taki to był Ultra Trail Hungary.

(A zdjęcia zajumałem od BiegamGdzieChcę i oficjalnego profilu biegu. Wybaczą albo nie.)

niedziela, 5 czerwca 2016

Telefon satelitarny - co i jak?

Telefony satelitarne przestają być już kojarzone jedynie z wojskiem i statkami na środku oceanu. Coraz częściej korzystają z nich podróżnicy czy himalaiści w czasie ekspedycji, biznesmeni czy po prostu osoby chcące w każdych warunkach pozostać w łączności. Stanowią one pewną, bardzo wygodną i przede wszystkim wcale nie taką drogą opcją powiadomienia służb ratowniczych o wypadku lub by po prostu zadzwonić ze środka pustyni do chłopaków siedzących w biurze.;) Dziś dowiecie się, jak można im popsuć humor poprzez wykorzystanie telefonii satelitarnej.

Jak to w ogóle działa?

W cały łańcuszek przekazania Waszego sms-a z telefonu satelitarnego
zaangażowana jest bardzo skomplikowana technologia jednak schemat działania jest dość prosty.

jesteś Ty z telefonem satelitarnym, wysyłasz sms-a -> wędruje on sygnałem do jednego ze sztucznych satelitów Ziemi ->satelita przekazuje sygnał do stacji nadawczo-odbiorczej znajdującej się na Ziemi -> stacja przekazuje sygnał do naziemnych sieci GSM -> Twój kolega odbiera sms-a na komórce

Oczywiście analogicznie jest z e-mailem czy z wiadomością. Po prostu zawsze mamy stację nadawczo - odbiorczą dostawcy usługi pośredniczącą w naszym połączeniu. Dzięki temu, że nasze urządzenie łączy się z satelitami, możemy dzwonić nawet w miejscach, gdzie nie ma zasięgu GSM czyli na środku pustyni czy oceanu.

Historia telefonii satelitarnej sięga końcówki lat siedemdziesiątych. Natomiast dopiero w roku 1989 r. pojawiły się urządzenia przenośne du użytku na lądzie. Używano wtedy satelit z orbity geostacjonarnej. Na rynku przodował Iridium oraz Inmarsat. Kiedy zaczęto wykorzystywać satelity obiegające ziemię na znacznie niższej wysokości, zmniejszyła się minimalna wymagana moc urządzeń i telefony przyjęły postać plus/minus telefonów komórkowych.

Operatorzy, zasięg i ceny połączeń.

Aktualnie mamy czterech operatorów na rynku. Jest:

IRIDIUM

Operator gwarantuje zasięg ogólnoświatowy. Ja korzystałem właśnie z Iridium.
Format opłaty to prepaid:

karta 75 min: 150 dol.
karta 200 min: 150 dol.
karta 500 min: 658 dol.
karta 300 min: 2716 dol.
Jedna minuta wymienna jest na 3 SMS-y.

GLOBALSTAR
Jak widać nie porozmawiamy sobie na północnych krańcach Alaski, w większości krajów Afryki oraz na południu Dalekiego Wschodu. Zasięgu nie ma również na morzach i oceanach.
Mamy opcję abonamentu ze stawkami:
Erope Basic: 07-3,75 EUR
Europe Primo: 0,99 - 4,04 EUR
I jego koszt to 20 EUR/miesiąc (aktywacja 50 EUR). Oraz abonament Unlimited za 35 EUR/miesiąc (również 50 EUR aktywacja) za stawkami:
Unlimited Plan: bez opłat w Europie Zachodniej (Polska), 08 - 1,55 EUR do pozostałych krajów


INMARSAT
Inmarsat nie obejmuje okolic podbiegunowych.

Ceny przedstawiają się następująco:
BGAN: 0,91 dol.
Mini M: 1,55 dol.

BGAN oraz Mini M to rodzaje urządzeń. Abonament to 40-55 dol, aktywacja 50 dol.





THURAYA
Tutaj nie mamy Ameryk, oceanów, południa Afryki, Kamczatki, Grenlandii oraz biegunów.

Forma płatności to pre-paid.
-w ramach sieci satelitarnej Thuraya 0,53 dol.
-do dowolnego polskiego operatora: 0,83 dol.
-pozostałe kraje: 0,76 - 1,35 dol.
- pozostałe sieci satelitarne: 1,96 - 3,97 dol.




Skąd wziąć telefon?

Można kupić. Po prostu. Wchodzicie na allegro, ebaya inne serwisy aukcyjne czy sklepy i kupujecie. Nowy lub używany. Wtedy płacicie i macie telefon na własność. Jeśli będziecie z niego dużo korzystać to jo, opłaca się. Natomiast jeśli będzie Wam potrzebny tylko na jeden wyjazd to lepiej wypożyczyć. W sieci jest sporo wypożyczalni tego typu sprzętu. Ja zdecydowałem się kupić ponieważ trafiła mi się niezła okazja na Iridium 9505A. Cena telefonu satelitarnego to około 1500-2500zł. Do tego dokupujecie kartę SIM odpowiedniego producenta (pamiętajcie, że wybór telefonu od razu dyktuje Wam wybór sieci. Nie kupicie telefonu od Iridiuma i nie będziecie na nim używać karty innego dostawcy.

Jeśli chodzi o wypożyczalnie to koszt waha się w okolicach 300-450zł za tydzień. Zwykle w tym mamy już około 15 min do wykorzystania. Za ponadwymiarowe połączenia zapłacimy dodatkowo.

MOJE DOŚWIADCZENIA Z IRIDIUM
Miałem styczność z siecią Iridium, którą wybrałem z powodu prostych zasad (pre-paid), dobrego kontaktu z Galacticom (Australia), globalnego zasięgu oraz solidnego telefonu 9505A. I teraz tak, oto procedura:
-kupujecie kartę SIM. Ona może sobie spokojnie leżeć i dzień roboczy wcześniej (weźcie pod uwagę różnicę czasu) wysyłacie maila, że tego a tego dnia chcecie rozpocząć użytkowanie. Karta z określoną ilością minut jest ważna określony czas i np. 75 min to miesiąc ważności nawet jak nie
wykorzystacie wszystkich minut),
-telefon ma pamięć kilku numerów ale nie da się np. wysłać sms-a na numer z książki telefonicznej więc ja polecam mieć ważne numery po prostu zapisane na kartce i zalaminowane,
-pod numerem 2888 możecie sprawdzić aktualny stan Waszego konta, również zawsze przed rozpoczęciem rozmowy miła Pani mówi Wam ile minut zostało,
-by zadzwonić na określony numer wpisujemy go oczywiście z kodem międzynarodowym (dla Polski 0048xxxxx)
-na Iridium można wysyłać darmowe SMS-y ze strony https://messaging.iridium.com (jakby jakiś Wasz znajomy miał do Was pisać uprzedźcie go by nie pisał polskich znaków),
-nie wszystkie SMS-y zawsze przychodzą. Niestety. A jak np. pod wieczór włączycie telefon i przyjdzie do Was nagle kilka na raz, to się telefon potrafi zawiesić,
-na całym świecie, za darmo (nawet jak nie macie środków na koncie) możecie dzwonić na numer alarmowy (w stanach 911, Europie 112).

Myślę, że wyczerpałem temat. Jeśli macie jakieś pytania, walcie śmiało!