piątek, 22 lipca 2016

Relacja z targów OutDoor Friedrichshafen 2016!


W dniach 13-16 lipca oczy outdooru z całego świata skierowane były na Friedrichshafen i targi Outdoor 2016. Tam można było spotkać przedstawicieli największych marek turystycznych, najpopularniejszych blogerów, prasę, media i ambasadorów. 940 wystawców z 341 krajów, prawie 25 tysięcy zwiedzających, ponad tysiąc dziennikarzy. Te liczby mówią wszystko. Robić w outdoorze i nie pojechać do Niemiec, grzech śmiertelny.


Świat sprzętu turystycznego zmierza zdecydowanie w stronę fast&light. Widać to choćby po nagrodzonych produktach. Widać to też po artykułach, którymi chwalą się producenci. Królują naczynia, palniki oraz sztućce wykonane z tytanu. Lekka odzież, szczególnie puchowa oraz przeciwdeszczowa. Lekkie plecaki ze stelażem w postaci płyty z kompozytów zamiast aluminowych płaskowników. Coraz rzadziej pojawiają się naprawdę duże litrażowo torby. Okazuje się, że 70-80l wory przestają być potrzebne, by pomieścić cały sprzęt. Zdecydowanie największą część stanowiły plecaki o pojemności 30-40l. Bardzo trudno dostrzec Cordurę grubszą niż 500D. Ciężkie tkaniny odchodzą powoli do lamusa. Namioty ważące powyżej dwóch kilogramów są dzisiaj ciężkimi klocami.


Najlżejszy namiot dwupowłokowy, jakiego dopatrzyłem się na targach to nowość firmy Nordisk. Model Lofoten 1ULW. Ten namiot waży 490g (całość, ze szpilkami, odciągami pokrowcem) i pakuje się do wymiarów 11x22cm. Imponujące.


Jednopowłokowiec ważący 300g? To nie problem jak się okazuje. Firma Big Sky zaprezentowała jednosobowy namiot rozkładany na jednym kijku trekkingowym. Wykonany z cubenu namiot Wisp robił furorę.


Ciekawym aczkolwiek budzącym moje duże wątpliwości patentem firmy Vaude jest stelaż zewnętrzny przeplatany przez biegnącą od tropiku linkę. Ciężko mi sobie wyobrazić wygodne przekładanie stelaża w czasie większego wiatru, kiedy linka się plącze i lata z wiatrem na wszystkie strony.


Sea to Summit ze swoim od razu rzucającym się w oczy stoiskiem idzie dalej ze swoimi silikonowymi, charmonijkowymi naczyniami. Aluminiowe dno serii naczyń „X“ pozwala teraz bez problemów gotować w silikonowych, kompaktowych naczyniach. W zestawie są: kubek, garnek, patelnia i czajnik.


Genialne w swojej prostocie i wygodzie używania mocowanie kasku przy plecakach Osprey od razu zwróciło moją uwagę. Perforowany kawałek plastiku na gumce. Plastikową płytkę przeplata się przez jeden z otworów w kasku i trzyma się on bagażu bardzo pewnie. Jego odczepienie również jest banalnie proste.


Ortlieb podąża za zjawiskiem odchodzania bagażu. Jak się okazuje, pełnoprawne, bagażnikowe sakwy niekoniecznie są dzisiaj potrzebne. Bikepacking to trend, który od jakiegoś czasu coraz silnie zakorzenia się w Europie. Firma wychodzi naprzeciw maniakom sakw bezbagażnikowych z kompletem w 100% wodoszczelnym. Łącznie z zapinanną na zamek błyskawiczny sakwą na ramę. Miałem okazję usiąść na wypełnionej powitrzem sakwie. Nowy zamek nie puścił ani dm3 powietrza na zewnątrz. Sakwa podsiodłowa w okolicach rury podsiodłowej jest solidnie usztywniona płaskownikami alumiowymi.


Z ciekawością zaszedłem również do stoiska mat Klymit. Model Inertia X Frame o wadze całkowitej 258g do tej pory wydawała mi się żartem, ale chwilę na niej poleżałem i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że jest to jedna z jak najbardziej rozsądnych opcji by zastąpić sporą objętościową alumatę. Waga 259g, pełna długość 183cm.


Firma Evernew stała się dla mnie synonymem najwyższej jakości naczyń tytanowych. Używam od bardzo niedawna ich model garnuszka z serii UltraLight o pojemności 600ml. Jak do tej pory, sprawdza się idealnie i waży tylko 95g. Z przyjemnością zamieniłem kilka słów z reprezentacją firmy. Kolejny trend, jaki można zauważyć to coraz większa popularność kuchenek spirytusowych. Firma Evernew oferuje całe kompletne zestawy bazujące na palniku spirytusowym włącznie z osłonami od wiatru. Moją na tyle bogatą ofertę, że każdy zdecydowanie znajdzie coś dla siebie. Od zestawów na dwie osoby, po małe garnuszki dla solistów.


Firma Primus w nowy sezon wychodzi natomiast z odświeżoną wersją kuchenki Micron. Mamy Microntrail, częściowo wykonany z tytanu, rozkręcany na dwie części co ma ułatwić przewożenie kuchenki. Zmodyfikowano również, brzydkie czarne pokrętło. Teraz będziemy mieli milszy dla oka, czerwony trójkąt. Niestety firma nic nie zrobiła sobie z mojej uwagi odnośnie piezo. Wciąż montują to samo badziewie, które po pół roku używania zwyczajnie się przepala.


Wydaje się, że Gore Tex Active wdarł się przebojem w odzież do biegania. Nagrodzona kurtka Mammuta Rainspeed Ultralite HS Jacket, z tą membraną, wykonana została z jednego kawałka laminatu. Dzięki temu wyeliminowano sporą część połączeń. Nie piszę tu o szwach ponieważ ta kurtka została wykonana całkowicie w technologii bezszwowej. Co jeszcze ciekawsze, membarana została umieszczona na ZEWNĄTRZ tkaniny. Dzięki tem nie potrzeba warstwy DWR.



Kolejnym nagrodzonym, po kurtce opisanej przeze mnie powyżej był plecak firmy Raidlight. Kiedy w Polsce, jakieś 7 lat temu był wielki boom na AR (adventure races), ta marka była bardzo popularna. Można powiedzieć, że ten producent wyznaczał drogę, którą później podążały inne marki. I teraz wracają z plecakiem (a w zasadzie kamizelką biegową!) o pojemności 20l. Tak! Okazuje się, że kamizelka nie musi mieć 6l, a może być pojemna na tyle, że można zabrać się na 5 dni. Robi wrażenie zastosowana tkanina oraz systém mikroregulacji. Ciekawe jak jest z wygodą, kiedy faktycznie zapakuje się tam wszystkie niezbędne rzeczy (6kg?). Ponoć testowany na MDS w 2016 przez drugą i czwartą kobietę w klasyfikacji. Kompresowany jest za pomocą czterech taśm...nie wiem jak Wy, ale ja przyzwyczaiłem się do kompresji cienką linką.


Jeśli w plecakach już siedzimy to moją uwagę zwrócił też plecak firmy Lowe Alpine. Model Ascent Superlight 30. Przy takiej pojemności, bardzo minimalistycznym projekcie jednoczenie dość wygodnymi na pierwsze dotknięcie plecami, plecak waży lekko powyżej 500g. Całkiem nieźle. Posiada kilka zapinanych na zamki kieszonek, taśmę do wczepienia karabinków i systém mocowania czekanów. Bardzo zgrabna, czysta konstrukcja. Gdyby nie główne wejście zapinane na zamek i braku systemu kopresji...dobry plecak by był.


Bardzo mile spędziłem czas na stoisku Cafflano. Oto i gadżet dla kawoszy. Gdyby nie to, że zakochany jestem od dłuższego czasu w kawiarce to bym brał. Przy cenie w PL 400zł dostajemy kompletny zestaw do przygotowania świeżomielnej kawy z drippera. A całość chowa się do jednego kubka termicznego, który stanowi element zestawu. Poziom zaawansowania konstrukcji robi...wrażenie! Wziąłem udział w krótkiej prezentacji gdzie zawarty był również pokaz czyszczenia zestawu. Okazuje się, że odpowiednia przykrywka kubka umożliwia bardzo proste wymycie sitka itd. Zaczęło się od Kickstartera i proszę...150 000 sprzedanych zestawów w pierwszym roku. Tralala, można. Można zamówić z grawerem na prezent.


Bardzo ciekawy trend obserwuję ostatnio w światku biegowym. Rezygnuje się z twardych bidonów na rzecz miękkich butelek. Ja nie wiem. Jeszcze nie testowałem, ale wydaje mi się to mało wygodne. Ale i Salomon i Raidlight i Camelbak i Source i Deuter...Prawdą jest, że eliminuje się denerwujący dźwięk chlupotania wody w połowie pełnym sztywnym bidonie, co mnie doprowadza do szału. Na zdjęciu oferta Camelbaka. Panie dystrybutorze, podeślij no do testów, to powiem coś więcej.;)


I na końcu, Haglofs i Kupilka. PIerwsza to marka, której nie lubię bo jest cholernie droga i nie robi nic specjalistycznego. Jest zwykła. Nawet nie można powiedzieć, że jej produkty są kontrowersyjne. Bierzesz Haglofsa do ręki i mówisz: ło, zajebiście zrobione, do niczego nie mogę się przyczepić, najwyższej jakości materiały. Ale ani to super lekkie, ani nie pakuje się do małego woreczka, ani nie ma systemów skomplikowanej wentylacji. Gdyby nie zajebistość materiałów i wykonania – zwykła kurtka. Ale ty mrazem strzał w dziesiątkę. Plecak z X-packa. Ładny, prosty, świetne wyściałanie pleców, eleganckie, sztywne pasy naramienne. 25l pojemności. Taki to bym nosił i po mieście.:)


Kupilka natomiast została namionowana do nagrody dla najlepszego prouktu outdoorowego wśród firm skandynawskich. Uwielbiam mój kubek od Kupilki z rzemieniem ze skóry renifera. Oj uwielbiam. Zastąpił mój ultralekki kubek od Folda-cup. Ten od Kupilki ma po prostu klimat! A do nagrody firma startuje ze...Sporkiem.

Targi outdoor sprawiły mi ogromną radość. Czułem się jak w sklepie z zabawkami kilkanaście lat temu. Oczy się świeciły i nie wiedziałem gdzie iść najpierw. Taki ogromny plac zabaw dla dużych chłopców. Szukam sobie teraz namiotu jedynki, mam rozeznanie. Szukam ultralekkiej kurtki przeciwdeszczowej, też mam rozeznanie. Było super!

wtorek, 12 lipca 2016

TriCity Trail dystans ULTRA.

Był 30 czerwca. Znów spać nie mogłem więc i siedziałem po nocy. Nic nie robiłem. Ot, leżałem myśląc że wypadało by już iść spać, ponieważ następnego dnia do pracy należy wstać o 06:15. I jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spać. 30 czerwca o 00:00 kończyły się tańsze zapisy na imprezę ULTRA o nazwie TriCity Trail. 80km+ po Trójmiejskich lasach. Kto bywa w TPK to wie, że górka za górką tu u nas. I tak…na 80km przewyższenia maksymalne 1730m. Dużo niedużo. Na Łemkowynie na dystansie 70km jest nieco więcej. Limit czasowy taki sam czyli 13h. Tyle, że 10km mniej. A to w takim terenie dla mnie 1h 20min. Nieważne. Generalnie nie ma co porównywać…tam jest jakieś 8 większych podejść. Na TriCity było 36 mniejszych.:) Jak to ktoś w internetach napisał: "mało ten bieg miał z górskimi wspólnego, ale niech nikt nie pomyśli, że jest łatwy i przyjemny." Wtedy była 23:30. Miałem 30min na wpłatę kaski. Ale nie wiedziałem, czy naprawdę chcę sobie zadać taki ból. Dwa (lub cztery, zależnie czy stara czy nowa klasyfikacja) punkty do UMTB. To dla mnie kompletnie nieważne, ale świadczy o randze imprezy. Była 23:48 kiedy zleciłem przelew. Nogi już płakały, ale kazałem im się zamknąć (pozdro dla kumatych:).

Był 9 lipca. Dwa dni po moich urodzinach. Dobrze, żeśmy z kolegami naoliwili stawy odpowiednimi specyfikami, to kolana mi się łatwiej zginały. Plecak spakowany, jechałem SKM do Wejherowa gdzie w samochodówce była baza biegu. Swoją drogą, stosunek wysokości wpisowego do świadczeń…no wiem, że się o tym nie pisze, ale jednak patrzy się i na to…był naprawdę genialny! Przyzwyczajony do Harpagana, gdzie wpisowe ostatnio podrożało, a ze świadczeń jest mapa i prócz tego gówno, to tutaj? Medal dla finishera, buff, nocleg, transport autokarem na Matarnię, elektronika, bufety wyposażone tak, że łoooo, pasta party!!! Na miejscu byłem około 17:00 i zacząłem na sali pakować plecak na bieganie. Następnego dnia odjazd autokaru był o 03:45 więc należało być gotowym. Zabrałem sporo:
-NRC (obowiazkowe),
-camelbak (obowiązkowe),
-telefon, portfel (obowiązkowe),
-kurtkę przeciwdeszczową (obowiązkowe),
-plecak,
-9 żeli energetycznych (zjadłem 5),
-12 batonów muesli (zjadłem 3),
-6 shotów magnezowych (poszły wszystkie!!),
-2 shoty kofeinowe (wypiłem jeden, niepotrzebnie),
-2 energetyki (poszły jak woda:),
-GPS-a (w zasadzie nareszcie zasłużyłem na zegarek biegowy, bo taki eTrex był niekoniecznie wygodny)
-MP3 (pomagał na końcu, z początku mocno rozpraszał),
-silne środki przeciwbólowe (trzy tabletki na taki dystans),
-kijki trekkingowe (błogosławieństwo!),
-okulary przeciwsłoneczne (niepotrzebne).

Pobiegłem w Salomonach Speedcross, skarpetkach wełnianych, koszulce technicznej, gatkach do biegania (moje szczęśliwe), do tego rękawki.



Przed startem wypiłem energetyka, zjadłem jedną bułkę słodką z makiem i banana. Doskonale wiedziałem, że to za mało i zaraz będę głodny, ale chciałem coś sprawdzić. Mianowicie zacząłem naprawdę bardzo spokojnie, prawie szybkim marszobiegiem. I jadłem śniadanie w czasie biegu. Jeszcze jedna bułka, banan, dwa batony, żel, shot z magnezem. Zapiłem drugim energetykiem. Ogarnąłem się przez 5km i około 10km czułem wzrastającą moc. Nawet spoko. Do pierwszego punktu odżywczego było 19km i plasowałem się gdzieś pod koniec stawki, choć nie ostatni. Na punkcie złapałem tylko kubek z izotonikiem i kawałek pomarańczy, kilka żelek w garść i dalej. Było tak se, ponieważ stawka jeszcze się nie rozciągnęła i było nas około 10 osób ciągnących razem. Trzeba było wyprzedzać, gonić, dać się wyprzedzać, uważać by kogoś nie uderzyć kijkiem. Marnie. Około 30km złapał mnie pierwszy kryzys. Machnąłem tabletkę, zapiłem żelem i jazda. Do 35 km czyli drugiego punktu odżywczego wyprzedziłem 6 osób, ale wciąż czołgałem się mnie więcej pod koniec. Na punkcie na 35km wypiłem kilka kubków coli, dotankowałem camelbaka i ruszyłem dalej. Kryzys minął i właśnie na tym etapie do 55km bardzo miło mi się biegło. Osoby, które do tej pory poruszały się w jednej grupie ze mną dłużej zostały na punkcie, przede mną była nieco mocniej rozciągnięta stawka i to na tym etapie wyprzedziłem dobre 30 osób, które chyba jednak za szybko poleciały z początku. Sukcesywnie poruszałem się do przodu, już wtedy bolało. Oj bolało, ale powiedziałem sobie, biegnę płaskie i z górki, pod górkę podchodzę z kijkami. Biegłem praktycznie sam, nikt nie poruszał się moim tempem, ludzie szli a więc szybkie obiegnięcie i już trucht na luzie. To był odcinek!
Na punkcie 55km były kanapki. Jak przez ostatnie 50km jadło się tylko słodkie, to szynka z serem smakowała wybornie. Były też krzesełka by sobie przysiąść - nie skorzystałem bo bałem się, że jak siądę to już nie wstanę. Coli sobie nie pożałowałem i tym razem i ruszyłem na ostatnie 25km. Z czego 18km było non stop pod górkę, non kurwa stop. Organizator sobie ładnie poleciał. Ja byłem już
pogodzony, wciągnąłem kolejną tabletkę ponieważ bolało wszystko, kostki, uda, kolana, kręgosłup, przedramiona, dłonie, szyja. Zabawnie.:) Na 75km ostatni punkt odżywczy i ostatnie 8km do mety. 7 z nich przeszedłem. Nie dałem rady. Z początku spróbowaliśmy się z nowopoznanym Grześkiem motywować, ale ostatecznie obaj szliśmy próbując mówić by oderwać głowę od dwóch kalafiorów w butach biegowych, które tak bolały! Przez ten etap 5 twardzieli mnie wzięło, oni jeszcze wtedy biegli! 500m przed metą zgodnie stwierdziliśmy, że wstyd w "ch" tak wczłapać na metę i ostatkami sił uśmiechnęliśmy się i wbiegliśmy zgodnie na metę.

To była lekcja pokory. To było przełamanie mojego kompleksu. To było zajebiste! Bolało jak sam skur*****, ale jaka satysfakcja. Jaka radość na mecie. Ciężko to opowiedzieć komuś, kto nie miał styczności z takim biegiem. 11h biegu i marszu w moim przypadku. 11h non stop w ruchu. Mimo, że to zrobiłem wiąż jest to dla mnie ciężkie do wyobrażenia. Jak człowiek może wyłączyć głowę na długi czas. Były takie długie odcinki, z których nic kompletnie nie pamiętam. Wiem, że biegłem ale
nie myślałem o niczym. Jak stałem pod prysznicem w bazie, widziałem że lada moment największy paznokieć u prawej nogi zejdzie, czułem że w lewej stopie za to jednego z palców nie czuje, widziałem obtarcia ud…ale z drugiej strony do głowy zaczęły napływać myśli, że jutro do pracy, że opłaty, że maile…to miałem ochotę założyć buty i ruszyć w drugą stronę.

(Zdjęć nie robiłem, bo nie było kiedy, ani nie miałem sił by sięgać po telefon z wodoszczelnego worka. Ale był na trasie Pan Dymus i jak się ogarnie i wrzuci jakieś zdjęcie ze mną…nie omieszkam się ukraść.)