wtorek, 12 lipca 2016

TriCity Trail dystans ULTRA.

Był 30 czerwca. Znów spać nie mogłem więc i siedziałem po nocy. Nic nie robiłem. Ot, leżałem myśląc że wypadało by już iść spać, ponieważ następnego dnia do pracy należy wstać o 06:15. I jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spać. 30 czerwca o 00:00 kończyły się tańsze zapisy na imprezę ULTRA o nazwie TriCity Trail. 80km+ po Trójmiejskich lasach. Kto bywa w TPK to wie, że górka za górką tu u nas. I tak…na 80km przewyższenia maksymalne 1730m. Dużo niedużo. Na Łemkowynie na dystansie 70km jest nieco więcej. Limit czasowy taki sam czyli 13h. Tyle, że 10km mniej. A to w takim terenie dla mnie 1h 20min. Nieważne. Generalnie nie ma co porównywać…tam jest jakieś 8 większych podejść. Na TriCity było 36 mniejszych.:) Jak to ktoś w internetach napisał: "mało ten bieg miał z górskimi wspólnego, ale niech nikt nie pomyśli, że jest łatwy i przyjemny." Wtedy była 23:30. Miałem 30min na wpłatę kaski. Ale nie wiedziałem, czy naprawdę chcę sobie zadać taki ból. Dwa (lub cztery, zależnie czy stara czy nowa klasyfikacja) punkty do UMTB. To dla mnie kompletnie nieważne, ale świadczy o randze imprezy. Była 23:48 kiedy zleciłem przelew. Nogi już płakały, ale kazałem im się zamknąć (pozdro dla kumatych:).

Był 9 lipca. Dwa dni po moich urodzinach. Dobrze, żeśmy z kolegami naoliwili stawy odpowiednimi specyfikami, to kolana mi się łatwiej zginały. Plecak spakowany, jechałem SKM do Wejherowa gdzie w samochodówce była baza biegu. Swoją drogą, stosunek wysokości wpisowego do świadczeń…no wiem, że się o tym nie pisze, ale jednak patrzy się i na to…był naprawdę genialny! Przyzwyczajony do Harpagana, gdzie wpisowe ostatnio podrożało, a ze świadczeń jest mapa i prócz tego gówno, to tutaj? Medal dla finishera, buff, nocleg, transport autokarem na Matarnię, elektronika, bufety wyposażone tak, że łoooo, pasta party!!! Na miejscu byłem około 17:00 i zacząłem na sali pakować plecak na bieganie. Następnego dnia odjazd autokaru był o 03:45 więc należało być gotowym. Zabrałem sporo:
-NRC (obowiazkowe),
-camelbak (obowiązkowe),
-telefon, portfel (obowiązkowe),
-kurtkę przeciwdeszczową (obowiązkowe),
-plecak,
-9 żeli energetycznych (zjadłem 5),
-12 batonów muesli (zjadłem 3),
-6 shotów magnezowych (poszły wszystkie!!),
-2 shoty kofeinowe (wypiłem jeden, niepotrzebnie),
-2 energetyki (poszły jak woda:),
-GPS-a (w zasadzie nareszcie zasłużyłem na zegarek biegowy, bo taki eTrex był niekoniecznie wygodny)
-MP3 (pomagał na końcu, z początku mocno rozpraszał),
-silne środki przeciwbólowe (trzy tabletki na taki dystans),
-kijki trekkingowe (błogosławieństwo!),
-okulary przeciwsłoneczne (niepotrzebne).

Pobiegłem w Salomonach Speedcross, skarpetkach wełnianych, koszulce technicznej, gatkach do biegania (moje szczęśliwe), do tego rękawki.



Przed startem wypiłem energetyka, zjadłem jedną bułkę słodką z makiem i banana. Doskonale wiedziałem, że to za mało i zaraz będę głodny, ale chciałem coś sprawdzić. Mianowicie zacząłem naprawdę bardzo spokojnie, prawie szybkim marszobiegiem. I jadłem śniadanie w czasie biegu. Jeszcze jedna bułka, banan, dwa batony, żel, shot z magnezem. Zapiłem drugim energetykiem. Ogarnąłem się przez 5km i około 10km czułem wzrastającą moc. Nawet spoko. Do pierwszego punktu odżywczego było 19km i plasowałem się gdzieś pod koniec stawki, choć nie ostatni. Na punkcie złapałem tylko kubek z izotonikiem i kawałek pomarańczy, kilka żelek w garść i dalej. Było tak se, ponieważ stawka jeszcze się nie rozciągnęła i było nas około 10 osób ciągnących razem. Trzeba było wyprzedzać, gonić, dać się wyprzedzać, uważać by kogoś nie uderzyć kijkiem. Marnie. Około 30km złapał mnie pierwszy kryzys. Machnąłem tabletkę, zapiłem żelem i jazda. Do 35 km czyli drugiego punktu odżywczego wyprzedziłem 6 osób, ale wciąż czołgałem się mnie więcej pod koniec. Na punkcie na 35km wypiłem kilka kubków coli, dotankowałem camelbaka i ruszyłem dalej. Kryzys minął i właśnie na tym etapie do 55km bardzo miło mi się biegło. Osoby, które do tej pory poruszały się w jednej grupie ze mną dłużej zostały na punkcie, przede mną była nieco mocniej rozciągnięta stawka i to na tym etapie wyprzedziłem dobre 30 osób, które chyba jednak za szybko poleciały z początku. Sukcesywnie poruszałem się do przodu, już wtedy bolało. Oj bolało, ale powiedziałem sobie, biegnę płaskie i z górki, pod górkę podchodzę z kijkami. Biegłem praktycznie sam, nikt nie poruszał się moim tempem, ludzie szli a więc szybkie obiegnięcie i już trucht na luzie. To był odcinek!
Na punkcie 55km były kanapki. Jak przez ostatnie 50km jadło się tylko słodkie, to szynka z serem smakowała wybornie. Były też krzesełka by sobie przysiąść - nie skorzystałem bo bałem się, że jak siądę to już nie wstanę. Coli sobie nie pożałowałem i tym razem i ruszyłem na ostatnie 25km. Z czego 18km było non stop pod górkę, non kurwa stop. Organizator sobie ładnie poleciał. Ja byłem już
pogodzony, wciągnąłem kolejną tabletkę ponieważ bolało wszystko, kostki, uda, kolana, kręgosłup, przedramiona, dłonie, szyja. Zabawnie.:) Na 75km ostatni punkt odżywczy i ostatnie 8km do mety. 7 z nich przeszedłem. Nie dałem rady. Z początku spróbowaliśmy się z nowopoznanym Grześkiem motywować, ale ostatecznie obaj szliśmy próbując mówić by oderwać głowę od dwóch kalafiorów w butach biegowych, które tak bolały! Przez ten etap 5 twardzieli mnie wzięło, oni jeszcze wtedy biegli! 500m przed metą zgodnie stwierdziliśmy, że wstyd w "ch" tak wczłapać na metę i ostatkami sił uśmiechnęliśmy się i wbiegliśmy zgodnie na metę.

To była lekcja pokory. To było przełamanie mojego kompleksu. To było zajebiste! Bolało jak sam skur*****, ale jaka satysfakcja. Jaka radość na mecie. Ciężko to opowiedzieć komuś, kto nie miał styczności z takim biegiem. 11h biegu i marszu w moim przypadku. 11h non stop w ruchu. Mimo, że to zrobiłem wiąż jest to dla mnie ciężkie do wyobrażenia. Jak człowiek może wyłączyć głowę na długi czas. Były takie długie odcinki, z których nic kompletnie nie pamiętam. Wiem, że biegłem ale
nie myślałem o niczym. Jak stałem pod prysznicem w bazie, widziałem że lada moment największy paznokieć u prawej nogi zejdzie, czułem że w lewej stopie za to jednego z palców nie czuje, widziałem obtarcia ud…ale z drugiej strony do głowy zaczęły napływać myśli, że jutro do pracy, że opłaty, że maile…to miałem ochotę założyć buty i ruszyć w drugą stronę.

(Zdjęć nie robiłem, bo nie było kiedy, ani nie miałem sił by sięgać po telefon z wodoszczelnego worka. Ale był na trasie Pan Dymus i jak się ogarnie i wrzuci jakieś zdjęcie ze mną…nie omieszkam się ukraść.)

2 komentarze:

  1. Graty. Ta edycja zbiera dobre recenzje.
    30.07 biegnie po TPK konkurencja. Później jeszcze 100 w Kaszubskiej Poniewierce.
    Jest co latać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wczytałam się. Już sama wczułam się w to co napisałeś. Ale gdy napisałeś o pracy i rachunkach pomyślałam tylko jedno...
    Nie dziwię się, że miałeś ochotę znów pobiec. Szacunek za wytrwałość.

    OdpowiedzUsuń